Mistrz Holoubek nie miał racji
Kolejnym etapem mojej amerykańskiej podróży po miastach i obiektach, na których rozgrywano mistrzostwa świata w 1994 roku, był Boston.
Chwila oddechu od futbolu. Wojciech Filipiak (z prawej) i Tomasz Zimoch (młodsi o 32 lata) na stadionie baseballowym Boston Red Socks.
AMERYKAŃASKI SEN (CZĘŚĆ 4)
Szkoda było wyjeżdżać z Waszyngtonu, bo atmosfera była tam o wiele lepsza niż w Nowym Jorku. To znana i u nas prawidłowość: im mniejsze miasto, tym zainteresowanie taką imprezą większe. W Nowym Jorku nikomu nie przyszło do głowy organizowanie specjalnych wydarzeń kulturalnych z okazji mistrzostw, w Waszyngtonie natomiast można było na przykład obejrzeć i posłuchać Ziggy’ego Marleya i zespołu Melody Makers podczas specjalnego koncertu przed Białym Domem.
Po wyjeździe z Waszyngtonu spędziłem jeszcze kilka dni w Nowym Jorku, bo tak wynikało z planu lotów. Widziałem między innymi pierwsze w historii arabskie derby na mistrzostwach, mecz Maroko – Arabia Saudyjska. Kibiców z tych państw za dużo nie było, ale stadion i tak był wypełniony. Organizatorzy zadbali o promocję, bilety były tanie, mieszkańcy Nowego Jorku i okolic potraktowali mecz jako weekendowy piknik. I bardzo dobrze.
Grozić mogła... wspólna zabawa
Mieszkałem przez kilka dni w pokoju, który wynajęła mi pewna Polka, znajoma mojej znajomej, ze starej powojennej emigracji. Jednego dnia wróciłem do domu bardzo późno, z dużym strachem przechodząc ze stacji metra przez okolicę zamieszkałą przez Portorykańczyków. – Nie miałeś się czego bać. Mogło ci grozić najwyżej zaproszenie do wspólnej zabawy – zapewniała pani Wanda. Znała te środowiska, bo pracowała jako kurator sądowy i wiedziała, że nie wszyscy tam to dilerzy i gwałciciele. Mając takie gwarancje, następnego dnia przeszedłem dzielnie przez kilka ulic samego Harlemu.
W Bostonie czekało na mnie i Tomka Zimocha lokum u państwa Pieńkowskich. Zdzisław był łyżwiarzem figurowym, pracował później w ŁKS-ie, Barbara Kossowska była w Łodzi jego trenerką, a potem żoną. To ona wyszkoliła Grzegorza Filipowskiego na łyżwiarza światowej klasy. Grzegorz mieszkał u nich w Stanach, miał pokój w ich domu. Potem przeniósł się do Kanady, zamieszkał koło Toronto ze swoją partnerką Elizabeth Manley, też łyżwiarką, ale jego pokój w domu Pieńkowskich pozostał i to mnie przypadł jako kwatera w Bostonie. Po drapaczach chmur w Nowym Jorku i klasycznych, udających antyczne, kopułach i kolumnach gmachów w Waszyngtonie, Boston był wręcz brytyjskim miastem, jakby przeniesionym z wiktoriańskiej Anglii. Nawet Uniwersytet Harvarda mieści się przecież w… Cambridge, oddzielonym od Bostonu rzeką Charles.
Rewolucja odtworzona
Przypadek sprawił, że znaleźliśmy się tam akurat 4 lipca, w amerykański Dzień Niepodległości. Tam narodziła się współczesna Ameryka, a zapowiedzią rewolucji i wojny z Anglikami była „bostońska herbatka”. Protestując przeciwko podatkowemu wyzyskowi kolonii przez Londyn, przebrana za Indian grupa buntowników w grudniu 1773 roku wdarła się na załadowane herbatą statki w porcie i wrzuciła cały ładunek herbaty do morza. My też „wdarliśmy się” na replikę jednego z żaglowców i przygotowane worki wrzuciliśmy do wody. Worki były na linkach i szybko je wyciągnięto dla następnych turystów, ale zdjęcia się udały.
Miało być jednak o mistrzostwach… Sędziowie, w tym Michał Listkiewicz, stacjonowali w Dallas, gdzie mieściła się również organizacyjna centrala mistrzów. – Zadzwonimy do Michała i dowiemy się, co tam słychać - Tomek Zimoch miał, jak się okazało, dziennikarskie przeczucie. – Zadzwońcie za chwilę, jest jakaś afera, ale jeszcze nie wiem, o co chodzi – powiedział Michał. Pół godziny później już wiedział: - Diego Maradona wpadł na dopingu! Nie było jeszcze oficjalnego komunikatu, ale wiadomość pochodziła z pewnego źródła!
