Najszczęśliwszy dzień życia
Rozmowa z Jakubem Szymańskim, halowym mistrzem świata na 60 m ppł.
Decydujące metry: Jakub Szymański kontra Amerykanin Trey Cunningham. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Spełniłeś obietnicę - przyjechałeś na mistrzostwa świata i zwyciężyłeś. Brawo!
- To był najważniejszy start w mojej karierze. Była największa presja, jest największa radość w moim życiu, najszczęśliwszy dzień. Wszystko największe, nawet dramaturgia.
Czujesz się spełniony?
- Tak, jestem najbardziej spełniony w całym moim życiu. Przed rokiem w mistrzostwach Europy też wygrałem, ale wtedy nie mogłem popuścić wodzy fantazji, tego entuzjazmu, bo za dwa tygodnie miałem mistrzostwa świata w Chinach…
I dopiero teraz odebrałeś sobie to, czego nie udało się dokonać przed rokiem w Nankinie…
- W 2008 roku Dayron Robles był wielkim faworytem mistrzostw świata w hali, ale uderzył w płotek i nie dostał się do finału. Dwa lata później wygrał. Wzorowałem się na tej historii. Różnica między mną a Kubańczykiem była taka, że przed rokiem w Chinach poziom był niski. Zasadzałem się tam na złoty medal, wiedziałem, że jest w moim zasięgu. Zrobiłem dobrą aklimatyzację, byłem wtedy w znakomitej formie, byłem lepszy od rekordzisty świata Granta Hollowaya. Miała być walka o złoto. Ostatecznie zostałem z niczym, z rozpaczą. To bardzo źle przełożyło się na mój sezon letni.
W jaki sposób?
- Pierwsze półtora miesiąca to był czas bez energii. Zresztą nie tylko u mnie, bo i u moich trenerów. Tamte wydarzenia bardzo nam podcięły skrzydła. Nie mogłem się cieszyć latem. Wiadomo że na stadionie nie jestem takim hegemonem. Byłem pesymistą - jak nie ja, gdyż na co dzień jestem dużym optymistą. Wierzę w swoje możliwości.
Przed mistrzostwami w Toruniu mówiłeś, że do złota trzeba będzie poprawić rekord Polski, czyli pobiec szybciej niż 7,37. Ostatecznie wystarczyło 7,40…
- Jestem tym zaskoczony. Mój czas oscylował w graniach rekordu Polski, ale nie był lepszy. Zrobiłem to, co do mnie należało. Najlepiej ze wszystkich wytrzymałem presję. Kamień z serca. We dwójkę z Hiszpanem Enrique Llopisem ograliśmy Treya Cunninghama, najpewniejszego człowieka, który tu przyjechał.
Amerykanin „straszył” w półfinale wynikiem 7,35!
- Wiedziałem, że jego życiówka nie znaczy dla niego nic dobrego. Jestem doświadczonym zawodnikiem w startach halowych i wiem, że jak się bije życiówki na tym etapie, to potem nie ma tego wystrzału w finale. Miałem taką sytuację w Glasgow, dwa lata temu na mistrzostwach świata w hali. Wtedy w półfinale pobiłem rekord Polski - 7,46, a w finale było strzelanie ślepakami.
Trybuny teraz pomogły?
- Jasne! Kibicowała też moja rodzina. Po biegu zeszkliły mi się oczy. Przytuliłem się do taty i mamy, wypłakałem się jak mały chłopiec. Cała rodzina zrobiła mi niespodziankę, wykupili bilety tuż przy wejściu do mix zony, w najlepszym miejscu, czułem ich energię, która spływała na mnie… Miałem przewagę gościa, który biega u siebie i kocha tę dramaturgię. Zleciłem w hali muzykę z głośników, która potrafi sięgnąć do najgłębszych pokładów mojej psychiki i serca.
Ten nieudany występ przed rokiem jednak może okazał się cennym doświadczeniem?
- Nankin był potrzebny w moim życiu. Wygrane nie uczą tak jak porażki. Wszyscy najwięksi sportowcy o tym mówili, Michael Jordan, Rafael Nadal, LeBron James, Kobe Bryant. Wzoruję się na nich, oni podkreślają, że trzeba wierzyć w siebie. Ja przestałem na jakąś chwilę. Przez ostatni rok nie miałem życia. Wszystko, co było związane ze sportem, sklejało mi się z tymi Chinami. Po przebudzeniu przez ostatnie ponad 300 dni miałem tętno sto uderzeń na minutę, tak mi się podnosiło ciśnienie. Teraz to się zmieni.
Pomagał psycholog?
- Nie potrzebowałem, sam sobie z tym radziłem. Dużo rozmawiam ze sobą i uważam, że jest to wielka i bardzo dobra metoda na radzenie sobie ze stresem. Te Chiny mnie nie załamały, a wzmocniły, zmieniły mnie jako człowieka. Oprócz mnie tylko trzy osoby wiedziały, z czym się mierzę - menedżer Marcin Rosengarten i trenerzy Mikołaj Justyński oraz Maciej Ryszczuk. Rodzina nie wiedziała. Nikt, kto nie był w zawodowym sporcie, nie jest w stanie tego zrozumieć. Wróciłem lepszy, silniejszy.
Kiedy biłeś w toruńskiej hali rekordy Polski juniorów, z pewnością nie mogłeś przypuszczać, że sięgniesz w niej po złoto mistrzostw świata…
- Wtedy moim trenerem był Bernard Werner. Traktowałem go jak przyszywanego dziadka. Myślę, że jest ze mnie dumny. Z pewnością oglądał mój występ i miał łzy w oczach. To on zapoczątkował moją karierę. Później przejęli ją Maciej Ryszczuk i Mikołaj Justyński. Oni dalej szlifują ten diament i pewnie będą to robić jeszcze przez dekadę.
Będziesz dłużej świętował?
- Przez kolejne trzy dni trudno mi będzie chyba zasnąć, jest bal w sercu. Ale wracam do domu rodzinnego, do mojego psiaka, będę mógł z nim normalnie spać w łóżku, a jak się będę budził, to przez tydzień będę miał wywalone, co będzie jutro.
Rozmawiał i notował Tomasz Mucha
Gdyby Iga wygrała, nie byłoby Ryszczuka
Jednym z dwóch ojców sukcesu Jakuba Szymańskiego - obok trenera Macieja Justyńskiego - jest Maciej Ryszczuk. Fizjoterapeuta i trener przygotowania fizycznego należący do sztabu Igi Świątek jeszcze w piątek wraz z najlepszą polską tenisistką przeżywał gorycz porażki w drugiej rundzie turnieju w Miami, ale szybko wsiadł na Florydzie w samolot i w sobotę po południu wylądował w Polsce. Zdążył na półfinał i finał 60 m ppł., a filmik z radości obu szkoleniowców po zwycięstwie polskiego płotkarza robi prawdziwą furorę. Gdyby jednak w Miami Świątek grała dalej, Ryszczuka pewnie zabrakłoby u boku mistrza świata.
