Nie ma do kogo zadzwonić

Tak jak tydzień temu w Warszawie w meczu z Legią, tak teraz Łodzianie znów zmierzą się z sąsiadem w tabeli, a celem dla jednych i drugich będzie wydostanie się nad kreskę.

Logo na spodenkach widzewiaków nie oznacza, niestety, Ducha Drużyny. A bardzo by się przydał... Fot. Weronika Morciszek / Press Focus

WIDZEW ŁÓDŹ

Za późno już na treningi, nie ma też do kogo zadzwonić. Sytuacja Widzewa i Lechii przed najbliższą kolejką ekstraklasy jest nie do pozazdroszczenia. Jedyna nadzieja w tym, że rywalizacja rozstrzygnie się na boisku, bo nie słychać o tym, by zawiązywała się spółdzielnia Powiśla Warszawa, Koksu Wałbrzych, Mutry Lublin, Oceanii Gdynia i Odlewu Poznań, która miałaby utopić Kokon Łódź.

Starsi kibice znają ten kod, młodszych wypada uświadomić, że pierwsze zdanie dotyczy wypowiedzi trenera-strażaka Janusza Wójcika, który w takich sytuacjach mawiał: „Tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić”. W drugim zdaniu wymieniamy z kolei kluby z ligi kultowego „Piłkarskiego pokera”, filmu z 1989 roku w reżyserii Janusza Zaorskiego ze scenariuszem Jana Purzyckiego, w którym rzeczone kluby licytowały się w rywalizacji o „dojście” do sędziego Laguny i spiskowały między sobą w celu „utopienia” niewygodnego rywala.

W poszukiwaniu neosędziego

Tak jak tydzień temu w Warszawie w meczu z Legią, tak teraz Widzew znów zmierzy się z rywalem sąsiadującym z nim w tabeli, a celem dla jednych i drugich będzie wydostanie się nad kreskę, oddzielającą strefę spadkową w tabeli. Usytuowanie Lechii w tym miejscu nie dziwi, bo rozpoczynała sezon z deficytem pięciu punktów. Odcierpiała karę, odrobiła dzielnie tę stratę i byłaby sześć miejsc wyżej! W Gdańsku nadal walczą jednak o anulowanie kary i doliczenie odebranych punktów, ale PZPN ostatnio jednoznacznie oświadczył, że nie może być o tym mowy. Odwołanie klubu z Gdańska do Sądu Najwyższego też jest bez sensu, chyba że Lechia ma tam znajomego neosędziego.

Na cienkim włosku

Od strony formalnej Widzewowi nic więc nie grozi. Trzeba po prostu zagrać, ale nie tak, jak ostatnio w Warszawie. Defensywna taktyka ma jedną wadę – wszystko wisi na cienkim włosie, który wytrzyma może 90 minut, ale 97 (jak w meczu z Legią) już nie. Żenujący był widok Widzewa grającego bojaźliwie, nie wychylającego się z własnej połowy. Czy taki faktycznie był pomysł trenera Aleksandara Vukovicia na ten mecz? Do pewnego momentu taka postawa wzbudzała podziw, bo Widzew bronił się ofiarnie, defensywa była przemyślana, nie było gradu strzałów na bramkę Bartłomieja Drągowskiego i to nie on był najsilniejszym punktem obrony. Ale...

Tako rzecze „Zibi”

Aż 10 goli strzelili Widzewowi rywale w tym sezonie po 85 minucie gry! To na pewno nie efekt braków kondycyjnych, bo o takie zaniedbania sztabu szkoleniowego podejrzewać nie śmiemy. Nisko ocenić należy raczej przygotowanie psychiczne do meczu, brak koncentracji, niski poziom tego, co Niemcy nazywają (z angielską naleciałością) „teamgeist”, a po polsku – duchem drużyny. Na ten aspekt zwrócił uwagę po meczu z Legią Zbigniew Boniek, który surowo ocenił obecną drużynę swojego klubu: „To zlepek indywidualności, a nie zespół. Drużynę się buduje, a nie kupuje”.

No cóż, na razie ta budowa najlepiej nie idzie. Kontekst meczu z Lechią wymaga na szczęście innej taktyki, która powinna natchnąć drużynę do odważnej ofensywnej gry. Nie „płasko, dołem i ambitnie”, a „szeroko, z uśmiechem i skrzydłami” – jak mawiają trenerzy-praktycy, którzy nie dzielą boiska na strefy i nie obliczają procentu celnych podań lewą nogą w prawą stronę.

Pożyczka od „rezerwistów”

Vuković ma z kogo wybierać, bo kadra jest przecież obszerna, mimo że kontuzjowani są i w tym sezonie już nie zagrają Szymon Czyż, Christopher Cheng i Lukas Lerager. Wraca po kartkach do składu Juljan Shehu, nawet obrony nie ma co ruszać, bo do 95. minuty meczu z Legią nie popełniła błędu. Nie potrzeba też zaglądać do rezerw, bo i w ataku Widzew ma potencjał. Inna rzecz, że z „dwójki” zespół ekstraklasy mógłby pożyczyć trochę tego ducha drużyny: Widzew II wygrał w III lidze ostatnie cztery mecze i do tego piąty w Pucharze Polski, z kandydatem do II ligi, Wartą Sieradz 3:1 w minioną środę. Golem przedstawił się Vukoviciowi 22-letniFilip Przybułek, piłkarz rodem z Jastrzębia, mający już za sobą debiutanckie występy w ekstraklasie, ale ostatnio zepchnięty nawet z ławki rezerwowych przez… worki euro.

Wojciech Filipiak

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się