Nie doceniamy tego, co mamy

Rozmowa z Patrykiem Czubakiem, byłym trenerem Widzewa, obecnie szkoleniowcem Polonii Bytom

W Bytomiu nie wszystko idzie po myśli Patryka Czubaka. Ale życie go zahartowało, więc wciąż walczy! Fot. Press Focus / Radoslaw Makuch

Poznań, Olsztyn, Łódź, Bytom, a nawet chorwacki Osijek... Szeroki – jak to w życiu trenerskim – rozrzut miejsc pracy. Jak się rusza w piłkarski świat, mieszkając w odległym Świnoujściu?

- Od kibicowania się oczywiście zaczęło, i od treningów we Flocie. Nawet na zajęcia pierwszej drużyny byłem zapraszany a grała wtedy w pierwszej lidze chyba jako obiecujący młodzian. Kilka fajnych znajomości mi z tamtych czasów zostało. Ot, choćby ze Ślązakiem, Damianem Krajanowskim. A wracając do clou pytania: ja zawsze starałem się w życiu funkcjonować na przekór. Jeżeli ktoś mi mówił, że czegoś się nie da zrobić, to ja robiłem wszystko, żeby mu udowodnić, że jednak się da. Więc zaczęło się od studiów trenerskich na poznańskim AWF-ie i pracy w Akademii Lecha. Uznałem wtedy, że mój „potencjał piłkarski” nie jest optymalny, żeby na boisku powalczyć o coś na poważnie. Kiedy wchodziłem w trening pierwszoligowy, miałem poczucie, że o ile dużo rozumiem i dużo widzę, nie jestem w stanie tego wykonać, w sensie motorycznym. A że – moim zdaniem – Lech to wiodąca akademia w kraju, chciałem do niej trafić jak najszybciej. I trafiłem, raptem miesiąc od chwili, gdy pojawiłem się w Poznaniu. Obroniłem też licencjat na AWF-ie, na kierunku trenerskim.

A potem był dyplom z kurs UEFA Pro w Białej Podlaskiej?

- Dopiero będzie. Mam nadzieję, że wszystko się zepnie”.

Najważniejsza nauka wyniesiona z Akademii Lecha?

- Że robota szkoleniowa to nie tylko trening: wyjście i zrobienie „czegoś” na boisku, ale spojrzenie z szerszej, procesowej perspektywy.

Któryś z wychowanków Lecha szczególnie dobrze wspomina trenera Czubaka?

- Nie wiem. Ale z wieloma mam kontakt do dziś, niektórzy grają na poziomie ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi, z paroma miałem też przyjemność pracować w reprezentacji Polski do lat 19.

Krótko mówiąc: cenne doświadczenie. A jednak wyjechał pan do Zielonej Góry. Czemu?

- Bo miałem „ciśnienie”, żeby pracować z seniorami. Więc już w trakcie studiów skorzystałem z propozycji pracy na poziomie trzeciej ligi. Miałem bodaj 22 lata, więc w szatni Lechii byłem jednym z najmłodszych. Świetnie jednak ten czas wspominam, bo trener Jarosław Miś, z którym wówczas współpracowałem, po wstępnym okresie mocno zaangażował mnie w prowadzenie zespołu, proces treningowy itd. To był dobry czas, poznałem tam kolejnych ludzi, z którymi do tej pory mam kontakt. Zresztą jeden z nich, ówczesny trener bramkarzy, Łukasz Twarowski, jest ojcem chrzestnym mojego syna.

Pracował pan tam z seniorami, by potem zrobić – przynajmniej pozornie – krok w tył. Bo w Gliwicach wrócił pan niejako do zajęć z młodzieżą.

- Konkretnie – z drugą drużyną Piasta. Ale to nie był krok w tył. Zebrała się tam wtedy grupa ludzi, która bardzo chciała rozwijać klubową akademię, wchodzić na kolejne poziomy: dyrektor Jacek Mazurek, który przyszedł z Legii, trener Jacek Wójcik, trener Maciej Szymański... Relacje tam nawiązane też są dla mnie bardzo ważne.

