Naprawdę spoko gość
Rozmowa z Maxem Watsonem, szwedzkim obrońcą Ruchu, pierwszym piłkarzem ze Skandynawii w historii chorzowskiego klubu
Watson zaliczył niefortunne wejście do Ruchu, ale ostatnio z Odrą pokazał się z dobrej strony! Fot. Press Focus
Wygrany 2:0 mecz z Odrą był pana drugim występem dla Ruchu. Jak pan go oceni?
– Myślę, że było okej. To nie było perfekcyjne spotkanie, ale zrobiliśmy wystarczająco dużo, aby wygrać. Zagraliśmy w prosty sposób i staraliśmy się robić proste rzeczy, ale tak, jak należy. Oczywiście, przeciwnicy mieli dwa czy trzy ataki, po których mogliśmy stracić gola, ale koniec końców w ciągu 90 minut byliśmy lepszą drużyną. Ale w futbolu bywa tak, że jedna bramka może zmienić wszystko, dlatego jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się zachować czyste konto. Jeśli to robisz, masz ogromną szansę, by zdobyć przynajmniej punkt.
Jest pan tutaj już trzy miesiące, dlatego chciałem zadań panu trzypoziomowe pytanie, zaczynając od największego: o Polskę, o I ligę, o Ruch Chorzów. Więc po kolei – jak się panu tutaj żyje? Poza dwuletnim epizodem w Słowenii występował pan tylko w ojczyźnie.
– Przez te trzy miesiące, odkąd tu jestem, wszystko jest dobrze. Znalazłem bardzo fajne mieszkanie w Katowicach. Trochę też pozwiedzałem...
Widzi pan różnicę w mentalności tutejszych ludzi?
– Można powiedzieć, że ludzie w Szwecji podchodzą do wszystkiego z nieco większym dystansem. W Polsce wszyscy są dla mnie bardzo mili, natomiast u nas ludzie są trochę bardziej... wycofani.
Gdy myślimy o Szwedach, to kojarzą nam się chłodni ludzie, którzy się nie uśmiechają.
– No, trochę tak to wygląda (śmiech). Ale Polska jest naprawdę fajna. Jak wspomniałem, gdy mieliśmy trochę wolnego, to co nieco pozwiedzałem. Byłem już w Krakowie, zobaczyłem Muzeum Auschwitz. Kiedy ma się okazję mieszkać w innych częściach Europy, to trzeba to wykorzystać, żeby zobaczyć coś nowego.
To teraz liga.
– Na razie niestety nie za dużo sobie w niej pograłem (uśmiech). Ale oczywiście obserwuję. Jeśli miałbym to porównać do ligi szwedzkiej (Watson przyszedł z Norrkoping po spadku z tamtejszej ekstraklasy – przyp. red.), to tempo jest trochę niższe. Nie miałem co prawda okazji grać z tutejszymi najsilniejszymi drużynami, ale te w Szwecji także były trochę lepsze, choć na pewno jest tutaj kilku dobrych zawodników z niezłymi umiejętnościami. Jest tu kilka pięknych stadionów i niesamowita baza kibicowska.
Inna niż w Szwecji?
– Tak, szczególnie, że to drugi szczebel rozgrywkowy. Coś świetnego.
Ruch gra na drugim co do wielkości stadionie w Polsce.
– Tak, słyszałem o tym. Dodatkowo jest tutaj znakomite boisko, świetna trawa do grania w piłkę. To mnie trochę zaskoczyło, chociaż słyszałem trochę o polskich kibicach i stadionach.
W Szwecji macie takie mecze, jak tutaj z Wisłą, na 53 tysiące osób?
