Nie chcemy wielkiej rzeszy nowych kadrowiczów

Rozmowa z Janem Urbanem, selekcjonerem reprezentacji Polski

Porażka w Szwecji była trudnym momentem nie tylko dla samego selekcjonera, ale i dla każdego z jego podopiecznych. Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus

W czwartek rozpoczyna się pierwsze od czasu marcowych baraży zgrupowanie reprezentacji Polski. Dwa miesiące to wystarczający czas, by zamknąć – w głowie – tamten etap?

- Patrząc z osobistej perspektywy, niełatwo jest tę porażkę z głowy wyrzucić. Mecz w Solnej będzie nam po głowie chodził, będziemy o nim pamiętać; bo wiemy, że byliśmy bardzo blisko i w jakimś stopniu nie zakwalifikowaliśmy się na własne życzenie. Trzeba ten etap zamknąć, ale na pewno łatwiej będzie o nim zapomnieć po mundialu, gdy wszyscy już zaczną myśleć tylko i wyłącznie o kolejnym celu: o Lidze Narodów, późniejszych eliminacjach EURO.

A propos: wybiera się pan za ocean? Choćby po to, by podglądać tych naszych rywali z Ligi Narodów?

- Nie rozmawialiśmy dotąd na ten temat. Na razie o tym nie myślałem. Jak przyjdzie odpowiedni moment, to zobaczymy.

To jeszcze bardziej osobiste pytanie: jaki ma pan sposób na radzenie sobie z pomeczowym stresem, z poczuciem porażki?

- Owszem, po każdej porażce jestem zły, często również na drugi dzień. Ale to nie jest ten rodzaj wkurzenia, które trzeba wyładować. To jest raczej powolne zapominanie o takim wydarzeniu. Ale ono trwa długo. Zwłaszcza na początku masz ten przegrany mecz cały czas w głowie. Pojawia się cały zestaw pytań: czy mogłeś coś zrobić inaczej; co by się stało, gdybyś coś zmienił...

No i jakie są wtedy odpowiedzi?

- Nie ma. Są tylko domniemania, gdybanie. Bo przecież nie wiesz, jaki byłby efekt tej „inności”, innego poustawiania składu, wybrania innej strategii na mecz, przeprowadzenia innych zmian. Prawda jest taka, że wszystko, o czym myślisz po fakcie, przed meczem też brałeś pod uwagę. Natomiast trzeba było wybrać formę gry, ustawienia, personaliów w tym konkretnym meczu. Wyszło jak wyszło... Więc – jak mówię – temat w głowie przerabiasz długo. Natomiast w końcu, dzięki doświadczeniu, które swoje robi, zaczynasz patrzeć na tę porażkę inaczej. Szukasz tego, co ważne w kontekście przyszłości.

A co było ważne po porażce ze Szwecją?

- Sportowo uważam, że to był nasz najlepszy mecz od chwili objęcia przeze mnie roli selekcjonera. I w którymś momencie pomyślałem sobie po nim, że nie będzie nam łatwo grać tak samo w kolejnych spotkaniach. Ale przecież, grając tak dobrze, zbyt wielu meczów nie przegrasz. Więc spokojnie patrzę na tę drużynę, na kolejne jej gry.

No dobra; ale kiedy będzie pan ustalać formę gry, ustawienie i personalia - bo o tym pan mówił - świadomość szwedzkiej porażki nie będzie obciążeniem? Nie będzie blokować myśli o kolejnej ofensywnej taktyce?

- To ważne pytanie, rzeczywiście. Jakbym ja was zapytał, jakie mecze zostają kibicom w pamięci na lata, to od razu odpowiecie, że takie jak Paris St. Germain – Bayern. Coś niesamowitego! Oczywiście gdyby mi ktoś zaproponował, że drużyna zagra ze Szwecją słabo, ale wygra, w tamtym meczu bym się na to zgodził; ze względu na stawkę wziąłbym takie rozwiązanie w ciemno. Natomiast sami wiecie, że tam, gdzie presja wyniku bierze górę, cierpi widowisko. Ramy i dyscyplina taktyczna często widowisko zabijają. Tymczasem kibic przychodzi po to, żeby były emocje; emocje zaś są wtedy, kiedy są bramki. Ja się wychowałem na dobrej piłce - i w Polsce, bo obracałem się w Górniku w bardzo dobrej grupie, i później w Hiszpanii. Moja boiskowa przeszłość ma wpływ na to, jak grają w piłkę moje drużyny. Takie doświadczenie, jak to szwedzkie, pewnie też jest potrzebne. Sęk w tym, że – jak powiedziałem – przed meczem nie masz żadnej gwarancji, że jak zrobisz coś inaczej, może wbrew swojemu charakterowi, to na pewno osiągniesz lepszy wynik.

