Na ligowych salonach
Mógł być w Ruchu, gra w Górniku. W reprezentacji nie wystąpił, w lidze przekroczył 400 gier. Pracował pod okiem pięciu selekcjonerów. Oto historia Rafała Janickiego.
Rafał Janicki z żoną Magdą, dwójką synów oraz legendą Górnika Stanisławem Oślizłą i tablo z okazji 400-setnego meczu w ekstraklasie. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
W ostatnim czasie o środkowym defensorze z Zabrza było głośno. W liczącej prawie 100 lat historii ligi stał się ledwie 10. graczem, który przekroczył liczbę 400 występów. W ekstraklasie gra nieprzerwanie od końca 2010 roku. Ma swoje ciekawe przemyślenia i spostrzeżenia na wiele tematów. Oto one.
O swoim pierwszym treningu
Zaczęliśmy razem z bratem bliźniakiem Michałem. Nie było tak, że pierwszy zaczął jeden czy drugi, ale wszystko razem. W domu od małego była zresztą piłka. Zaszczepił to tata, Andrzej, bo cały czas tę piłkę oglądał, sam też grał na niższym poziomie rozgrywkowym. Mama się śmieje, że mu karierę zepsuła. Rodzice pochodzą z Nowogardu. Potem do Polic tata trafił za pracą. W Chemiku zaczynaliśmy jako 8-9 latkowie, nie tak szybko, jak ma to miejsce teraz. Pierwsze treningi to grupy naborowe na hali, no i tak to poszło.
O pozycji na boisku
Jak już później był podział na to, kto gdzie gra, to byłem z tyłu. Kiedyś, wiadomo, grało się z tym klasycznym stoperem. Ja byłem na libero, czyli całkiem z tyłu, a brat przede mną, na forstoperze. Tak zaczynaliśmy. Było też jednak tak, że grałem z „dychą” na plechach. Byłem jednym z wyższych, miałem mocne kopnięcie, więc wolne były moją domeną (śmiech).
O pobycie w Ruchu
Miałem 17 lat, kiedy jesienią 2009 roku zostałem zaproszony na sprawdziany do Chorzowa. Wcześniej byłem na testach w Lechu w Poznaniu. Zagrałem tam w meczu juniorów. W tamtym czasie grałem już w Chemiku w III lidze w seniorach. Przyszło zaproszenie z Ruchu. W Młodej Ekstraklasie, jak się nie mylę, mogło wtedy grać w spotkaniach trzech sprawdzanych zawodników. Wystąpiłem w meczach z Lechem i Koroną. Trenerem był tam wtedy związany ze Szczecinem Bogusław Pietrzak, stąd mój przyjazd. Chciał mi pomóc, żebym trafił do Ruchu. Wypadłem dobrze, było zainteresowanie i rozmowy, ale warunki mieszkaniowo-pieniężne nie pozwalały na to, żeby podjąć decyzję o przenosinach. W tamtych czasach przeżyć za 500 zł to było zbyt trudne. Mimo że byłem i jestem oszczędny, to nie kalkulowało mi się, żeby przejechać całą Polskę i grać za taką kwotę.
O wyborze Lechii
Po sprawdzianach w Poznaniu i Chorzowie miałem do wyboru dwa inne kluby z ligową marką: Lechię albo Arkę. Śledziłem ligową piłkę, wiedziałem, co się dzieje w klubach. Przejrzałem sobie składy, jak to wszystko wygląda i pomyślałem, że jak mam zrobić krok do przodu, to lepiej niech to będzie z lepszymi piłkarzami, a takich wtedy w swojej kadrze miała Lechia, stąd decyzja o wyborze tego właśnie zespołu. Pojechałem tam na testy i zostałem.
O trenerze Kafarskim
Pierwszym trenerem Lechii był wtedy Tomasz Kafarski. Czy to szczególny dla mnie szkoleniowiec? Ostatnio, z okazji 400. meczu w ekstraklasie, napisał mi SMS-a z gratulacjami. Odpisałem, że gdyby nie on, to by to wszystko nie nastąpiło, nie grałbym w lidze, nie miałbym tylu występów na koncie. Trener odpisał, że tylko odchylił mi drzwi, a ja szedłem dalej. Ale tak, oczywiście, to szczególna osoba dla mnie. Do Lechii przyjeżdżałem wtedy grać, ale nie w pierwszej drużynie, lecz w Młodej Ekstraklasie albo trzecioligowych rezerwach. Wypadłem jednak na tyle dobrze, że dostałem zaproszenie do pierwszego zespołu, no i zostałem tam na dłużej.