Znów jednak ta przygoda nie trwała długo, bo został pan asystentem Piotra Tworka w Warcie, prawda?

- I awansowaliśmy do ekstraklasy, choć nikt tego nie zakładał! Ale trener Tworek stworzył pod kątem mentalnym przepotężną grupę, którą określano mianem Zielonej Rodziny, a mniej oficjalnie „swojską bandą”.

Kapitalne określenie!

- Ci ludzie byli w stanie pójść za sobą w ogień, niezależnie od tego, co się działo.

A jak się to robi? Dodatkowy grill dla chłopaków po rundzie?

- Na pewno jest wskazany (śmiech). Natomiast jest wiele elementów codzienności, które kształtują wspólny punkt widzenia, wspólne patrzenie na codzienność, na pracę. Dzięki temu, kiedy się wydaje, że już więcej nie można, to te 2-3 cm każdy jest w stanie dołożyć i wejść na wyższy poziom. Śmialiśmy się wielokrotnie, że – przy udziale Adama Szały i Dominika Kubiaka mieliśmy 3,5 osoby w sztabie. Ale dawaliśmy radę.

Gdy jednak kibice spojrzą na bilans pańskiej pierwszej samodzielnej pracy z seniorami – sześć meczów w Stomilu, w tym trzy przegrane to pomyślą: nie dał rady. Tyle że to – zdaje się – nie takie proste?

- Niechętnie o tym mówię, bo to bardzo osobista sprawa. Żona była wtedy w drugiej ciąży i ta ciąża nie wchodząc w szczegóły nie potoczyła się w optymalny sposób. Nie wyobrażałem sobie wówczas, żeby kontynuować pracę w Olsztynie, z dala od najbliższych. Kiedy raz na jakiś czas na półtora dnia wpadałem do teściów, którzy opiekowali się moją żoną i synem, Leon – a miał wtedy roczek – nie chciał iść spać, bo wiedział, że następnego dnia taty już nie będzie przy nim... Walka o Lucynę też trwała długo... To są rzeczy, o których nie da się łatwo opowiedzieć. Od tamtej pory wyjątkowo doceniam takie kwestie jak rodzinność, bycie razem.

Wróćmy do piłki. W Widzewie dwukrotnie dawano panu rolę „pierwszego”, ale meczów nazbierało się ledwie dziewięć. Dlaczego?

- W pierwszym przypadku (luty-marzec 2025 – dop. aut.) miał być jeden mecz, skończyło się na trzech. Za drugim razem (sierpień-październik 2025 – dop. aut.) z założenia praca miała być dużo dłuższa, a wyszło sześć kolejek...

Czuł pan wtedy, że kogoś za pańskimi plecami szukają?

- Tak. Pewne rzeczy się czuje, zwłaszcza w sytuacji, w której przychodzą do klubu nowe osoby, a nie ma się tak naprawdę z nimi żadnego kontaktu... Każdy oczywiście ma prawo prowadzić klub tak, jak uważa, więc ja się na tych zmianach nie skupiałem. Myślę, że było to widać: Widzew wygrał przecież ostatni mecz pod moją wodzą i pierwszy po moim zwolnieniu. Więc drużyna była dobrze przygotowana i w formie.

Bardzo sympatycznie odmalował pan w tej rozmowie trenera Tworka. A co takiego było w trenerze Żeljko Sopiciu, że zdecydował się pan na wyjazd za nim do Osijeku?

- Po pierwsze, to były piłkarz, który grał na bardzo wysokim poziomie, m.in. w Bundeslidze. Przede wszystkim jednak to fantastyczny człowiek, z wartościami, które i mnie są bliskie. To dzięki nim zaproponował mi współpracę – nieoczywistą przecież w sytuacji, w której w Widzewie wskoczyłem na jego miejsce.

No to zapytam jeszcze o najważniejszą lekcję z ligi chorwackiej?

- Że nie doceniamy tego, co mamy na miejscu – tu w Polsce...

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się