Nie możemy zamknąć tematu przeszłości bez jeszcze jednego pytania. Bolesnego. Krótko po barażach przyszła przecież szokująca wieść o odejściu Jacka Magiery...

- To wciąż jest bardzo świeże, nie chcę za bardzo o tym rozmawiać.

Ale nie da się zrozumieć życia, prawda?

- Ciężko zrozumieć, to prawda... Jest nieprzewidywalne i jego wyroki trudno zaakceptować. Trudno byłoby się z tą śmiercią pogodzić nawet wtedy, gdyby to był jakiś nieszczęśliwy wypadek; bo wypadki się zdarzają. Ale przecież on tylko poszedł pobiegać...

Robert Lewandowski zdradził ostatnio, że będzie jakaś szczególna forma oddania hołdu trenerowi Magierze przez kadrowiczów.

- To prawda. Nie wszyscy zawodnicy mogli być na jego pogrzebie, pożegnać go w ostatniej drodze. Więc coś tam zrobimy – dla niego, i sami dla siebie; wewnątrz reprezentacji. Na pewno natomiast nie chcemy z tego robić żadnego publicznego wydarzenia. Wszystko, co oficjalne, już się odbyło. Dla mnie osobiście najważniejsza będzie pamięć o nim. Bo dzisiaj wciąż jeszcze o Jacku pamiętamy, wspominamy go. Natomiast istotne jest, żeby pamiętać i po roku, dwóch, pięciu, dziesięciu latach. O tym, jak wspaniałym był człowiekiem.

A pamięta pan wasze pierwsze zawodowe spotkanie?

- Samych szczegółów tego spotkania – niekoniecznie. Natomiast to było przy moim pierwszym pobycie w Legii. Jacek już był w poprzednim sztabie, ale tak naprawdę ze mną zaczynał dłuższą przygodę trenerską przy Łazienkowskiej. Kiedy wróciłem do Legii, już doskonale wiedziałem, z kim mam do czynienia. I wiedziałem, że w każdej sytuacji mogę na niego liczyć, że wie, o co w tym wszystkim chodzi. Człowiek wart pełnego zaufania... Naprawdę trudno mi o nim mówić w czasie przeszłym...

Padło już nazwisko Roberta Lewandowskiego. Rozumiem, że będzie na najbliższym zgrupowaniu kadry?

- Przyjedzie, bo przecież sam to zadeklarował i się do tego zobowiązał; nie musiałem z nim rozmawiać na ten temat. Kwestią pozostaje jedynie to, czy zadeklaruje chęć dalszej gry dla reprezentacji.

Tego pan jeszcze na 100 procent nie wie?

- Ja go nie będę namawiał. On sam doskonale wie, że zawsze ma otwarte drzwi do reprezentacji. Gdyby powiedział, że nie przyjeżdża na te dwa najbliższe mecze sparingowe, nie mielibyśmy mu tego za złe. Robert wie, że ma czas na decyzję aż do wrześniowych meczów Ligi Narodów.

My, Polacy, mamy w swym charakterze to, że sami sobie pomniki burzymy. Roberta w „socjalach” też nie oszczędzano za decyzję o odejściu z Barcy, choć nikt jeszcze nie wie, co wybierze. A przecież to ikona!

- Tak jest, zgadzam się. Pytano mnie w różnych miejscach, jak ja postrzegałem to pożegnanie „Lewego” w Barcelonie, które mu zgotowano. Odpowiadałem – i wciąż odpowiadam – tak samo: jestem dumny, że jestem Polakiem, i że jako Polak mogłem – i wciąż mogę - podziwiać takiego mojego rodaka, jakim jest Lewandowski. Dla mnie jest jeszcze druga strona medalu: cieszę się, że jestem jego trenerem w kadrze. To jest niesamowite, bo to legenda nie tylko polskiej piłki; to legenda w ogóle - futbolu europejskiego i światowego. To, co osiągnął, jakie numery za nim idą, jest niewiarygodne. A poza tym profesjonalista, przykład dla każdego młodego chłopaka, który zaczyna karierę: wywodzący się z małego klubu, konsekwentnie stawiający kolejne kroki w rozwoju i osiągający niesamowitą karierę. Przecież był królem strzelców w Polsce i mistrzem Polski; był wielokrotnie królem strzelców w Niemczech i mistrzem Niemiec. No i w końcu był królem strzelców w Hiszpanii i mistrzem Hiszpanii – trzykrotnie w okresie czterech lat. A co najważniejsze, i najbardziej niesamowite: nie ma w tym wszystkim przypadku. Jest za to ogromna efektywność. Musimy doceniać to, że mamy takiego zawodnika, bo przez to też inaczej na nas patrzą.