Maradona przegrał z draftem
Problem polegał na tym, że nie dało się tego zdyskontować dziennikarsko. O dziewiątej wieczorem tamtejszego czasu, czyli w Polsce o trzeciej w nocy, gazety dawno już zostały wydrukowane, a w radiowej „Jedynce” i w Radiu Łódź dyżurni technicy puszczali tylko muzykę z taśmy. Nie tylko Polska, ale i świat jeszcze o tym nie wiedział. Ameryka również – w tym samym czasie odbywał się koszykarski draft. W telewizji trwała czterogodzinna transmisja na żywo z tego wydarzenia i nikomu nie przyszło do głowy, by przerywać program z powodu Maradony.
Skończyła się faza grupowa. W Bostonie trafiliśmy na jeden z meczów 1/8 finału Nigeria – Włochy. Grano w miejscowości Foxborough, na stadionie, który nosił nazwę… Foxboro Stadium – taka ortograficzna ciekawostka, bo obie wersje czyta się tak samo. Tego obiektu też już nie ma, bo dzisiaj nie dostałby licencji nawet na naszą II ligę. Drewniane ławki wokół boiska, ani jednego miejsca pod dachem (!), co przy panujących wtedy upałach sprawiało, że opaleni kibice wracali do domu ucharakteryzowani na Indian.
Do miasta było 50 kilometrów, ale akurat dziennikarzom to nie przeszkadzało, bo byliśmy bezpłatnie dowożeni na mecze. Taki był wtedy luksus! Nie ma już także hali Boston Gardens, w której grali hokeiści. Rozpoczął właśnie swoją karierę w tym klubie Mariusz Czerkawski – w klubowym sklepie nie było jeszcze kostiumu z jego nazwiskiem i „19” na plecach, ale sprzedawca obiecał, że w dwa dni może nam to załatwić. Samolot był zabukowany, więc poprzestałem na pamiątkowym krążku, który służył mi jako amulet, gdy w Wizja TV komentowałem później mecze NHL.
Italia kupiła widownię
Nie było oczywistego faworyta, bo Włosi w turnieju grali fatalnie, mieli więcej szczęścia niż umiejętności i z trudem prześlizgnęli się do rundy pucharowej. Tu zaatakowali od początku, ale to Nigeryjczycy skutecznie skontrowali i objęli prowadzenie. "Włoska drużyna miała problem, bo rywal grał coraz lepiej, a na dodatek sędzia był im wyjątkowo nieprzychylny. Szczytem wszystkiego było usunięcie z boiska Gianfranco Zoli, posądzonego przez arbitra o rewanż na faulującym go rywalu. Ta postawa drużyny w zestawieniu z prostym, wręcz prymitywnym futbolem zespołu z Afryki, sprawiła, że sympatia widowni zaczęła się zmieniać. Włosi porwali widzów. Grając w dziesiątkę, „koszeni” bezpardonowo przez rywali (31 przewinień w całym meczu) zdołali wyrównać w 89 minucie i strzelić w dogrywce zwycięskiego gola. Włosi potrafili się przemóc, chaotyczni Nigeryjczycy nie wykorzystali szansy, bo ich futbol ma się tak do światowej czołówki, jak stadion Foxboro do centrum Bostonu. Jest wielki i efektowny, ale to niestety dalekie przedmieście"...
Wykorzystałem powyżej fragmenty mojej prasowej korespondencji o tym meczu. Podobny był ton telewizyjnego komentarza Tomasza Zimocha, co nie podobało się jednemu z gości mundialowego studia Gustawowi Holoubkowi, który zarzucił komentatorowi niedopuszczalną stronniczość. Mistrz Holoubek nie miał racji. Siedząc w studio w Warszawie nie wyczuł i nie zrozumiał reakcji stadionu. W relacji na żywo taka sterylna neutralność nie jest możliwa.
W drodze na zachód
Bohaterem tego meczu był strzelec obu goli dla Włochów Roberto Baggio. Wprowadził swoja drużynę do finału, w którym też odegrał główną rolę. O tym będzie w kolejnej korespondencji z przeszłości.
Mistrzostwa przenosiły się teraz do Kalifornii, do San Francisco i Los Angeles. Tomek został w Bostonie, bo miał jeszcze jeden mecz do zrobienia, ja udałem się na lotnisko. Gdybym wsiadł do samolotu do Warszawy, byłbym wcześniej w domu niż w hotelu w San Francisco. Wybrałem jednak drogę na zachód. Samolot leciał aż do Honolulu na Hawajach, ale w San Francisco miał międzylądowanie.
Wojciech Filipiak
