Na paryskie cuda Kopciuszek musiał się solennie wycierpieć

MUCHA NIE SIADA, felieton Tomasza Muchy

Pozwolę sobie zacząć od historii osobistej. Był dokładnie początek czerwca 2025 roku, wracałem z krótkiej podróży do Italii. Tam śledziłem French Open, tam obejrzałem półfinałową porażką Igi Świątek z Aryną Sabalenką, która oznaczała, że Polka straci miano królowej Paryża po serii trzech tytułów z rzędu. Na lotnisku w Bari przypadkowo – jak to w życiu – spotkałem znajomą – polską, a jakże! - twarz. To była Ona. Wracaliśmy tym samym samolotem, Ona przedwcześnie z turnieju rangi WTA 125 w nieodległym Rende – de facto rozgrywek czwartej ligi dla tenisistek – gdzie musiała wycofać się po pierwszym meczu z powodu kontuzji. To był kolejny uraz, który znów na jakiś czas zatrzymał Ją w Jej upartym marszu do wymarzonego celu: pierwszej setki rankingu. Znów zatrzymał ją w okolicach miejsca 140., może 130... I tak już od kilku sezonów. Na lotnisku zamieniliśmy kilka zdawkowych zdań, Ona była raczej przygaszona, co oczywiście wcale mnie nie dziwiło, rozumiałem sytuację, uszanowałem i po kilku chwilach pożegnaliśmy się uprzejmie, życząc Jej zdrowia...

Minął dokładnie rok. W środę Ona znów w odstępie kilku dni wyjdzie na jedną z najwspanialszych aren tenisowego teatru marzeń – kort Philippe'a Chatriera – by walczyć o półfinał French Open. Półfinał Wielkiego Szlema! Półfinał jednego z czterech największych turniejów na świecie! Nie wiem, czy państwo też czujecie, jak w kontekście tamtej opowieści brzmi to cokolwiek, bo ja wiem – irracjonalnie? Absurdalnie? Ale jednak jest prawdą. Kopciuszek wdarł się na salony i zachwyca świat.

Jesteśmy świadkami tak pięknej historii, jaką może napisać chyba tylko sport. Tenisistka z drugiej setki światowego rankingu, która nigdy nawet nie pukała do światowej elity, nagle zaczęła spełniać najskrytsze marzenia – o których może śniła, ale bała się głośno wypowiedzieć, by nie rozśmieszyć Pana Boga. A my wszyscy – kibice polskiego sportu, kibice tenisa – śnimy na jawie razem z Mają Chwalińską. Jesteśmy świadkami momentu przełomowego, kamienia węgielnego – tak sądzę – dla Jej nowego sportowego życia.

Niech państwa jednak nie zwiedzie ta baśń, że to wszystko cud, który przytrafił się Jej jak ślepej kurze ziarno. Otóż nie! Ona zapracowała sobie na ten cud jak mało kto. Bo owszem, fajnie odnosić wspaniałe sukcesy od razu, błyskawicznie, ledwo kończąc zabawę wieku juniorskiego, w wieku lat nastu, gdy ten dorosły sport okazuje się zaskakująco „prosty” i „przyjemny”, a splendory w nim wciąż leżą u stóp. To poniekąd przypadek Igi Świątek, cudownego dziecka światowego tenisa, które błyskawicznie wdarło się na sam szczyt szczytów. I nie ma w tym krzty zarzutu, bo swój talent Iga poparła wielką pracą i wyrzeczeniami, których nie jesteśmy świadomi.

Ale nie każdy talenciak tak szybko się „konsumuje”, to przypadek naprawdę nielicznych, czasem też zrządzenie losu, farta, okoliczności. Jakże trudniej jednak wytrwać w zawodowym sporcie – choć owym talentem wcale się nie ustępuje – gdy nie idzie, gdy kolejne rywalki są o tę jedną piłkę lepsze, gdy „uprzejmi” przekonują cię, że jesteś za niska, za słaba i za drobna, gdy co kilka miesięcy na grę na maksa nie pozwala ci kontuzja nadgarstka, łokcia albo kolana, i gdy po kolejnych porażkach i frustrujących doznaniach masz już wszystkiego dosyć i nie chcesz więcej patrzeć na rakietę, aż w końcu się poddajesz i wpadasz w depresję...

To właśnie przypadek Mai Chwalińskiej. Dziewczyny – pardon: kobiety, sportsmenki – która jednak po każdym ciosie, za każdym razem od kilku dobrych lat uparcie się podnosi, otrzepuje, bierze rakietę do ręki, wychodzi na kort, przerzuca kolejne tony ciężarów na siłowni i po całym świecie szuka następnego turnieju rangi czwartej ligi, w poszukiwaniu zwycięstw, finałów i punkcików, które przybliżą ją do upragnionego celu – pierwszej setki na świecie...

Niewielu ma taki upór, taki charakter, takie zacięcie, jak Ona – więc w pewnym momencie odpuszcza. Również dlatego, że w wieku lat 23-25 trzeba raczej ostatecznie zdecydować, co zrobić ze swoim życiem, na czym się oprzeć, gdy z tenisa – czy szerzej: ze sportu – nie da się zwyczajnie wyżyć. Chwalińska miała i ma to szczęście, że otoczyli ją dobrzy i hojni ludzie, oraz instytucje, którzy w nią cierpliwie wierzyli, pozwalali jej nie zwątpić i walczyć o swoje marzenia. Najpierw był to trener Paweł Kałuża w rodzinnej Dąbrowie Górniczej i władze tego zagłębiowskiego miasta, potem także anonimowi sponsorzy, aż wreszcie Polski Związek Tenisowy dający kolejne stypendia i dofinansowania, a przede wszystkim Beskidzki Klub Tenisowy Advantage Bielsko-Biała na czele z jego prezesem Piotrem Szczypką, bez których i tak pewnie nic by się ostatecznie nie udało. Bez nich, bez ich zaufania i wsparcia, Kopciuszek zapewne nie miałby szans dotrwać do kolejnych kwalifikacji Wielkiego Szlema, które w Paryżu wiosną 2026 okazały się punktem zwrotnym w Jego karierze.

Piszę te słowa w samolocie do Paryża, by znów spotkać się z Nią. Wierzę, że to będzie zupełnie inne spotkanie niż to sprzed roku w aeroporto Bari, tak jak Maja Chwalińska nie jest już tą samą przygaszoną tenisistką, którą była jeszcze dwanaście miesięcy temu. Więc niech ten sen trwa! Ale to już nie sen, to słodka rzeczywistość.

Do zobaczenia, Maja!

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się