Motor i jego zdolni mechanicy
Gdy po 32 latach lubelska drużyna wpadła do ekstraklasy, to od razu jak po swoje. Czy zdoła jednak utrzymać zwyżkowy trend?
Bright Ede – bodaj najgorętsze obecnie nazwisko na giełdzie transferowej polskiej ekstraklasy. Fot. Tomasz Folta
Motor z pewnością sprawił, że Lublin jawi się teraz jako nowy jaśniejący punkt na mapie ekstraklasy. Grał ładnie, przekonująco, radośnie, z animuszem i entuzjazmem. Przyjemnie to się oglądało! Wprowadził nowy powiew w zatęchłe nieco pomieszczenia ekstraklasy. Nie na tyle, żeby je przemeblować, ale przynajmniej je przewietrzył. Prawda jest taka, że na Motor nikt, z tymi najmożniejszymi tej ligi włącznie, nie jeździł jak po swoje.
Nieśmiały uśmiech trenera
Oczywiście, jak każda drużyna w stawcie, także lublinianie mieli lepsze i słabsze momenty. Pierwsze koty za płoty: pierwszy mecz ekstraklasowy w XXI wieku na stadionie w Lublinie gospodarzom zwyczajnie się nie udał, bo przegrali z doświadczonym Rakowem. Nadrobili to najlepiej, jak mogli, prawie natychmiast pierwszą wygraną w XXI wieku na wyjeździe (z Lechią w Gdańsku). A potem już się potoczyło: czasem dobrze, czasem źle, jak to w życiu. Drużyna jednak dawała radę.
Trochę się zdumiałem, gdy pierwszy raz uczestniczyłem w konferencji pomeczowej z udziałem szkoleniowca Motoru Mateusza Stolarskiego, bo odebrałem go jako chłopca o nieśmiałym uśmiechu (gdy podpisywał kontakt w Lublinie miał 31 lat), a nie poważnego pana trenera. Na szczęście było tak, jak uwielbiam: pozory myliły. Stolarski, który jako pierwszy szkoleniowiec debiutował w Wólczance (ze wstydem przyznaję, że nigdy nie byłem na meczu tego klubu), a rok temu wprowadził Motor do elity, okazał się facetem z pomysłem i wiedzą, pełnym skrupulatności i wiary w zespół. Zaimponowało mi, że potrafił wychodzi z kryzysów, w które przecież Motor wpadał. Początek był trudny – po sześciu kolejkach na koncie było tylko sześć punktów i wydawało się, że beniaminek będzie musiał odpalić wszystkie motory dookoła, żeby się utrzymać. A jednak Stolarski potrafił wyciągnąć zespół z opresji. Z tej i z następnych. – Cóż, piłka jest piękna. Byliśmy w okresie, gdy było pięknie, teraz jest bardzo trudno. Ale na tym polega piękno tego sportu, że wstajesz i próbujesz z tego wyjść. Zespół chce się odbić, ja też mam w nim bardzo duże wsparcie – mówił akurat wtedy, gdy Motor był w jednym z dołków. A przypomnijmy: ta ekipa jeszcze dwa lata temu znajdowała się na trzecim poziomie rozgrywek!
Beniaminek nabierał doświadczeń różnorakiego rodzaju. Nie tylko na boisku. Kiedy trener Stolarski ogłosił publicznie utrzymanie po zwycięstwie nad Stalą w 26. kolejce (30 marca), do końca rozgrywek pozostało osiem spotkań. Cztery zakończyły się porażkami. Na przełomie kwietnia i maja lublinianie zanotowali serię trzech przegranych z rzędu. Nastąpił rozprężenie, ale udało się je powstrzymać: ostatni mecz w Radomiu Motor zdołał wygrać. Następnym razem takie rozprężenie może kosztować znacznie więcej, ale młody szkoleniowiec z pewnością o tym wie.
Filary lubelskiego zespołu
Na kim Stolarski oparł drużynę? Najwięcej goli zdobył Samuel Mraz. 16 bramek robi wrażenie i dało to Słowakowi 5. miejsce w klasyfikacji strzelców ekstraklasy. Drugim najlepszym strzelcem zespołu był kapitan Piotr Ceglarz, pamiętany jeszcze z występów w GKS-ie Katowice, gdy ten nie umiał wskoczyć do ekstraklasy – ten zawodnik zdobył sześć goli. Najwięcej asyst (siedem) zaliczył z kolei Bartosz Wolski. Właśnie on cieszył się największym zaufaniem szkoleniowca: zagrał w minionym sezonie we wszystkich 34 ligowych spotkaniach, spędzając na boisku 2966 minut.
Mnie zachwycił chyżonogi senegalski skrzydłowy Mbaye Jacques Ndiaye. Przyszedł do Motoru Lublin na początku 2024 roku i od razu zaznaczył swoją obecność. W decydującym momencie barażu z Arką w Gdyni strzelił gola w 93 minucie i zapewnił Motorowi awans do ekstraklasy. W niej umiejętnie się odnalazł, choć i tak myślałem, że osiągnie więcej. Możliwości – tak czy inaczej – ma wielkie. Jednak bohaterem najbardziej zdumiewającej historii ostatnich dni jest Bright Ede. Ten 18-letni, urodzony w Warszawie lewonożny środkowy obrońca, który doświadczenia nabierał w juniorskich drużynach stołecznej Delty oraz Zagłębia Lubin, do Motoru dołączył ledwie w styczniu: po przyjściu z Zagłębia za 100 tysięcy euro podpisał kontrakt obowiązujący do końca 2026, ale… nie wiadomo, czy go wypełni. Jego pozycja wystrzeliła bowiem w kosmos. W listopadzie 2024 roku został powołany do reprezentacji Polski U18, gdzie zaliczył debiut z orzełkiem na piersi przeciwko młodzieżowej reprezentacji Belgii. Po przyjściu do Motoru błyskawicznie się rozwinął. 30 marca zadebiutował w PKO BP Ekstraklasie. Od razu zdobył bramkę w wygranym, wspomnianym już meczu ze Stalą Mielec (4:1). Podobno interesują się nim trzy kluby z Premier League (w tym gronie miałaby znajdować się Chelsea) i jeden z Bundesligi. Motor nie zamierza jednak sprzedawać swojego zawodnika za wszelką cenę – czy to zagranicę, czy do krajowej konkurencji. A jeśli już to nie rozpocznie negocjacji, jeśli chętny nie zaoferuje olbrzymiej ilości pieniędzy, mówimy o ofercie przewyższającej dotychczasowy rekord transferowy polskiej ligi, czyli bez 11 milionów euro do Lublina nie ma co w ogóle jechać. No chyba żeby zobaczyć przepiękne Stare Miasto… Brzmi to nieziemsko w kontekście, że jeszcze niedawno Lublin był jedynie futbolowym zaściankiem. Teraz jednak z pewnością już tak nie jest.
– Zgrzeszyłbym, gdybym powiedział, że z czegoś jestem niezadowolony. Zespół, sztab szkoleniowy, piłkarze nie mają kompleksów i widzą, że można sięgać po wyższe cele – mówił w jednym z wywiadów już na przełomie roku milioner Zbigniew Jakubas, właściciel Motoru. Wspomniał nawet o podium w kolejnym sezonie, co przyjmujemy z niedowierzaniem, ale cóż – każdemu wolno marzyć.
Paweł Czado
3492 – TYLE karnetów sprzedał Motor na zeszły sezon. Dało mu to ósme miejsce w zestawieniu. A więc gorsze niż zajął na koniec rozgrywek.