– Jeśli gra się na Stadionie Narodowym z AIK (w Solnej, czyli tam, gdzie Polska przegrała baraż ze Szwecją – przyp. red.), to na prawie każdym meczu ten obiekt jest pełny. Pojemność jest podobna jak tutaj (50 tysięcy, choć w zeszłym sezonie średnia frekwencja wynosiła ok. 23 tys. – przyp. red.). Gdy gra się tam mecz, większość kibiców wspiera gospodarzy, natomiast na meczu z Wisłą publika była wymieszana. W Szwecji mecze największych drużyn przyciągają między 20 a 45 tysięcy, ale nie ma takich spotkań wiele. Czasami grasz na stadionie, gdzie jest 5 czy 6 tysięcy kibiców.
To ostatnia część pytania – o sam Ruch. Czego spodziewał się pan, zanim tutaj przyszedł, a co pan zastał? Oczekiwania kontra rzeczywistość.
– Przed transferem nie wiedziałem zbyt wiele o klubie. Kiedy pojawiło się zainteresowanie, poszukałem trochę informacji. Myślę, że mamy jakość i dobrych piłkarzy. Jeśli spojrzy się na wcześniejsze spotkanie (z Pogonią Grodzisk Mazowiecki, 2:2 – przyp. red.), powinniśmy wygrać dwoma, trzema... a może czterema czy pięcioma golami (uśmiech). Jakość tutaj jest. Najważniejsze jednak jest to, aby być dobrym przez dłuższy czas, aby pokazywać regularność. Jeśli idzie nam słabo, musimy jak najwyżej podnosić sobie poprzeczkę. Bo jeśli osiągamy te cele, które są postawione wysoko, pokazujemy, że jesteśmy bardzo dobrym zespołem. Jeśli podniesiemy standard tych elementów, które wychodzą nam najsłabiej, możemy osiągnąć coś fajnego.
Wspomniał pan, że nie zagrał zbyt wiele meczów. Zadebiutował pan w Rzeszowie, wszyscy byli ciekawi tego nowego Szweda. No ale na początku drugiej połowy obejrzał pan czerwoną kartkę. Kibice zaczęli się zastanawiać: „O Boże, kogo oni ściągnęli”...
– (śmiech)
… co może pan powiedzieć o tamtym spotkaniu?
– To była moja pierwsza czerwona kartka w seniorskim futbolu!
Naprawdę?!
– Zgadza się!
Ale ma pan już... 30 lat. To kawałek kariery. W dodatku gra pan na obronie.
– Tak, ale wie pan, jestem naprawdę spoko gościem! (śmiech) To nie był żaden brutalny faul, miałem trochę pecha przy przyjęciu piłki, musiałem coś zrobić, no i niestety skończyło się na czerwonej kartce. Najpierw byłem zawieszony, potem miałem drobne urazy i nie mogłem grać. Czasami tak się dzieje i ważne jest to, żeby sobie z tym poradzić i wrócić silniejszym.
Trochę pan poczekał. Trener Waldemar Fornalik nie słynie z szeroko zakrojonych zmian.
– Zgadza się, inni zawodnicy dostawali szanse, grali, my wygrywaliśmy, więc trzeba było to zaakceptować. Czasami tak się dzieje, ale jestem szczęśliwy, że mogłem wystąpić przeciwko Odrze i pokazać się kibicom na naszym stadionie. Cieszy, że zachowaliśmy czyste konto i wygraliśmy.
Gdy sprawdzałem pana profil na Transfermarkcie, zauważyłem, że obok szwedzkiej ma pan także angielską flagę. Jakieś korzenie?
– Zgadza się, mój tata jest z Anglii. Miał jakieś 18 lat, gdy przeprowadził się do Szwecji, więc... jest bardziej Szwedem niż Anglikiem (śmiech). Stąd też nazwisko „Watson”. Mama jest Szwedką.
Ale ma pan bardzo dobry akcent. Rozmawiamy po angielsku i brzmi pan lepiej niż przeciętny Szwed.
– Kiedy byłem dzieckiem, w domu rozmawialiśmy bardzo dużo po angielsku. Oprócz tego mam rodzinę w Anglii, jest tam dziadek i kuzyni, więc gdy byłem młodszy, odwiedzałem ich, kiedy tylko miałem jakąś przerwę w szkole.
