Najgorsze wykluczone
Choć w Wiśle wszyscy przygotowywali się na najgorsze, badania wykazały, że Alan Uryga nie zerwał więzadeł.
Od blisko roku Alan Uryga (w środku) nie ma wielu okazji do gry. Fot Krzysztof Porębski / Press Focus
WISŁA KRAKÓW
Kapitan Białej Gwiazdy nie usłyszał kolejnego w ostatnich latach wyroku. Niedługo kończy się jego umowa.
Plany legły w gruzach
Alan Uryga przez lata był synonimem „końskiego zdrowia”. Odkąd jednak w 2021 roku wrócił pod Wawel, w jego sportowym życiorysie jest sporo białych plam. Pierwszej kontuzji nabawił się podczas... wakacji, zanim oficjalnie rozpoczął treningi w świetnie znanym sobie miejscu. Nie mógł pomagać, gdy drużyna nieskutecznie walczyła o utrzymanie w ekstraklasie, sporo meczów opuścił, gdy przegrywała na polu walki o powrót do elity. Karta na dłuższy czas się odwróciła i w 2024 roku osiągnął największy sukces w karierze – jako kapitan poprowadził pierwszoligowca do zdobycia Pucharu Polski. Jednak ostatni rok znów jest niego bardzo trudny. W połowie maja po raz drugi zerwał więzadła w tym samym kolanie. Do gry wrócił w tej rundzie, zawsze jako rezerwowy i ledwie w trzech meczach – po jednym w lutym, marcu i kwietniu. Raz, że musiał być wprowadzany stopniowo, dwa – w Wiśle są dziś od niego lepsi. Jednak podstawowych środkowych Wiktora Biedrzyckiego i Darija Grujczicia także dopadło przekleństwo sportowców, czyli kontuzje. W Bytomiu Uryga mógł po raz pierwszy rozpocząć mecz w wyjściowym składzie, ale jego plany legły w gruzach na rozgrzewce i ostatecznie nie wyprowadził zespołu na murawę...
Zakładali najgorsze
Trener Mariusz Jop nie próbował robić dobrej miny, mówił, że rokowania nie są dobre. Powiedział to na gorąco po meczu i dzień później. W tym przypadku okazało się jednak, że czarny scenariusz się nie sprawdził. Obrońca nie skompletował koszmarnego „hat tricka", czyli trzeciego zerwania więzadeł w tym samym kolanie. Tak przynajmniej wyszło z badań, a jak organizm zawodnika będzie reagował w kolejnych tygodniach, to dopiero się okaże. Jego ewentualny powrót na boisko jest jednak wielką niewiadomą i lista obrońców w Wiśle jest obecnie wyjątkowo krótka. W krakowskim klubie mogą dziękować, że lawina kontuzji – nie tylko w defensywie – przyszła, gdy jedną nogą są już w ekstraklasie. Dla trenerów preferujących otwieranie gry przez obrońców, a Mariusz Jop do nich należy, Uryga nie jest idealnym środkowym. Jeżeli można byłoby go porównać do kogoś, kto w piłce osiągnął więcej, to jest takim wiślackim Kamilem Glikiem. Silny fizycznie, nieustępliwy, z ogromnym sercem do gry. Tacy też są potrzebni, o czym polska kadra przekonała się w barażu ze Szwecją, gdy takiej „żywej ściany” zabrakło w tyłach.
Co dalej, kapitanie?
Powroty po kolejnych urazach – zerwania więzadeł nie były jedynymi problemami, z którymi mierzył się Krakowianin – zabrały mu sporo czasu i tak powoli mija już pięć lat od jego powrotu. Lat gorzko-słodkich, bo cztery z nich spędził w I lidze. W 2021 Uryga dostał bardzo długą umowę. Nikt nie miał wtedy wątpliwości, że na taką zasługuje. Jest Wiślakiem z krwi i kości, a wtedy był także czołowym środkowym obrońcą w lidze. Połowa dekady była trudna dla niego osobiście i Wisły. Co dalej? W lutym skończył 32 lata. Kolejne kłopoty ze zdrowiem – mniejsze lub większe – są sygnałami, że przy Reymonta będą się musieli dobrze zastanowić, co dalej. Z jednej strony warto mieć w klubie i szatni kogoś, kto całym sobą utożsamia się z 13-krotnym mistrzem Polski. Nie można jednak zapominać, że zawodników kontraktuje się po to, by grali. Większości kontuzji nie da się przewidzieć, ale w takich przypadkach jak Urygi, trzeba zakładać przy budowie kadry, że może już nie być wiodącą postacią.
Michał Knura