Deklaracja Roberta o przyjeździe na zgrupowanie ułatwiła panu rozsyłanie powołań na to zgrupowanie? Mówię o tym, że wszyscy kadrowicze są już po sezonie i być może niektórzy mieli z tyłu głowy myśl: „A, wolę wakacje”...

- Możecie wierzyć lub nie: nie miałem żadnego telefonu z pytaniem. „Trenerze, sytuacja jest taka i taka; dostanę wolne?”. A nie, przepraszam: był jeden; chodziło o wesele jednego z kandydatów do powołania. Ale problem się rozwiązał sam, bo zawodnik... jest kontuzjowany.

Zagramy za kilka dni mecze z Ukrainą i Nigerią. Rywale z wyboru czy – w tym gorącym przedmundialowym czasie – trochę z przypadku?

- Długo ich szukaliśmy, rzeczywiście nie było łatwo znaleźć sparingpartnera. Gramy z drużyną europejską, gramy z drużyną afrykańską - to nie jest żaden problem. Ważne, że gramy!

A jakie ma pan oczekiwania – i zadania do wypełnienia – w stosunku do tych meczów?

- Nie chcemy wielkiej rzeszy nowych kadrowiczów, by ich sprawdzać; choć paru na pewno sprawdzać będziemy. Mamy jednak doświadczenie chociażby z meczu z Nową Zelandią, że dużo zmian nie wychodzi do końca dobrze i nie daje jasnych odpowiedzi. Nie będzie nie wiadomo ilu nowych piłkarzy również z tego powodu, że - moim zdaniem – po prostu... nie ma ich aż tylu do sprawdzania. Będziemy kogoś próbować, ale przede wszystkim staramy się utrzymać tych, którzy – jak mi się wydaje – stworzyli całkiem fajną i ambitną grupę. I teraz bardzo ważne jest, żeby ona dobrze funkcjonowała i na boisku, i poza boiskiem.

A skąd wtorkowy termin upublicznienia powołań? W poniedziałkowy wieczór, na Gali Ekstraklasy, jeszcze rozmawiał pan z potencjalnymi kadrowiczami?

- Nie, to wszystko już jest poukładane. A wtorek dlatego, by na owej gali... uniknąć waszych pytań, dlaczego ten czy ten jest powołany, a któryś inny – nie (śmiech).

Czy w kontekście tych dwóch gier chodzi panu po głowie jakaś próba zmiana taktyki? Niektórzy sugerują na przykład grę czwórką obrońców...

- A ja myślę, że przede wszystkim trzeba sobie zadać pytanie, czy reprezentacja Polski grająca trójką stoperów gra dobrze w piłkę, czy źle? Bo zmiana dla zmiany nie ma sensu. Jeśli uważamy, że w tym systemie gramy dobrze, to dlaczego mamy go zmieniać? Zresztą my go i tak zmieniamy w trakcie meczu! Inaczej się zachowujemy mając piłkę, inaczej – bez niej.

A z Jakuba Kiwiora można zrobić lewego obrońcę?

- Po pierwsze - sam zawodnik musi być przekonany do tego, że faktycznie chce grać na tej pozycji. Po drugie - my musimy być przekonani, że da nam na tej pozycji dużo. A po trzecie - to, że Kuba nie wychodzi na murawę jako lewy obrońca, nie znaczy, że w trakcie meczu nie gramy czwórką i nie wyprowadzamy piłki lewą stroną, gdzie on pełni tę rolę klasycznego lewego obrońcy! Takie sytuacje mają miejsce, bo dzisiaj elastyczność i wymienność pozycji w piłce jest na porządku dziennym. Zresztą ja nie szukałbym poprawy gry czy wyników tylko i wyłącznie w zmianie systemu. Owszem, przyzwyczailiśmy się do tego, że Polska w okresie swych sukcesów grała czwórką obrońców. Ale może po prostu miała wówczas więcej jakości?

Kiwior z Janem Bednarkiem zbierają „ochy” i „achy” w Porto. A potem Janek przyjeżdża na kadrę i robi „babole”. Czemu?

