Nasz człowiek wśród Orłów
Przekorny bywa piłkarski los. Ten, który wskazuje rywala twej drużyny w pucharowej rywalizacji, ale i ten, który czasami w wymiarze osobistym, indywidualnym rzuca kłody pod nogi.
Jakub Kamiński świętuje gola na San Siro. A Joao Palinha wspiera go zza pleców! Fot. SIPA USA/PressFocus
Jakub Kamiński tej przekory w ostatnich tygodniach doświadczył dwukrotnie. Po raz pierwszy – gdy 28 sierpnia w Monako losowano zestaw par fazie ligowej Ligi Europy. To wtedy dowiedział się, że jednym z ośmiu przeciwników „jego” Benfiki będzie poznański Lech – klub, w którym spędził ponad połowę (na ten moment) swego futbolowego życia. I który – jak macierzyste Szombierki – do dziś nosi w sercu. Zresztą o emocjach towarzyszących mu przy okazji meczów Kolejorza opowiadał nam pięknie półtora roku temu, gdy Lech sięgał po swój 9. tytuł mistrzowski.
Czy to już zawał?!
- W Niemczech było już po sezonie, w Polsce – grano ostatnią kolejkę. Wracałem akurat z krótkiego wypadu do Szwajcarii. Z powodu nerwów nie chciałem oglądać całego spotkania Lecha z Piastem. Ale nie wytrzymałem: zatrzymałem się na stacji i obejrzałem jego końcówkę. Te 3-4 ostatnie minuty wystarczyły, by Monika, moja dziewczyna, na dobre się przestraszyła – tak bardzo waliło mi serce z emocji. A niemal mi stanęło, gdy Piast w 92 minucie miał okazję na gola! Musiałem wyjść z auta, pooddychać świeżym powietrzem! - mówił „Kamyk” dodając, że od chwili wyjazdu z Poznania utrzymuje kontakt nie tylko z ówczesnymi kolegami z drużyny, ale i prezesem Piotrem Rutkowskim, czy dyrektorem sportowym Tomaszem Rząsą.
W obiektywie (wielu) kamer
Wiosną 2026 Poznaniacy powtórzyli sukces sprzed roku, znów zasiadając na mistrzowskim tronie. Do Champions League się nie przebili, grając za to w Lidze Europy. No i wpadli w niej na Benficę, której zawodnikiem Jakub Kamiński został latem, po bardzo udanym sezonie w 1.FC Koeln. Orły zapłaciły za niego 17 mln euro: dużo więcej niż Wilki z Wolfsburga, gdy wykupywały go ze stolicy Wielkopolski. Kiedy lądował w stolicy Portugalii, w terminalu czekało na niego kilka ekip telewizyjnych, transmitujących jego przylot. Słowem – gwiazda!
W zawodowej piłce niczego jednak za darmo się nie dostaje. Choć w sparingach grał nieźle i niemało, w lidze portugalskiej był u progu sezonu wyłącznie rezerwowym. Kiedy pod koniec września przyjechał na zgrupowanie kadry, miał na koncie ledwie jeden występ ligowy, przeciwko Maritimo. Z właściwym sobie hartem ducha dzielnie odpowiadał na pytania serwisu „Łączy nas piłka” dotyczące tych niewielu minut, jakie dostał od Marco Silvy. - Cieszę się, że w takim miejscu, może mi to wyjść tylko na dobre. I daję sobie czas, bo wszystko dla mnie jest nowe: drużyna, trener, otoczenie. A konkurencji się nie boję. Lubię ją, bo dzięki niej się rozwijam. Zawsze chciałem wyzwania piłce, teraz chcę mu sprostać. Lubię wysokie cele – zaznaczał.
Dolegliwość mocno „upierdliwa”
Cztery występy w reprezentacji miały dać „Kamykowi” ten pakiet minut, którego brakowało mu w ligowych meczach Benfiki. I tu ponownie w jego piłkarskie życie włączył się los – rzucając wspomniane kłody pod nogi. Już w 23 minucie pierwszego spotkania wszystkie plany runęły. - Chciałem dograć piłkę, poczułem ból i uznałem, że nie ma co ryzykować i pogłębiać kontuzji – mówił Kamiński, opuszczając szatnię warszawskiego stadionu. Mówił spokojnie, choć uraz przywodziciela bywa dla piłkarzy dolegliwością mocno „upierdliwą” i trudną w leczeniu. Nazajutrz wyjechał ze zgrupowania, wracając do Lizbony na rekonwalescencję.
Historia pisana na żywo
Trwała długo. Na murawie pojawił się dopiero w miniony weekend, a więc po trzech tygodniach przerwy! Zagrał symboliczną minutę, piłki dotknął ledwie parę razy. Szansą na dłuższy występ być może będzie dopiero czwartkowa konfrontacja z Lechem. W Lidze Europy trener Silva lubi bowiem „zamieszać składem” swej drużyny. To właśnie dzięki temu wychowanek Szombierek odnotował wielce spektakularny występ w koszulce Orłów. Krótko przed przyjazdem na kadrę wybiegł na murawę słynnego San Siro i... został bohaterem swej ekipy w wygranym 2:0 meczu LE z AC Milan. Najpierw asystował przy golu Dodiego Lukebakio, a potem sam trafił do siatki rossonerich!
- Uczestnictwo w takim meczu zrobiło na mnie wrażenie, tym bardziej że nie miałem wcześniej okazji być na San Siro – zdradzał we wspomnianym już vlogu „Łączy nas piłka”. - A dopiero po meczu się dowiedziałem, że Benfica nigdy z Milanem nie wygrała, więc ta historia zostanie ze mną do końca życia! – zapewniał.
Gesty niezapomniane
W serduchu zostanie mu z kolei reakcja kolegów na jego bramkę. - Oni lubią ekspresyjne emocje. Super był gest Joao Palinhy, który w celebracji przed trybuną naszych kibiców wypchnął mnie do przodu, pokazując, że to mój moment. To samo Tomas Araujo zrobił po meczu, żebym dostał dodatkowe brawa... Małe gesty, ale dla mnie niezapomniane. Pokazywały, że nieważne kto jest w jakim momencie swej przygody z Benficą: zawsze może się przydać, by pomóc w osiągnięciu sukcesu – dodawał z wypiekami na twarzy.
Czy w czwartek „Kamyk” rzucony zostanie na tory, by wykoleić poznańską „lokomotywę”?
Dariusz Leśnikowski