O pracy z selekcjonerami
Jestem jednym z tych piłkarzy, którzy mają za sobą pracę chyba z największą liczbą selekcjonerów. No bo tak – w Lechii byli trenerzy Janas, Probierz i Brzęczek, w Lechu i w kadrze trener Nawałka, a w Górniku trener Urban. Każdego po trochę dobrze wspominam. Praca z Pawłem Janasem, a byłem wtedy młodym zawodnikiem, to było przeżycie. Mówimy przecież o wybitnym obrońcy, potem szkoleniowcu reprezentacji. Gdy trafił do nas do Lechii, to było takie zderzenie – wielkie nazwisko robiło wrażenie. Potem był trener Jerzy Brzęczek na początku swojej trenerskiej drogi, ale też z bogatą karierą piłkarską i też robiło to na tobie wrażenie. Już wtedy było widać, że ma potencjał na dobrego trenera i to, jak widzimy, się potwierdziło. Michał Probierz? Pracował z nami cały sezon, dobrze wspominam ten okres. Jego odejście związane było ze zmianami właścicielskimi w Lechii. Sami żartowaliśmy wtedy w szatni, że nie będzie i trenerów, i zawodników. Bronił się wynikami, ale jak się powinęła noga, to od razu była zmiana. Czekali, żeby to zrobić. Bardzo szanuję go jako trenera, bardzo dobrze mi się z nim współpracowało. U trenera Jana Urbana mam z kolei najwięcej spotkań. Na pewno było zaufanie z jego strony wobec mnie. Czy gdybym był młodszy, to byłbym teraz w kadrze? To już pytanie do trenera, jego trzeba o to zapytać (śmiech). Na koniec trener Adam Nawałka. Najpierw spotkałem się z nim w reprezentacji, potem w Lechu. Duża osobowość. Jak trener Nawałka wchodzi, to od razu czuje się tę jego charyzmę, człowiek prostuje się na baczność, z respektem podchodzi do jego osoby. Też miałem tę przyjemność, że mogłem zobaczyć, jak pracuje i patrząc na wszystko, nie było to już takim zaskoczeniem, że kadra tak dobrze funkcjonuje i idzie w dobrym kierunku. Zespół trzymał się razem, były dobre metody szkoleniowe, wszystko się wtedy zgrało.
O „Bobo” Kaczmarku i Piotrze Nowaku
Trener Nowak przyszedł do nas w trudnym momencie, bo byliśmy na dole tabeli. Był obóz w Turcji, nowa taktyka i łapaliśmy się za głowy, bo trener powiedział, że będziemy grali trójką w tyłach. Szło nam to średnio. Mieliśmy w drużynie starszych zawodników, Peszko, Wojtkowiak, Wawrzyniak, Krasić, Mila, Matuszewski – wszyscy byliśmy sceptycznie nastawieni, ale – o dziwo – w lidze wszystko dobrze odpaliło. Biorąc tabelę po rundzie, byliśmy na 1. miejscu. O mistrzostwie Polski w tamtym sezonie (2016/17 – przyp. red) zadecydowały wyniki ostatniej kolejki – my graliśmy w Warszawie z Legią, a Lech w Białymstoku z Jagiellonią. My zremisowaliśmy, Legia została mistrzem, ale gdybyśmy strzelili jedną bramkę więcej, to my cieszylibyśmy się z triumfu. Później – nie wiem dlaczego, tak się stało, bo grałem wszystko – dostałem informację, że trener nie widzi mnie w swoich planach i mam sobie szukać klubu. Nie powiedział mi wprost, o co chodziło.
Z kolei trener „Bobo” to starsza szkoła, trochę takiego cwaniactwa, bajerki, ale wprowadzał do zespołu wiele młodzieży. Na tym się skupiał, dawał szansę. Jak się kończył trening, to tak naprawdę młody nie mógł zejść z boiska. Były dodatkowe wrzutki, strzały, gra głową. Dużo pracował z tymi młodszymi, z tymi, którzy przychodzili z juniorów. Zostawał z nimi, poświęcał czas, to trzeba trenerowi Kaczmarkowi oddać. Zrobił nawet taką specjalną szubienicę z zawieszoną piłką, żeby trenować uderzenie głową. Do dziś, z tego co słyszę, działa z młodymi zawodnikami w Gedanii Gdańsk.
O partnerach na środku obrony
W pierwszym meczu w lidze z Widzewem pod koniec 2010 roku na środku obrony grałem z Krzyśkiem Bąkiem. Potem w Lechii był Mario Maloca – dobrze nam się razem grało, dobrze współpracowało, z nikim innym chyba więcej nie grałem. W Górniku sporo graliśmy razem z Kryspinem Szcześniakiem, teraz z Josemą. Dla zawodników nie ma specjalnego znaczenia, z kim akurat teraz grasz. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby drużyna dobrze funkcjonowała.
