Nie ma co być zachłannym

Rozmowa z Kamilem Orlikiem, napastnikiem Górnika Łęczna

Kamil Orlik ostatnio regularnie strzela gole i mocno wierzy w utrzymanie Łęcznian. Fot. Kacper Pacocha/PressFocus

Ostatnim wygranym 3:0 meczem z Pogonią Grodzisk Mazowiecki, w dodatku grając w osłabieniu po czerwonej kartce, wysłaliście chyba mocny sygnał, że nie chcecie się żegnać z I ligą?

- To na pewno ważne zwycięstwo, które buduje zespół również przez jego okoliczności. Była czerwona kartka, wcześniej obroniony rzut karny; takie wygrane zawsze dobrze wpływają na drużynę i mogą wiele dać. Szkoda, że teraz jest przerwa na mecze reprezentacji, bo z rozpędu byśmy mogli pokusić się o dużą niespodziankę na Wiśle, choć później też pojedziemy tam po zwycięstwo i mam nadzieję, że będzie dobrze.

To od razu zapytam o nowy termin tego meczu: przy Reymonta zagracie w Lany Poniedziałek o 11.30. Co pan myśli o takiej porze?

- Cóż, na pewno nie jest to jeden z najlepszych terminów, ale taka jest nasza praca jako piłkarzy. Mam takie podejrzenie, że Wiśle zależało na przesunięciu tego meczu o kilka dni (pierwotnie miał się odbyć 2.04. – dop. red.), bo jest trochę urazów w drużynie. Z perspektywy rywali się nie dziwię, że walczyli o to, aby zagrać później. Z naszej trzeba po prostu tam pojechać, wygrać i tyle.

Był taki moment, że w Górniku zrobiło się bardzo nerwowo? Już dość mocno okopaliście się w strefie spadkowej.

- Na pewno gdy nie zdobywa się punktów i przez dłuższy czas jest się niemalże czerwoną latarnią rozgrywek, to nerwy muszą się pojawić. W tej rundzie mamy jednak też sporo pozytywów, wielu ciekawych zawodników doszło do nas zimą i na pewno będziemy walczyć do ostatniego meczu.

Niedawno był pan pytany o twarde zasady trenera Jurija Szatałowa, ale trudno ten temat pominąć...

- Mogę tylko powtórzyć, że bardzo pozytywnie oceniam tego trenera. Jest po prostu dobrym człowiekiem. Trzeba pamiętać, że prawie 10 lat nie pracował w zawodzie. Nie znałem go wcześniej, ale przez taki okres w piłce mogło się wiele zmienić. Zawodnicy, którzy mieli z nim do czynienia, straszyli, że będzie bardzo ostro, a jest kompletnie inaczej. Wiadomo że trener potrafi nieco dokręcić śrubę i wie, kiedy to zrobić, ale robi to raczej z umiarem i zdrowo.

Osiem kolejek pozostało do końca sezonu, więc można powiedzieć, że drużyny na dole tabeli zasiadły do „śmiertelnego brydża”, bo z ogromną dozą prawdopodobieństwa tylko jednej ekipie z ostatniej czwórki uda się utrzymać...

- Tak wskazują liczby. Pogoń Siedlce już trochę odjechała, od nas już na 10 punktów. Wielka szkoda, że z nią nie wygraliśmy, a byliśmy tego bardzo bliscy. Zgodzę się, że tylko jednej z ostatnich czterech drużyn uda się pozostać w I lidze. Musimy się maksymalnie skupić, aby być na koniec nad kreską. Gdybym zakładał, że będzie inaczej, to na boisko bym nie wychodził. Robimy wszystko, aby się utrzymać.

Ostatnio trafia pan dość regularnie do bramki, ale w całym sezonie raptem sześć razy. To wynik chyba mało satysfakcjonujący dla napastnika?

- Na pewno mogło być więcej, bo trochę sytuacji miałem. Pewnie mogło być też więcej asyst, ale biorąc pod uwagę, że to dopiero mój drugi sezon w I lidze, czuję, że robię progres. Nie ma co być zbyt zachłannym. Ostatnio jest dobrze i liczę na podtrzymanie tej passy. Liczy się utrzymanie, a to, ile będę miał goli na koniec sezonu, jest zdecydowanie mniej istotne. Skupiam się na tym, żebyśmy wygrywali.

Pan jest z Tarnowa, to żużlem pewnie się pan interesował?

- Oj, zdecydowanie! Cały czas się interesuję, choć teraz akurat w Tarnowie trudno to robić, bo zainteresowani zapewne wiedzą, że Unia nie dostała licencji i po kilkudziesięciu latach startów Tarnów został bez ligowej drużyny na żużlu. Klub upadł, ale mam nadzieję, że odbudują go od zera. Może w końcu zacznie się tam dziać trochę lepiej, bo takie miasto zasługuje na żużel na dobrym poziomie. Pamiętam jeszcze jak Unia sięgała po mistrzostwo Polski, a ja kibicowałem w młynie jako młody chłopak. Czasy z Gregiem Hancockiem, Maciejem Janowskim czy Januszem Kołodziejem zapamiętam na zawsze. W żużlu się łatwo zakochać. Mieszkam obecnie blisko Lublina, więc czasami zaglądam też na mecze Motoru. Wciągnąłem też moją dziewczynę w żużel i całkiem jej się to spodobało. W Lublinie jest tylko ten problem, że mecze zazwyczaj nie były za ciekawe, bo Motor wysoko pokonywał rywali. Na ekstraligę jednak zawsze fajnie pójść. Teraz trochę przemeblowano skład, ale podejrzewam, że nadal będą tam w topie. O miejsce w finale raczej mogą być spokojni.

Z taką pasją mówi pan o żużlu, że zastanawiam się, którą dyscyplina bardziej pana pochłania?

- Mimo wszystko piłka jest najważniejsza. Żużel oglądany na żywo jest jednak wspaniałą dyscypliną. W telewizji traci bardzo dużo i rzadko go oglądam. Wykorzystuję każdą okazję, żeby zobaczyć zawody żużlowe na stadionie.

Do Łęcznej przyszedł pan z III-ligowej Siarki Tarnobrzeg, a Iliga stała się bardzo mocnymi rozgrywkami, chciałoby się powiedzieć - goni ekstraklasę.

- Poziom w I lidze jest obecnie naprawdę bardzo wysoki, porównując z trzecią ligą, to w ogóle nie ma o czym dyskutować. Na początku potrzebowałem trochę czasu, aby się zaadaptować do tych rozgrywek. Z czasem było jednak tylko lepiej, a wierzę, że to najlepsze dopiero przede mną.

Rozmawiał Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się