Narodziny gwiazdy
PARYSKA MUCHA - felieton Tomasza Muchy
Nie mogę tu spać, nie potrafię ochłonąć, jestem emocjonalny. I choć w Paryżu przebywam zawodowo i powinienem powściągnąć emocje – nie potrafię, bo jak zachować dystans, gdy jest się świadkiem naocznym, organoleptycznym wręcz, chwili, w której rodzi się Gwiazda? Bajkowo właściwie, niczym w filmach z Barbrą Streisand i w nowszej wersji z Lady Gagą (oba świetne). W Hollywood rodziła się Gwiazda muzyczna, w innych realiach niż polskie; na naszych oczach rodzi się Gwiazda sportowa - autentyczna, nasza własna, swojska wręcz, na dodatek taka bezpretensjonalna, naturalna, urocza... Nasz najlepszy towar eksportowy Anno Domini 2026 jeszcze dwa tygodnie temu był Kopciuszkiem, dziś jest Księżniczką. Trudno patrząc na Chwalińską jak rozgania po korcie kolejne „faworytki” zachować chłód i dystans, tym bardziej że sport to przede wszystkim emocje.
Nie bagatelizowałbym faktu, że - jak często da się słyszeć z politowaniem - to „tylko” sport. Otóż ten „tylko” sport to coś najbardziej wartościowego, czego możemy doświadczyć i co przekazać następnym pokoleniom. Taki sport, ta poruszająca historia tak klasowej zawodniczki, niesie tylko pozytywne przesłanie, jest pięknym wzorcem - nie tylko dla dzieciaków - nieustępliwości, niezłomności, charakteru, pracy i szacunku dla innych, generalnie życiowej postawy... A społeczności, takiej jak naród, daje poczucie wspólnoty, tożsamości, jedności (choć na chwilę wszyscy są zgodni i się kochają, nawet jeżeli to piękna ułuda), w niektórych zaś przypadkach zapewnia osobiste katharsis, działa jak najlepsza psychoterapia.
No właśnie. Jak już powszechnie wiadomo Chwalińska swego czasu zmagała się z depresją i wygrała z nią, jej historia może - i powinna nawet – być inspiracją dla wielu sportowców, dla każdego z nas. Swego czasu wzbudziło to poruszenie - ale raczej nie wyszło poza wąski światek tenisowy, bo zawodniczka z przełomu drugiej setki na świecie nie budzi zainteresowania mas. Moja żona do dziś śmieje się, że gdy dokładnie rok temu na lotnisku we Włoszech przypadkowo wypatrzyłem Maję, byłem jedynym gościem, który rozpoznał tenisistkę w kolejce do samolotu. Była anonimowa. Dziś wydaje się to cokolwiek absurdalne, brzmi jak opowieść z mchu i paproci. No bo kto nie zna sensacyjnej finalistki Rolanda Garrosa, Mai Chwalińskiej?!
W minionych miesiącach rozmawialiśmy już kilka razy „oficjalnie”, zostałem „Panem z lotniska”. Maja była już odmieniona - uprzejma, otwarta i profesjonalna, pełna wiary, ostrożnej, ale jednak... Ja trochę - przyznam się - traktowałem te deklaracje z politowaniem. Dziś widzę, że tenisistka z Dąbrowy Górniczej i Bielska-Białej (oddajmy obu miastom, co należne!) była gotowa na sukces, czekała tylko na odpowiedni moment. Resztę znacie.
Ziemia wokół Mai Chwalińskiej zawirowała – Polka jest na ustach całego tenisowego świata i chyba nie tylko tego, ale znam trochę jej losy, więc nie potrafię obserwować tego „zamętu” na chłodno, z zawodowym dystansem. Nosi mnie jak psychofana.
Tu w Paryżu poznałem najbliższych Mai, rodziców Marcelę i Tomka, ojca chrzestnego (również Tomka, a jakże!), który z przyjacielem przejechał nocą pół Europy w aucie, by dotrzeć na poranny ćwierćfinał, no i zostają do finału. Trudno ich nie polubić - skromnych, pogodnych, zwyczajnych ludzi, zatroskanych, ale szczęśliwych, może już nieco tylko przytłoczonych rosnącą od dwóch tygodni lawiną zgiełku wokół nich - czemu trudno się dziwić - ale znoszących to z godnością. Słucham o historiach rodzinnych, niektórych naprawdę dramatycznych – gdy np. 18-letnia Maja została w pandemii dosłownie zamknięta na kilka tygodni w hotelowym pokoju w Argentynie i przerażeni rodzice nic nie mogli zrobić... Oglądam zdjęcia czterolatki z rodzinnej kroniki, filmiki ze wspólnie spędzanych świąt. To prywatne rzeczy, nie do publikacji i opisu, ale pokazujące Maję z jeszcze jednej strony, jako zabawną, trochę „crazy”, jak sama o sobie mówi. I teraz wypada jej tylko życzyć, żeby taką pozostała, gdy świat wokół niej zawirował.
Oj Maju, Maju, ale w sobotę jeszcze zabierz nas, Gwiazdo, do Raju!