To dlaczego pan tam nigdy nie zagrał? Skandynawowie lubią angielski futbol!
– Nie miałem nigdy takiej okazji. Może gdybym był lepszym piłkarzem... (śmiech). Ale to fajna rzecz mieć korzenie gdzieś indziej. Jestem dumny z tego, że jestem powiązany z tymi dwoma państwami.
W przeszłości grał pan z kilkoma zawodnikami, którzy występowali w Polsce. W Słowenii trenował pan też przez moment pod wodzą Ante Simundzy, który teraz prowadzi Śląska Wrocław w tej samej lidze. Podpytywał pan kogoś o polską piłkę?
– Rozmawiałem tylko z Marko Kolarem, bo graliśmy razem w Mariborze. Trochę mi opowiedział o Ruchu Chorzów. A co do Ante – tak, znam go. To naprawdę dobry trener, lubiłem z nim pracować. Ma wielkie wymagania i zawsze wie, czego chce. Mogę o nim mówić tylko w samych pozytywach. Z tego, co widzę, ich drużynie idzie teraz naprawdę dobrze.
No... Śląsk to bardzo bogaty klub jak na I ligę.
– A, okej, to dlatego. Teraz wszystko rozumiem (śmiech).
Ale już tak na poważnie... Wspomniał pan, że trener Simundza dużo wymaga i wie, czego chce – czyli podobnie jak trener Waldemar Fornalik, żywa legenda Ruchu Chorzów.
– Zgadza się, to taka mentalność starej szkoły. Jest też trochę starszym facetem, doświadczonym, wymaga wiele od piłkarzy, ale nie mogę powiedzieć o nim nic złego.
Gdy dzień po meczu barażowym Szwecja – Polska, w którym wasza reprezentacja awansowała na mundial, wszedł pan do szatni Ruchu, jaka była reakcja?
– Próbowałem być dżentelmenem (śmiech). Nie chciałem za bardzo celebrować, gdy zobaczyłem ich twarze. Niektórzy narzekali na sędziego, bla, bla, bla (śmiech). Mieliście szansę wygrać. Fajnie, że odbył się taki mecz; dla nas, Szwedów, to znakomita rzecz pojechać na mundial po tym, jak nie awansowaliśmy na poprzedni. Niestety dla was...
Gyokeres czy Lewandowski?
– Teraz? Gyokeres, ale musi jeszcze udowodnić coś w dłuższym okresie, bo Lewandowski prezentował wysoki poziom przez wiele, wiele lat.
Ruchowi zostały trzy wyjazdowe mecze do końca, ciągle walczycie o baraże. Jak się pan na to zapatruje?
– To wielkie wyzwanie, ale zarazem świetna sprawa. Wszystko jest w naszych rękach. Nie znam dokładnie układu tabeli, ale jeśli wygramy trzy mecze, będziemy mieli wielką szansę. Musimy być jednak lepsi niż w meczu z Odrą. Musimy pokazać dobrą energię, być odważnymi, wierzyć w siebie, że to zrobimy. To nie będzie łatwe. Będziemy potrzebowali każdego – tych z pierwszego składu i tych z ławki. Musimy przeć przed siebie, koncentrować się na każdym kolejnym spotkaniu, żeby nie myśleć za bardzo do przodu, nie patrzeć na inne wyniki. Skupiamy się na sobie.
Na koniec niepoważne pytanie. Wiedział pan, że Patryk Szwedzik oznacza... Mały Szwed? Little Swede.
– Naprawdę? Nie wiedziałem! Zacznę tak teraz na niego mówić: little Swedish guy (śmiech).
Rozmawiał Piotr Tubacki
57 OBCOKRAJOWCEM w historii Niebieskich został Watson. Jego kontrakt obowiązuje do końca sezonu i zawiera opcję przedłużenia.