O braku gry w reprezentacji Polski
Mam na swoim koncie występy w młodzieżówce, byłem powoływany do dorosłej reprezentacji, choćby na mecz z Irlandią do Dublina w eliminacjach do Euro 2016. Byłem na trzech czy czterech zgrupowaniach za trenera Nawałki i jest niedosyt, że tego meczu w reprezentacji się nie ma. Przyjeżdżali inni chłopacy, debiutowali, a mnie się nie udało. Szkoda... Jasne, że dobrze byłoby mieć taki występ, ale z drugiej strony co by zmieniło w tym wszystkim 1A? Nie ma to znaczenia. Ktoś kiedyś powiedział, że jak się ma w kadrze jeden występ, to jest to raczej przypadek.
O boiskowym pseudonimie
Skąd się wziął ten „Kazek”? To z Lechii. Miałem 17, może 18 lat, jak tam przychodziłem. Miałem chrypę, a kiedy było słychać mój krzyk z tyłu, to trener Kafarski mówił, że będę jak „Kazek”, czyli pan Kazimierz Wegrzyn, który jak z tyłu krzyczał „wyjazd”, to go pół Polski słyszało. No i tak to zostało.
O spokoju na boisku
Zdarza się, że ktoś cię wyprowadzi na boisku z równowagi, ale też muszę powiedzieć, że przez te lata gry w lidze, to się u mnie zmieniło. Nie ukrywam, że kiedyś łapałem głupie kartki. Miałem okres, że podbiegałem do sędziów, krzyczało się w ich stronę, ale wyrosłem z tego. Jest boiskowe doświadczenie, które podpowiada ci, że to nic nie da. Ale są momenty, że się wkurzam. Ostatnio „Pacio” mi powiedział (Patrik Hellebrand – przyp. red.), że strasznie go w meczu zrugałem. Czasami trzeba, ale staram się nie machać rękami, nie gestykulować, ale jak już coś mówię, to konkretnie, także do kolegów z drużyny, bo ważne jest to, żeby ta komunikacja na boisku była. Może z trybun, z oddali nie jest to widoczne, ale to ważny element gry w piłkę.
O boiskowych przyjaźniach
Świadkiem na ślubie był u mnie Paweł Stolarski, teraz w Motorze. Cały czas utrzymujemy kontakt. Zaraz będzie pierwszy raz w życiu tatą, jego życie zmieni się na plus. Ale w zawodowej piłce nie zostaje wiele znajomości. Są jedna, dwie. Mam dobry kontakt także z Mateuszem Lisem z tureckiego Gotzepe. Jeszcze może z dwie osoby by się znalazły i tyle.
O zagranicznym transferze
Byłem w czerwonej części Lizbony na testach, to było w 2015 czy 2016 roku. Powiedziałem żonie, że kiedyś ją tam zabiorę, ale jeszcze tam nie byliśmy. Byłem w Benfice przez cztery czy pięć dni. Praktycznie miałem podpisać kontrakt, ale ostatecznie kluby się ze sobą nie dogadały. Musiałem wrócić do Polski. Potem były inne kluby, ale jakoś tak się złożyło, że albo ja nie chciałem wyjechać, albo było za małe zainteresowanie. Czy żałuję, że nie wyjechałem? Może trochę… Że nie zobaczyłem, jak to za granicą wygląda, czy dałbym tam radę, czy moje umiejętności pozwoliłby mi na to, żeby się tam przebić. Z drugiej strony jak widzę, jacy zawodnicy przyjeżdżają do nas i grają w ekstraklasie, to nie ma się czego wstydzić. Teraz to tylko gdybanie.
O tym, jak zostać zawodowym piłkarzem
Nie ma recepty i odpowiedzi na to pytanie. Przejście z tej piłki dziecięco-młodzieżowej jest najistotniejsze. Gdy wspominam swoją przeszłość, to wiadomo, że teraz jest inaczej. Na dzieci czyha wiele pokus. Ważne jest to, żeby odciągnąć je od tych wszystkich gier, komputerów, ekranów. Z żoną staramy się to robić, jeżeli chodzi o dwójkę naszych synów. Potem sami będą musieli zdecydować, czy chcą iść na trening, czy nie. Obaj mają teraz taki zapał, że bardzo im się chce i żyją piłką cały dzień, grając przed treningiem, po treningu. Maksymilian w listopadzie będzie miał 8 lat, Ksawery ma 5. Ja na podwórku kopałem częściej. Żona Magda pochodzi z Gdańska i stanowi dla mnie duże oparcie.
