Nie ma spokoju między słupkami
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
W dzieciństwie pasjonowała mnie wielka tajemnica futbolu - skąd się biorą bramkarze? Na moim placu obsada bramki była odwiecznym problemem. Nikt nie chciał bronić, miedzy słupkami stawiano zawsze największego melepetę, najlepiej osiedlowego grubasa, który do biegania nie był skory, za to powierzchnię ciała miał odpowiednią, aby blokować strzały. Wykruszali się ci bramkarze mimo woli po kilku zebranych petach z kapy, bo najczęściej byli nieruchawi i bezbronni. Bramkę co prawda zasłaniali, ale zasłonić nosa nie zdążali: kończyło się łzami, krwią i powrotem do domu. Co prawda często przyglądał nam się zza płotu pewien Irek zawsze chętny do gry i nawet nam nie przeszkadzało, że był niespełna rozumu - zmysły miał przytępione, więc i bólu nie czuł, kiedy oberwał piłką - niestety, cierpiał także na zaburzenia błędnika i notorycznie mijał się z piłką. Nawoływaliśmy przygodne dzieciaki z ulicy, ale na próżno: każdy se chciał pokopać, ale nikt nie chciał iść na buda. To nie były czasy orlików, wyściełanych sztuczną trawą - graliśmy na asfalcie albo na brudnym żwirze, a w tych warunkach na nic się zdawała nawet dostępna nielicznym, magiczna nieomal umiejętność ciepania się. Bramkarz musiał być przygotowany do cierpienia i bólu, nawet jeśli zachachmęcił staremu z piwnicy makówy, rękawice do łopaty, czuł w dłoniach moc uderzenia. Kiedy stosowaliśmy rotację, wedle zasady zmiany po każdym straconym golu, prowadziło to wprost do katastrofy, bo każdy wpuszczał byle farfocla, żeby tylko jak najprędzej znaleźć się w polu. Do pierwszego turnieju dzikich drużyn wybraliśmy do bramki nieszczęśnika, który najmniej razy podbił piłkę, ale po roku wszyscy już tak się nauczyli żonglerki za strachu przed relegacją między słupki, że konkurs przedłużył się aż po zmrok i mamy zaczęły wołać na kolacje. Trzeba było losować tormana, ale wylosowany się obrażał i gotów był zbojkotować mecz – zamiast opoki mieliśmy więc bramkarza z przypadku i nigdy nie udało się nam przejść fazy przedwstępnej żadnego z dzielnicowych turniejów. A przecież gdzieś się rodzili ci szaleńcy, dobrowolnie stający przed linią bramkową i dzielnie przyjmujący ciosy; skądś się przecież brali ci nasi idole, te Wandziki, Jojki i Kołodziejczyki, którzy potem wiedli śląskie kluby ku chwale. Kiedy zacząłem dojrzewać, polska piłka zaczęła się rozkładać - im byłem starszy, tym niżej spadała w rankingach reprezentacja i tym mniej znaczyły w Europie nasze kluby i tylko nasi bramkarze wyrabiali sobie markę międzynarodową. Mecze reprezentacji bywały solowymi popisami golkiperów z drużyną przeciwną, jak w przypadku Andrzeja Woźniaka, który tak bronił w meczu z Francją, że go obwołano księciem Paryża, albo Artura Boruca, który przeciw Austrii na Euro zagrał mecz życia, a kiedy Wojciech Szczęsny w końcu odczynił prywatną klątwę imprez mistrzowskich, zaczął seryjnie bronić karne. Na przestrzeni dekad reprezentacja radziła sobie różnie, ale w bramce zawsze mieliśmy jakiegoś pewniaka - jak się Szczęsnemu powinęła noga, miał równorzędnego zastępcę w postaci Fabiańskiego, jak przyszła kryska na Matyska, zajął jego miejsce Dudek, wiadomo było, że między polskimi słupkami stoi fachman, któremu można zaufać. Bodaj raz tylko zdarzył się mecz, w którym błędny wybór trenera sprawił, że lepszy bramkarz przesiedział spotkanie na ławce, a gorszy zawalił mecz - kiedy Antoni Piechniczek przed trzydziestu laty na Wembley postawił na Woźniaka kosztem Macieja Szczęsnego (szkoda, bo nigdy potem nie byliśmy bliżej zwycięstwa na tym przeklętym stadionie). Dobre czasy polskiej bramki chwilowo się skończyły. Katastrofa Kamila Grabary - zerwanie ACl na treningu u progu sezonu, w którym miał wywalczyć sobie jedynkę w składzie (od kiedy Szczęsny opuścił Juventus, to i nomen omen szczęście Polaków w Turynie opuściło), fatalna forma Skorupskiego, niedyspozycja Drągowskiego sprawiły, że został nam wybór między grającym już na szczęście, ale w niepoważnej lidze Marcinem Bułką a dwoma debiutantami. Bułka skądinąd także niemal dokładnie przed rokiem zerwał więzadła - to jest jakaś wczesnojesienna plaga egipska naszych bramkarzy. To, że Polak został ostatnio uznany za najlepszego gracza na swojej pozycji w lidze saudyjskiej, niekoniecznie jest wartościowym miernikiem. Teoretycznie lepszej okazji, żeby zostać na dłużej numerem jeden w kadrze Bułka mieć już nie będzie, ale nasz dwumetrowiec dotąd kadry nie zaczarował, pomimo wielu okazji, a skoro Abramowicza dowołał Urban z kadry U-21, może trzeba go wpuścić na głęboką wodę? Poza tym Bośnia, Rumunia i Szwecja to wody płytsze niż te, na których będzie się musiał utrzymać bramkarz Jagiellonii w starciach z rywalami w Lidze Europy. W Jadze będzie poddawany srogim sprawdzianom przez całą jesień (oprócz najbliższego meczu z Araratem wszystkie pozostałe mecze będzie trzeba wybronić, więc forma golkipera musi być w tym wypadku kluczowa), jest w rytmie meczowym, ma dopiero 22 lata, niech powalczy. Chociaż przeciw Olympiakosowi tak zwlekał z podaniami, że można było dostać zawału - oddawał piłkę dosłownie w ostatniej chwili, gdy harcownicy Greków już go dopadali. W dodatku pod presją nierzadko podawał źle, a w ostatniej ligowej kolejce wygłupił się i sprokurował karnego. Cóż zatem począć? Nie mamy spokoju między słupkami.
Beztroska bramka? Może na autostradzie... Fot. Michał Kość/PressFocus
