Mundial ‘26 - zmierzch czy wzlot?

SPORT I PARAGRAFY - felieton Roberta Kiłdanowicza

Dotychczasowe mistrzostwa świata w piłce nożnej były największymi imprezami sportowymi na świecie, lecz dopiero obecne stają się prawdziwym przełomem i albo na długo zdominują wydarzenia sportowe i społeczne na Ziemi, albo nastąpi przegrzanie materiału ludzkiego (kibiców) powodujące powolny schyłek futbolu. Piłka nożna jako styl życia i religia XXI wieku wywołuje monumentalne emocje wśród tak szerokiej populacji, że pozwala stworzyć szczególnego rodzaju wspólnotę społeczną niemalże jak strukturę państwową z właściwymi jej uprawnieniami i obowiązkami. Organizacyjno-prawne ramy ogólnoświatowemu zasięgowi państwa futbolowego nadaje FIFA, stąd może nazbyt serwilistyczne zachowanie jej szefa, Gianniego Infantino, wobec prezydenta schodzącej potęgi światowej, Donalda Trumpa, co w żaden sposób jednak nie zmienia postaci rzeczy, że spośród cudzoziemskich gości White House’u prezydent FIFA był najczęstszym w czasie ostatnich 2 lat odwiedzającym go właśnie - hm... - dyplomatą czy wręcz głową państwa?

Co jest takiego szczególnego w tym mundialu? Te mistrzostwa świata na tle wydarzeń ostatniego czasu na świecie: ogólnego niepokoju, wojny na Ukrainie, niekontrolowanego zwarcia na Bliskim Wschodzie pomiędzy Izraelem a Hamasem, poprzez interwencję zbrojną armii USA w Wenezueli, co wyewoluowało agresją USA i Izraela na Iran, to papierek lakmusowy przyszłych wydarzeń na naszym globie. Te wydarzenia to przedbiegi dla nieuchronnej konfrontacji pomiędzy USA (ustępującym mocarstwem) a Chinami (pretendentem do światowego przywództwa). Jaką rolę w tym całym geozamieszaniu pełni piłka nożna? Ten World Cup jest największy z dotychczasowych, z największą liczbą drużyn i meczów, najdłuższym czasem rozgrywania. To swoiste starcie pomiędzy globalnym południem, tj. Afryką, Ameryką Płd, Azją, a globalnym północnym zachodem, tj. USA, Europą Zachodnią i Środkową, w którym FIFA z jej prezydentem odżegnuje się od światowej polityki, lecz wielka polityka nie odżegnuje się od FIFA i futbolu. Piłka nożna coraz bardziej przestaje być rywalizacją sportową, a staje się przedsięwzięciem, widowiskiem, tworem biznesowo-socjospołecznym, począwszy od kontentu show, nieuchronnie zmierzającego do uzyskania oficjalnie podawanych przez FIFA wyjątkowo wysokich zysków z imprezy w wysokości 11 mld dolarów. Oczywiście pozyskiwanych nie dla samej struktury światowej federacji piłkarskiej, lecz redystrybuowanych dla globalnego południa. Czyż Infantino nie jest uzdolnionym politykiem potrafiącym uhonorować swoich wyznawców? Afryka, Ameryka Łacińska i Azja stoją za nim murem. Z pewnością nie jest to funkcjonariusz drugiego planu, jak twierdzi jego eksszef, Michael Platini, tylko genialny strateg-akwizytor, który uznał, że Europa i Ameryka to świat odchodzącej w niebyt przeszłości. W działaniach FIFA coraz mniej chodzi o kwestie piłkarskie, a coraz bardziej o przychody komercyjne zastępujące realizację szczytnej idei popularyzacji piłki nożnej na świecie.

Niestety, kult pieniądza, który kreuje światowa federacja piłkarska, niesie za sobą wiele zagrożeń, począwszy od najzwyklejszego zmęczenia materiału ludzkiego (piłkarzy) liczbą i intensywnością rozgrywanych meczów, aż po przesycenie kibiców - głównego atutu i wsparcia FIFA w przestrzeni publicznej. Mówiąc wprost - pęd FIFA za pieniędzmi niesie za sobą ryzyko zmęczenia piłką nożną wśród kibiców. Może to wydaje się niedorzeczne z dzisiejszego punktu widzenia, lecz gdy klubowa piłka nożna zacznie zyskiwać na znaczeniu, zrobi to kosztem piłki reprezentacyjnej. Kluby to lokalna, regionalna, codzienna społeczność, a nie ta odświętna, reprezentacyjna. Nie wiadomo czy w świadomości społecznej znajdzie się miejsce dla obu przecież odmiennych i wzajemnie siebie, wraz z panującą u nas globalizacją, już wykluczających. Mam głęboką nadzieję, że materia stricte piłkarska w rywalizacji sportowej przyćmi aspekty materialne, finansowe.

A jak w tym światowym święcie odnajduje się nasz kraj? Po raz kolejny należy wyrazić żal i smutek, że polskiej reprezentacji nie ma wśród 25% krajów na świecie? Przecież to wstyd dla kraju z G 20, że naszym przedstawicielem na mundialu jest tylko prezes PZPN, a nie reprezentacja i jej kibice. Mimo ostro bijących wypaczeń mundialu, jak ekstradycja z USA najlepszego arbitra z Afryki, rozebranie niemalże „do golasa” reprezentantów Uzbekistanu czy dyskryminacyjne zachowania wobec drużyny Iranu, World Cup pozostaje światowym świętem społecznym i sportowym na całym świecie. Dla takiego kraju jak Polska to nie prawo, a obowiązek uczestnictwa w takim wydarzeniu. Czy w naszym kraju mamy świadomość, dlaczego nas tam nie ma? Czy może przetoczyła się przynajmniej dyskusja, z jakich przyczyn tam nie pojechaliśmy? Winny jest Nawrocki, Tusk czy Kaczyński? Nie nastąpiła żadna autorefleksja, co dla postronnego obserwatora może oznaczać, że krajowa federacja PZPN, bo ona jest za to odpowiedzialna, jest z tego stanu rzeczy zadowolona. Czy naprawdę jesteśmy - my: czytelnicy, kibice - ukontentowani z tego powodu? Przyszedł chyba już najwyższy czas, żeby ten kryzys był początkiem nowych szans, zmiany jakościowej, a nie tylko liczenia „że jakoś to będzie”. Może PZPN ma jakiś plan? Może czas zadać te pytania publicznie?

__________________________

* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław

Błogosławieństwo "Urbi et Orbi" w wykonaniu Gianniego Infantino na Estadio Azteca. Wyznawców ma przecież na całym świecie. Fot. PAP/EPA

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się