O planie po karierze piłkarskiej
Nie mam na razie żadnego planu, bo chcę dalej grać. Z Górnikiem mam jeszcze ważny kontrakt przez rok. Chcę jeszcze więcej, póki zdrowie dopisuje i jest radość z tego wszystkiego. Nie myślę o tym, co będzie. Ostatnio Paweł Olkowski powiedział fajne zdanie, że ma dwie ręce i dwie nogi i na pewno sobie poradzi w życiu. Mądre zdanie, podpisuję się pod nim.
O ekstraklasie i piłce
Zmienia się na plus. To trudniejsza liga niż była wcześniej, co widać po tabeli, jak wszystko w niej wygląda. Jest wymagająca. Widać trend, że idzie to w kierunku atletyzmu, fizyczności, do tego szybkość. To cechy, które teraz zaczynają dominować. Natomiast zawsze powtarzam, że kiedyś ci starsi zawodnicy – jak ja wchodziłem, mając te 18 lat – byli lepsi piłkarsko od tych, którzy są teraz. „Olo” (Paweł Olkowski – przyp. red.) jest takim przykładem. Piłka mu nie przeszkadza. Umie wrzucić, umie strzelić, dobrze się na to patrzy. Dziś piłkarze bardziej patrzą w stronę siłowni niż żeby wyjść na boisko i coś tam poprawić. Może kiedyś to zmieni. A co do ekstraklasy, to widzimy, jaka jest. Dobrze opakowana, idzie w dobrym kierunku, zarobki idą w górę i oby polska piłka miała z tego korzyści. Oby też w rozgrywkach pucharowych było jak najlepiej. Możemy się śmiać, że mamy tylko Ligę Konferencji, ale to jest jakiś mały kroczek, żeby robić punkty, żeby naszych drużyn w Europie było jak najwięcej i żebyśmy bez eliminacji byli w stanie być reprezentowani w Lidze Mistrzów. To byłoby coś pięknego.
O szansach Górnika
Bardzo bym chciał, żebyśmy powalczyli i w lidze, i w Pucharze Polski. Tak naprawdę wszystko się może zdarzyć. Chcemy iść za ciosem po ostatnio wygranych meczach!
Opr. Michał Zichlarz
RAFAŁ JANICKI
Data urodzenia : 5 lipca 1992 r.Miejsce urodzenia : Police
Wzrost/waga : 188 cm/80 kg
Pozycja na boisku : środkowy obrońca
Kariera : Chemik Police, Lechia Gdańsk, Lech Poznań, Wisła Kraków, Podbeskidzie Bielsko-Biała, Górnik Zabrze (kontrakt do czerwca 2027)
Ekstraklasa (mecz/bramki) : 403/14
LICZBY JANICKIEGO
403 MECZE zagrał w ekstraklasie, w której zadebiutował 20 listopada 2010 roku.
176 SPOTKAŃ w elicie zagrał w barwach Lechii, w której występował od 2010 do 2017 roku.
131 GIER ma rozegranych w ekstraklasie w zespole Górnika, w którym występuje od blisko pięciu lat i z którym wiąże go kontrakt do końca czerwca przyszłego roku (może być przedłużony).
45 MECZÓW w lidze zagrał w ekipie Lecha. W Kolejorzu grał też w europejskich pucharach (eliminacje Ligi Europy).
38 EKSTRAKLASOWYCH starć ma w drużynie krakowskiej Wisły, gdzie występował w sezonie 2019/20 i jesienią 2020 roku.
13 SPOTKAŃ ma na koncie w Podbeskidziu wiosną 2021. Górale spadli wtedy z ligi, ale Janicki był nie tylko dobry w obronie, ale też strzelał. Zdobył wtedy dla Bielszczan trzy bramki. Ogólnie ma 14 goli w ekstraklasie – sześć z nich strzelił w Górniku, w tym dwa w tym sezonie.
KLUB 400 EKSTRAKLASY
1. Łukasz Surma , lata gry w ekstraklasie 1996-2017, 5592. Marcin Malinowski , 1997-2015, 458
3. Marek Chojnacki , 1978-1996, 452
4. Arkadiusz Głowacki , 1997-2018, 435
5. Łukasz Trałka , 2004-2022, 431
6. Dariusz Gęsior , 1988-2006, 427
7. Łukasz Madej , 417, 1999-2018
8. Janusz Jojko , 1980-2003, 416
9. Marek Zieńczuk , 2000-2016, 416
10. Rafał Janicki , 2010- , 403
Zdjęcie z ekstraklasowego debiutu z Widzewem 20 listopada 2010 roku. Z nr 9 Darvydas Sernas. Fot. Piotr Matusewicz.pl
Od kilku lat jest szefem linii obrony Górnika. Tutaj w rywalizacji z Rakowem. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
