Na trawie czy na skale ?
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
„Poszły konie po betonie” - to stare hasło ogłaszające początek czegoś ekscytującego w naszych marzeniach. Teraz jak ulał pasuje do wznowienia rozgrywek piłkarskiej ekstraklasy. Beton był nie tylko w przenośni, także w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Murawy okazały się twarde, zmrożone, grożące kontuzjami. Podgrzewanie boiska nie zawsze jest lekiem na całe zło, a natura często okazuje się silniejsza od człowieka, choćby był nim najbardziej wykwalifikowany greenkeeper. Narzekamy na spóźnione pociągi, wylewając pomyje na Bogu ducha winnych kolejarzy, a przecież oblodzona sieć trakcyjna i pękające tory to trudni przeciwnicy. Można kruszyć krę na rzekach, ale przychodzi moment, po którym woda zamarznie tak czy siak. Starsi ludzie pamiętają coroczną batalię o uratowanie drewnianego mostu na Wiśle w Wyszogrodzie pod Płockiem. W końcu i tak poległ, w jego miejscu stoi nowoczesna stalowa przeprawa.
Podobnie jest z piłkarskim boiskiem. Ekstremalne mrozy mogą zniweczyć to, co wynalazła technologia, nawet AI nie pomoże. Trudno mi się przyzwyczaić do tego, że sezon zaczyna się już w styczniu. Przez całe życie wpisywałem do kalendarza przełom lutego i marca na pierwszy gwizdek sędziego. Zabawne jest narzekanie na śniegi i mrozy. Kiedyś była to normalność, dziś ponoć anomalia. Przeciwnicy tezy o globalnym ociepleniu zacierają ręce z radości, nie od mrozu. Na burych betonowych murawach sypnęło niespodziankami. Rzekomi mocarze okazali się miękiszonami, by trzymać się poetyki farbowanego Węgra Zbigniewa Ziobro..
Internetowi mędrcy przepowiadali, że jesienni liderzy, Górnik Zabrze i Wisła Płock, spuchną i udadzą się na z góry upatrzone pozycje. Nic z tych rzeczy, ligowy peleton musi mocniej nacisnąć na pedały, by dogonić czołową dwójkę. Inna sprawa, że do mety tak daleko jak z Katowic na Vanuatu. Wspomniałem to urocze wyspiarskie państewko na Antypodach, gdyż miałem przyjemność je odwiedzić, a nawet sędziować tam mecz lokalnych drużyn na boisku z liniami wytyczonymi... małymi kamyczkami z oceanu. Ale mróz im niestraszny, przez cały rok temperatura oscyluje wokół trzydziestki. Mecz w Radomiu odwołano nie za sprawą zimna, a z powodu awarii oświetlenia. Cóż, zdarza się w najlepszej rodzinie, ale zapasowe generatory prądu powinny być standardem w poważnych rozgrywkach, a za takie chce uchodzić polska Ekstraklasa. W meczach międzynarodowych pierwsze pytanie delegata UEFA dotyczy zapasowego źródła zasilania na stadionie i czasu na jego uruchomienie w razie awarii. Brak zadowalającej odpowiedzi to spory kłopot dla klubu,grozi surowymi karami. Nie wierzę w spiskową teorię dziejów i powoływanie się na tajemniczą awarię światła podczas śląskich derbów GKS Katowice - Górnik Zabrze za prezesury Mariana Dziurowicza. To już nie czasy, gdy można było nakłonić dyspozytora z elektrowni, by przestawił wajchę.
Polscy szczypiorniści ostrzelali słupki i poprzeczki rywali, czyli trafiali w tzw. drewno. Ich wyczyn powtórzyli futsalowcy w meczu z Włochami na ME. Strzał w słupek lub poprzeczkę to strzał niecelny, nie ma się co nim podniecać. Przy całym szacunku dla naszych reprezentantów przypomnę szkolną wyliczankę „każdy głupek wali w słupek”. Iga Świątek nie bierze jeńców. Zirytowana komentarzami o zapomnianej akredytacji i w efekcie zatrzymaniu jej w bramie na australijskie korty wspomniała o ludziach odwiedzających ogród zoologiczny ekscytujących się tym, że małpa robi kupę. Zgadzam się z Igą, że należy zapewnić sportowcom prawo do prywatności i oceniać ich tylko za rywalizację na korcie czy boisku, a pytać wyłącznie na konferencjach prasowych. Co do wspomnianej czynności fizjologicznej zwanej robieniem kupy, to przypomniał mi się epizod z sędziowanego przeze mnie meczu ligowego, gdy czołowy zawodnik pobiegł do szatni za potrzebą, a w tym czasie jego zespół stracił dwie bramki. Trzeba uważać, co się je przed meczem; pod tym względem Iga jest wyjątkowo skrupulatna. Mnie też zdarzyło się pognać w ostatniej chwili do toalety a opóźnienie rozpoczęcia meczu wytłumaczyłem kapitanom drużyn... koniecznością dopompowania piłki. Widziałem takich artystów, którzy potrafili zrobić siusiu na boisku w trakcie gry tak, że nikt poza mną tego nie zauważył. Szczegóły techniczne pozostawię dla siebie. Z kolei w wyborach parlamentarnych na plakacie kandydata z numerem 2 zachęcano, by pójść na dwójkę, a jak wiadomo potocznie oznacza to udanie się do kibelka za grubszą potrzebą.
Dość już o czynnościach oczyszczania organizmu, wróćmy do sportu. Wielce zasłużony redaktor Dariusz Wołowski z Gazety Wyborczej, zwany nie bez powodu „docentem”, pojechał po bandzie, usiłując udowodnić, że Robert Lewandowski jest lepszy od Diego Maradony i Leo Messiego, gdyż strzelił bramki w Lidze Mistrzów czterdziestu różnym klubom, a oni nie. Zaiste dziwne to kryterium piłkarskiej doskonałości. Robert wielkim piłkarzem jest, ale Maradoną - choćby wschodu - raczej nie będzie. Tu akurat zgadzam się ze Zbigniewem Bońkiem, że boski Diego pozostanie najlepszy na wieki wieków. Co oczywiście nie oznacza, że trzeba się z Zibim i ze mną bezkrytycznie zgadzać.
Polska reprezentacja wyjeżdża na zimowe Igrzyska Olimpijskie w kiepskiej atmosferze. Swary, kłótnie i nieporozumienia wokół nominacji olimpijskich, brak miejsca dla ministra sportu w ekipie złożonej z tuzinów działaczy i dwóch księży. Jeżeli Wielebni księża wymodlą nam medale, jako pierwszy posypię głowę popiołem. Jak trwoga to do Boga !
Piłka nożna w Lubuskiem nie jest potęgą. Wprost przeciwnie - jest słaba, niekonkurencyjna wobec żużla i koszykówki. Za to Lubuska Gala Piłkarska w urokliwym Pszczewie była fajniejsza niż te z hukiem pokazywane w telewizorniach gale stołeczne. W regionie znanym ze świetnego wina, pięknych lasów i jezior rodzi się wiele sportowych talentów.
Większość emigruje do większych ośrodków za chlebem i sławą. Tym młodziakom nagrodzonym na gali życzę, by nie musieli wyjeżdżać i wywalczyli ekstraklasę dla Zielonej Góry, Gorzowa , Nowej Soli, Słubic czy Sulechowa. Obecność muzycznych gwiazd, Wojciecha Gąssowskiego i zespołu Boys, była wisienką na torcie. Bez przynależnego warszawskim imprezom pozerstwa czułem się w Pszczewie wspaniale. Polecam te region spragnionym ciszy i przestrzeni mieszczuchom.
