Mozolona wspinaczka
Rozmowa z Krzysztofem Maciasiem, reprezentacyjnym napastnikiem, który dwa lata spędził w kanadyjskiej juniorskiej Western Hockey League
Krzysztof Maciaś marzy o powrocie reprezentacji do elity, ale wie, że turniej w Rumunii będzie trudny. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
– To dla mnie niesłychanie ważny okres pod każdym względem – sportowym, jak i osobistym. Na pewno będę to mile wspominał i chętnie wracał przy każdej okazji. Na pewno sportowo się rozwinąłem, ale to przecież zrozumiałe, wszak po to wyjechałem. W życiu osobistym również jestem innym człowiekiem – dojrzalszym, choć wciąż młodym (14 maja skończy 21 lat – przyp. red.), ale z pewnym bagażem doświadczeń (śmiech). Po tym wyjeździe przekonałem się, że trzeba mozolnie się wspinać, by osiągnąć szczyt i spełniać swoje marzenia. Trzeba się wykazać cierpliwością i z dnia na dzień ciężko pracować. A tam nie zawsze było kolorowo i z górki – przeszedłem przez parę kryzysów zarówno na lodzie, jak i poza nim. Czasami mentalnie było niezwykle trudno, jednak wychodzenie bez większego szwanku ze skomplikowanych sytuacji było dla mnie równie ważnym osiągnięcie.
Byłeś w szoku, gdy zobaczyłeś kanadyjski hokej w porównaniu czeskim, gdzie przez wiele lat trenowałeś?
– Szoku nie przeżyłem (śmiech), ale nie rozpamiętywałem tego, co zostawiłem za sobą, a tylko myślałem o tym, co mnie czeka. Pod względem hokejowym jest ogromna różnica. Proszę pamiętać, że lodowiska za oceanem są mniejsze, gra jest znacznie szybsza, decydują umiejętności techniczne i przygotowanie. Niewątpliwie rozwinąłem się pod każdym względem. Może zabrzmi to nieskromnie, ale na pewno rozwinąłem się jako hokeista. Zmężniałem i jestem na pewno silniejszy mentalnie.
Ubiegłego lata miałeś dodatkowo ciekawą przygodę sportową i zebrałeś kolejne doświadczenia.
– Miałem okazję przebywać na campie Florida Panthers, a potem na zgrupowaniu filialnej drużyny AHL, Charlotte Checkers. Miałem okazję spotkać zawodników z kontraktami zawodowymi i z wieloma występami na wysokim poziomie. W meczach kontrolnych chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. Z każdego treningu chciałem czerpać jak najwięcej, by potem to wprowadzić do hokejowego repertuaru. Cały czas obserwowałem zawodników, z którymi miałem zajęcia i z którymi grałem. Przede wszystkim byłem ciekaw, jakie decyzje podejmują w danej chwili, a potem analizowałem, czy zdecydowałbym się na takie samo rozwiązanie. To były ciekawe obserwacje i jednocześnie zyskałem sportowo. Często łapałem się na tym, że zapamiętałem jakiś detal jakże potrzebny w grze, a do tej pory niedostrzegany. Dobrze się czułem w tym towarzystwie i, w moim przekonaniu, wypadło to nieźle. Zostałem niemal do samego startu AHL, ale miałem świadomość, że będzie trudno znaleźć się w tej lidze. Jednak przygotowania do sezonu miałem super i trudno byłoby sobie wymarzyć lepsze.
Który sezon był trudniejszy – w Prince Albert Raiders czy drugi, w którym na przełomie roku zmieniłeś klub na Moose Jaw Warriors?
