Na wariackich papierach
Niedawno Maciej Lampe przekonywał, że w niższych ligach powinni grać przede wszystkim młodzi perspektywiczni zawodnicy…
Maciej Lampe o ligowe punkty ostatni raz rywalizował pięć lat temu. Fot. Adam Starszyński / Press Focus
Nie planowałem tego komentować, ale to, co wydarzyło się na finiszu okienka transferowego w Łodzi, zakrawa na kpinę. W poniedziałkowy wieczór koszykarscy kibice w całej Polsce przecierali oczy ze zdumienia. Pierwszoligowy ŁKS, który już wcześniej prężył muskuły na rynku, ogłosił podpisanie kontraktu z… Maciejem Lampe.
Media grzmią o „transferowej bombie”, choć wiadomość ta brzmi raczej jak przedwczesny żart na Prima Aprilis. Lampe to bez wątpienia legenda – były gracz NBA i euroligowych gigantów – ale od lat pozostaje poza poważnym basketem. Ostatnio głośniej niż o formie sportowej było o jego wycieczkach do Rosji w czasie wojny – sam „chwalił się” zdjęciami z Placu Czerwonego.
Nazwisko nie rzuca
Angaż 41-latka, który od dawna pochłonięty jest biznesami i życiem towarzyskim, musi budzić emocje, ale niekoniecznie te czysto sportowe. Samo nazwisko przecież nie wyjdzie na parkiet i nie wywalczy awansu. Co gorsza, ten ruch uderza w fundamenty rozwoju polskiej koszykówki. Pierwsza liga powinna być poligonem doświadczalnym dla młodzieży, tymczasem staje się „domem spokojnej starości” dla weteranów.
Najsmutniejsza w tym wszystkim jest hipokryzja samego zawodnika. Nie minęło pół roku, odkąd Lampe w wywiadzie dla „Gazety Pomorskiej” przekonywał: „Mam wielki szacunek dla 35-latków, którzy wciąż grają i zdobywają wiele punktów w niższych ligach, ale to nie oni są naszą perspektywą. Właśnie tam powinien być maksymalny nacisk na grę młodych zawodników, także nastolatków. Uważam, że wielkim błędem jest brak obowiązku gry Polaka na boisku PLK, przez to kolejna grupa koszykarzy wypchnie z boiska młodych w niższych ligach. Poszerzyłbym ten obowiązek do dwóch graczy i jeszcze z maksymalnym limitem wiekowym”.
Cóż, wychodzi na to, że punkt widzenia zależy od… wysokości kontraktu.
Maszyna w rozsypce?
Kulisy tego transferu są jeszcze bardziej niepokojące. Według medialnych doniesień ostatnie ruchy kadrowe odbyły się bez konsultacji z trenerem Robertem Skibniewskim. Co więcej, nad Łodzią krąży już cień macedońskiego szkoleniowca Tane Spasewa. Władze ŁKS-u próbują budować potęgę na wariackich papierach, wymieniając kluczowe tryby w całkiem nieźle funkcjonującej maszynie w samym środku sezonu.
Zamiast stabilizacji, mamy chaos przykryty grubym nazwiskiem. Czy to autostrada do ekstraklasy, czy może raczej prosta droga do wizerunkowej i sportowej katastrofy? Czas pokaże, ale na razie w Łodzi zamiast koszykówki mamy kiepski teatr.
Piotr Płatek