- Nie porównujcie meczów ligowych w Porto z barażami. W reprezentacji - mam na myśli odpowiedzialność przede wszystkim - obciążenie jest zdecydowanie większe. Tak, zdarzył mu się błąd w meczu z Albanią, natomiast jego konsekwencje na szczęście nie były duże, bo spotkanie wygraliśmy. Być może wymagamy od nich – bo wrzucam do tego worka również Kiwiora - zdecydowanie więcej, skoro tak dobrze sobie radzą w lidze portugalskiej. Natomiast pamiętajmy, że tam mają zacięte mecze przede wszystkim ze Sportingiem i Benficą. W pozostałych Porto ma pełną kontrolę. Spotkania, w których - w większości przypadków – drużyna ma 60-70 procent posiadania piłki to zupełnie inne wyzwania niż gra w reprezentacji.

Przypadek Jana Ziółkowskiego, mało grającego w Romie; z perspektywy czasu – dobrze, że podjął ryzyko? Wciąż jest dla pana alternatywnym rozwiązaniem?

- Czy dobrze? Tego się nie wie zmieniając klub. Przecież szybko zaczął dostawać szansę. Potem się to zmieniło. Ale czytam o tym, że Włosi dziś sprzedaliby Ziółkowskiego za 20 milionów euro, choć kupili go za 6 milionów. To znaczy, że wiedzą, że jest to wartościowy piłkarz.

Tylko jak tu budować zespół, od którego kibice żądają na przykład awansu na mundial, a kandydatami do niego są zawodnicy siedzący na ławce...

- A tu już wchodzicie w temat oceny potencjału drużyny. Wymagania wymaganiami, ale najpierw trzebaumieć ocenić potencjał drużyny; to, na ile naprawdę ją stać. Już powiedziałem: wydaje mi się, że pokazaliśmy, że stać nas na dobrą grę. Natomiast w kluczowych momentach zabrakło doświadczenia. Jest w tej kadrze kilku zawodników, którzy tego doświadczenia reprezentacyjnego mają mało, a są u nas podstawowymi piłkarzami: począwszy od bramkarzy, poprzez Wiśniewskiego, Ziółkowskiego itd. To też było widoczne w końcowej fazie meczu w Szwecji.

Problemem zdaje się w tej chwili również linia ataku... Jest jeden „Lewy”, i co dalej?

- Wszyscy wiemy, jaki mamy w tej formacji wybór. To są naprawdę niełatwe decyzje do podjęcia. Kto jest lepszym napastnikiem: czy Karol Czubak strzelający blisko 20 bramek w polskiej ekstraklasie, czy Mateusz Żukowski z podobnym dorobkiem w 2. Bundeslidze? A może Adrian Benedyczak, zdobywający gole w Turcji? Dziś może lepszy jest ten, ale w przyszłości może lepszy byłby tamten? O tej przyszłości musimy myśleć, bo jest paru starszych zawodników w kadrze. Na dodatek do każdego trzeba podejść indywidualnie. Mamy Przemka Frankowskiego, który ma dopiero 30 lat, ale w ostatnim czasie boryka się z wieloma kontuzjami. Jest Bartek Bereszyński, który zaczyna wchodzić w końcową fazę swojej kariery. Paweł Wszołek podobnie. Za to Piotrek Zieliński właśnie miał 32. urodziny, a przecież znowu odżył, zapomniał o kontuzjach i miał chyba najlepszy swój sezon, zdobywając dublet we Włoszech. Musimy rozpatrywać każdego piłkarza osobno i wiedzieć, co się dzieje i co może się stać. Wspomniany Ziółkowski: nie gra w klubie, więc nie powołujemy go? Ale może chcemy go powołać, bo wierzymy, że we wrześniu już będzie grał regularnie, na przykład po zmianie klubu. Więc chcielibyśmy, żeby był w tej grupie i na mecze kontrolne przyjechał. Mówię przykładowo, bo o wszystkich powołaniach kibice dowiedzą we wtorek.

Rozmawiali Zbigniew Cieńciała i Dariusz Leśnikowski

W samo południe

We wtorkowe południe poznamy nazwiska wybrańców Jana Urbana na towarzyskie mecze z Ukrainą (Wrocław, 31 maja, godz. 17.30) oraz Nigerią (Warszawa, 3 czerwca, godz. 20.45). Zbiórkę kadry zaplanowano na czwartek, 28 maja; tego samego dnia kadrowicze trenować będą po raz pierwszy na Tarczyński Arena w stolicy Dolnego Śląska.

(DaL)

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się