– Nie da się ich porównać, bo to zupełnie oddzielne historie. W debiutanckim wszystko wokół mnie było nowe. Potrzebowałem kilku miesięcy, by zrozumieć, jaki obowiązuje styl gry i się do niego przystosować. Musiałem również spełniać oczekiwania trenerów, kolegów i kibiców drużyny, która jest na topie. Gdy już to wszystko ogarnąłem, wówczas miałem z górki. A potem przyszedł drobny kryzys, ale jakoś z niego wybrnąłem. Ten drugi sezon był zupełnie inny. Miałem dwa wspomniane campy i gdy wróciłem do klubu, miałem dobry czas. Miałem tylko jeden problem: moje ręce i kij mnie... nie słuchały. Podczas gry w pełnych składach nie mogłem zdobyć gola. Krążek, jak zaczarowany, odbijał się od obramowania bramki czy też bramkarza albo jego kolegów lub od bandy. Gdy w końcu złapałem rytm gry i było zdecydowanie lepiej, doznałem pierwszej poważniejszej kontuzji. To był ostatni mecz przed świętami i wyrżnąłem w bandę. Ucierpiało kolano i wszyscy zastanawialiśmy, czy łąkotka jest w całości. Czekałem na rezonans, bo tam się długo czeka na takie badanie. Opuściłem sześć czy siedem meczów. A później zostałem przeniesiony do drużyny Moose Jaw Warriors, która nie zakwalifikowała się do play offu. Musiałem przyzwyczaić się do nowego otoczenia i stylu gry. W zespole miałem nieco inną rolę i dużo przebywałem na lodzie. Moja nowa drużyna traciła dużo goli i musieliśmy sporo czasu spędzać w defensywie. Moja gra obronna na pewno uległa poprawie, ale o tym będziemy mogli się przekonać na zgrupowaniu kadry.
– Nim przejdziemy do spraw związanych z reprezentacją, muszę zadać sakramentalne pytanie: co dalej z twoją karierą?
– Właśnie na to pytanie czekałem od początku naszego spotkania (śmiech). Niestety, nie mogę zaspokoić ciekawości. Już wiem, gdzie będę występował w przyszłym sezonie, ale to klub musi jako pierwszy ogłosić tę decyzję. Tak się umówiliśmy i nie pozostaje mi nic innego, jak dotrzymać umowy. Mogę zapewnić, że kija hokejowego nie zamienię na... golfowy. Dyscypliny nie zmienię!
– Otrzymałeś nominację do kadry. Czy jesteś już myślami przy mistrzostwach świata Dywizji 1A w rumuńskim Sfantu Gheorghe?
– Cieszę się, że znalazłem się w kadrze i nie mogę się doczekać zgrupowania. Kandydatów do gry jest sporo, najpierw trzeba solidnie pracować i przekonać trenerów do swojej osoby i czy pasuję do koncepcji gry stworzonej przez sztab. Zrobię wszystko, by znaleźć się w tym gronie. Reprezentowanie kraju to marzenie każdego sportowca. Nikt nie dostanie nominacji do zespołu narodowego za zasługi, bo przecież obowiązuje zdrowa rywalizacja. Jeżeli pojadę, to będę się starał jak najlepiej wypaść. Kiedy nie zmieszczę się do składu, zostanę pierwszym kibicem reprezentacji i będę trzymał za nią kciuki.
– Przed kadrowiczami siedem meczów kontrolnych, a potem turniej mistrzowski. Czy jest szansa powrotu do elity?
– Dobrze się stało, że mamy kilka spotkań towarzyskich o różnej skali trudności. Będzie dobra okazja, by zespół przećwiczył warianty gry w różnym ustawieniu. Mamy wystarczająco dużo czasu, by jak najlepiej przygotować się do turnieju. Krok po kroku po optymalną formę. W Rumunii będzie zupełnie inny turniej niż ten w elicie w Czechach. Tam musieliśmy się w dużej mierze bronić, zaś tutaj będziemy atakować. Nie wiem, jak potoczą się losy drużyny, ale – oczywiście – fajnie byłoby awansować. Chciałbym się znaleźć w reprezentacji, która ponownie wywalczy awans do elity!
Rozmawiał Włodzimierz Sowiński
Trop prowadzi do Czech – apla do środka tekstu
Sympatyczny Krzysztof Maciaś umową z klubem jest zobowiązany do trzymania tajemnicy. Dziennikarz ma jednak prawo kojarzyć pewne fakty i niżej podpisany jest przekonany, że młodszy z braci Maciasiów będzie występował tuż przy naszej południowej granicy, w Czechach. W tamtejszych klubach spędził sześć lat. Wydaje się, że w przyszłym sezonie będzie reprezentował HC Witkowice, ale w grę wchodzi też Ocelarzi Trzyniec.
