Nie ma strachu w Karabachu
Wyjątkowo skromna jest w tym sezonie biało-czerwona kolonia w Lidze Mistrzów. W gronie polskich piłkarzy najwięcej „ochów” i „achów” zbiera Mateusz Kochalski.
Mateusz Kochalski – bez stresu i kompleksów – debiutował w Lidze Mistrzów na legendarnym Estadio da Luz w Lizbonie. Fot. SPP/SIPA USA/PressFocus
Pochodzący ze Świdnika 25-latek, który w polskiej ekstraklasie zaliczył ledwie 38 występów, raz już zmusił kibiców „kopanej” w kraju do wpisania jego nazwiska w internetowe wyszukiwarki. To było wtedy, gdy Michał Probierz zabrał go – jako czwartego bramkarza – na finały EURO 2024. Kilka tygodni później, po rozegraniu czterech spotkań ligowych w barwach Stali, za niemal milion euro zamienił Mielec na Baku – bo tam stacjonuje na co dzień drużyna Karabachu Agdam. Kilkanaście dni po dopięciu transakcji debiutował już w Lidze Europy – i to od razu w Londynie, na stadionie Tottenhamu. A potem w tych samych rozgrywkach stawał jeszcze naprzeciw snajperów m.in. Ajaksu Amsterdam, Olympique Lyon i Olympiakosu Pireus.
W tym sezonie mistrz Azerbejdżanu „wydrapał” sobie prawo gry w Champions League. W ten sposób poprzeczka w karierze polskiego golkipera znów poszła w górę. Debiut w elitarnych rozgrywkach zaliczył na legendarnym Estadio da Luz w Lizbonie (3:2), stał między słupkami także na San Mames w Bilbao (1:3). A w „domowych pieleszach” przyszło mu rywalizować z FC Kopenhaga (2:0) i Chelsea (2:2). W czterech meczach Azerowie zdołali zgromadzić – rola Polaka jest w tym dziele trudna do przecenienia – siedem punktów i zachowują całkiem realne szanse na awans do fazy play-off. We wtorkowy wieczór Kochalskiego czeka kolejne wielkie wyzwanie, ale zapewne i przeżycie: wybiegnie na murawę stadionu Diego Armando Maradony w Neapolu!
Centymetry mają znaczenie?
- Piłkarskie losy Mateusza to świetne przesłanie dla młodych chłopaków w szatni, zniechęcających się czasem tym, że trener na nich nie stawia – mówi Dariusz Banasik. To właśnie on, pracując przez kilka sezonów w Radomiaku, najpierw dał ówczesnemu 18-latkowi szansę rywalizacji w 2. lidze o miejsce w seniorskiej piłce, zrobił zeń „numer 1” radomskiego zespołu w czasie pierwszoligowej walki o elitę, i wreszcie – w tym samym klubie – pozwolił zaliczyć ekstraklasowy debiut!
- Ale to nie jest tak, że przez te trzy lata przygoda Kochalskiego rozwijała się harmonijnie – przypomina Banasik. W międzyczasie bowiem bramkarz, wypożyczony do Radomia z Legii, dwukrotnie wracał na Łazienkowską. - Tak naprawdę jednak w Warszawie nigdy nie chciano na niego postawić. O co poszło? O... centymetry. Uznano, że trochę mu ich brakuje – tłumaczy nam nasz rozmówca. Zerkamy w „papiery” - 189 cm wzrostu wpisano we wszystkie „skarby kibica”. Mało? - Dla mnie to nie miało znaczenia. Byłem pod wrażeniem jego gry na linii, ale też „czucia gry” i intuicji. A do interwencji w powietrzu, na przedpolu, nie miałem żadnych zastrzeżeń – dopowiada Banasik.
Dwa lata na ławie
Wydawać by się więc mogło, że Kochalski, który w sezonie 2020/21 zagrał w 1. lidze 34 spotkania „od deski do deski” w bramce Radomiaka, będzie takim samym pewniakiem już w ekstraklasie. Ale... - Legia miała wtedy problem z kontuzjami swych bramkarzy i na tydzień przed rozgrywkami wezwała Mateusza do siebie. Szansy debiutu nie dostał, a gdy już po rozpoczęciu ligi wrócił do nas, trudno mi było odstawić od składu świetnie spisującego się Filipa Majchrowicza. Rozmowa z Mateuszem w cztery oczy na temat tej sytuacji była trudna... - nie kryje Dariusz Banasik.
Kochalski przesiedział więc cały sezon na ławce (zagrał w jednym meczu ligowym, będącym... pożegnaniem Banasika z Radomiakiem) i latem zdecydował się na przeprowadzkę do Mielca. A tam... trafił na Bartosza Mrozka, cieszącego się wielkim zaufaniem Adama Majewskiego. I znów został tylko rezerwowym. - Pamiętałem Mateusza jeszcze z rozgrywek 2. ligi, w których parę lat wcześniej prowadziłem Górnika Łęczna; był jednym z trzech najlepszych bramkarzy w tej lidze. Gdy w marcu 2023 przyszedłem do Mielca (w miejsce wspomnianego Majewskiego – dop. aut.), był jednak mocno „zakopany”; nie podniósł się z ławki ani na chwilę – wspomina z kolei Kamil Kiereś.
Wpadka to... schodek
Latem 2023 Mrozkowi skończyło się jednak wypożyczenie i wrócił do Lecha. - Postawienie na Kochalskiego, który nie grał przez dwa lata, nie było łatwą decyzją. Wziąłem go wtedy na rozmowę u progu okresu przygotowawczego i wskazałem mu ścieżkę do bycia u mnie jedynką. Powiedziałem mu: „Masz cztery sparingi, każdy zaczniesz w jedenastce. Po nich podejmę decyzję”. Nie spalił się, wytrzymał presję. Zaczął ligę między słupkami niekoniecznie rewelacyjnie, ale wielką klasę pokazał w czwartej kolejce, w meczu ze Śląskiem. A niesamowity był dwie kolejki potem, z Radomiakiem. Wtedy już byłem pewien, że wszedł na wyższy poziom – dodaje Kiereś.
Wiosną 2024 Kochalski zagrał siedem meczów „na zero z tyłu”. A gdy w Poznaniu puścił pięć goli w starciu z Wartą... - Powiedziałem mu w kolejnej rozmowie w cztery oczy, że taka wpadka powinna być schodkiem do odbicia w górę. I on to świetnie zrozumiał – dodaje nasz rozmówca.
Nie ma rzeczy niemożliwych
Co było dalej – już wiadomo. Najpierw wspomniany wyjazd na EURO, potem – wybór między zainteresowaniem ze strony Seria A oraz Karabachu. - Wyjazd do Azerbejdżanu, dzięki któremu zagrał najpierw w Lidze Europy, a teraz Lidze Mistrzów, był dobrym wyborem. Po jego zachowaniu, nawet jego mimice widzę, że dzięki temu bardzo wzmocnił się mentalnie. I jestem pewien, że wkrótce trafi do którejś z lig TOP 5. Może nawet wymarzonej Premier League – prorokuje Kamil Kiereś. A Dariusz Banasik dodaje: - Piłka nauczyła mnie, że nie ma w niej rzeczy niemożliwych. Więc i numer jeden dla Mateusza w reprezentacji Polski też nie jest nierealny.
To – na razie – przyszłość. Teraźniejszość – to wieczorny mecz z Napoli. „Zobaczyć Neapol i... wygrać!” - a czemu by nie!? Trzymamy kciuki!
Dariusz Leśnikowski
