Mission combat Ultrasów

PARAGRAFY I SPORT - Robert Kiłdanowicz

Awantura pomiędzy Śląskiem Wrocław a Wisłą Kraków ma swój głębszy wymiar sportowo-społeczny i równolegle do różnego rodzaju postępowań zawisłych przed komisjami PZPN może, a nawet powinna być wstępem do poważnej debaty publicznej na temat kibiców piłkarskich - a szczególnie „ich ciemnej strony mocy” tzw. Ultrasów. Okoliczność, że to kibice z Wrocławia podjęli realną decyzję o braku „wpuszczenia” zorganizowanej grupy kibiców z Krakowa na ligowy mecz do stolicy Dolnego Śląska przestało już być nawet tajemnicą poliszynela tylko środowiskowym stanem faktycznym. Czym jest podyktowana ta niechęć kiboli Śląska do Wisły? No przecież względy bezpieczeństwa, którymi rzekomo kierowali się decydenci klubu z Wrocławia, są oczywistą fikcją prawną służącą tylko upozorowaniu realnych twierdzeń i argumentacji takiej decyzji (szerzej pisałem o tym w poprzednim felietonie). Kibole, jak twierdzi wielu fachowców od działaczy piłkarskich, łącznie z moim szanownym kolegą, felietonistą „Sportu” Michałem Listkiewiczem poprzez socjologa z Gdańska prof. Radosława Kossakowskiego, kryminologa dra Pawła Moczydłowskiego to złożona subkultura żyjąca wśród, ale i z piłki nożnej. Co więcej, ich fanatyczna część tworzy groźne zorganizowane grupy przestępcze, niejednokrotnie o charakterze zbrojnym czerpiące zyski z popełniania poważnych zbrodni, jak handel narkotykami i substancjami psychotropowymi, bronią, ludźmi, przemytem i etc. Zgody kibicowskie przebiegały i/lub przebiegają wzdłuż głównych szlaków transportowych pomiędzy polskimi miastami/metropoliami, począwszy od polskich portów (odbiór narkotyków zza Wielkiej Wody) aż po lokalizacje na południu Polski (sieć dystrybucji). Czyżby niezgoda wrocławsko-krakowska podyktowana była jakimś kibicowskim brakiem wzajemnych rozliczeń? Te gangi fanatycznych grup kibicowskich odciskają  piętno na sposobie zarządzania klubem i na ich właścicielach. Dodatkowo tam, gdzie kluby należą do samorządów ich znaczenie jest jeszcze większe, bowiem politycy obawiają się ich wpływu wyborczego, prywatny właściciel zaś najwyżej ograniczonych zysków. Problemem jest ich oddziaływanie, a nawet terroryzowanie normalnych kibiców,zwykłych ludzi. Taki mechanizm powoduje zawężenia bazy kibicowskiej i faktyczny spadek popularności klubu, dlatego już tylko w sensie ekonomicznym jest dla klubu niekorzystny. Jednak praktyka pokazuje, że kluby nie mogą sobie poradzić z kibicowską subkulturą. Ta wyspecjalizowana grupa społeczna uwłaszczyła się na polskiej piłce klubowej i nieźle sobie z niej żyje. Szefowie klubów przymykają oko na występki kiboli licząc, że to jest okup, który muszą zapłacić. Polskie prawo, nie wyłączając regulacji ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych ma instrumenty, żeby walczyć z tą subkulturą, lecz jest na razie mało skuteczne. Oprócz prowadzenia „twardych interesów”, gangi na trybunach nie za wiele przejmują się legalnymi mechanizmami, jak odpalali race (nielegalne podczas imprezy masowej) tak dalej odpalają, jak brali udział w tzw. ustawkach w terenie tak dalej je kontynuują. Najsmutniejszym jest fakt, że znam wiele przykładów z życia wziętych, że zarządzający klubem polegli w starciu z kibolami (np. Jacek Bednarz w Wiśle czy Marek Szczerbowski  w GKS Katowice, ITI w Legii Warszawa) i w zasadzie poza włodarzami Lecha Poznań nikt sobie w Polsce z nimi nie poradził. Jestem przekonany, że jest to rola państwa, zarówno władzy ustawodawczej jak i wykonawczej, aby uporządkować te obszary aktywności społecznej. Ano dlatego, że wielki, zorganizowany polski biznes nigdy nie wejdzie „na poważnie” do polskiej piłki nożnej. Potrzebujemy takiej polskiej Margaret Thatcher, która przeniosła by polską piłkę nożną i szerzej sport na wyższy poziom rozwoju co z pewnością byłoby lewarem dynamicznego progresu nie tylko futbolu lecz i gospodarki. A ci nasi twardziele, kibicowscy fighterzy też mogli by się prawdziwie zrealizować, na przykład na froncie ukraińsko-rosyjskim. Tam naprawdę można wykreować swoją legendę i zacząć być prawdziwym macho. Co więcej, nasi posłowie dali szansę takim kandydatom na walczaków, wprowadzając do obrotu prawnego ustawę pozwalającą na walkę polskim obywatelom w siłach zbrojnych Ukrainy (w polskim systemie prawnym jest to co do zasady nielegalna aktywność). Taki mission combat w terenie zamiast na stadionie piłkarskim, w kibolskich ustawkach czy w przestępczej działalności świetnie zahartowywałoby ducha i ciało. Co więcej nawet można by utworzyć specjalny legion polski jako przyszły komponent Wojska Polskiego a zbierający już frontowe doświadczenie. Zainteresowanie takim projektem państwa i polskich polityków byłoby praktycznym rozwiązaniem potencjalnego zagrożenia aktywnością środowisk kibicowskich z powstaniem nowych, ostrzelanych w boju oddziałów. Tylko jakimi argumentami trzeba by było rekrutować takich żołnierzy- patriotów? Ideą miłości do Polski czy do swoich małych ojczyzn (klubów) z którymi tak się utożsamiają?
A militarna sytuacja kryzysowa dla Polski w aktualnym chaosie geopolitycznym, pomimo chwilowego braku zagrożenia, może dynamicznie nadejść. Czy zorganizowane grupy kibiców będzie stać wykonać takie zadanie bojowe? 

Zachęcam Czytelników Sportu do przesyłania mi swoich uwag, komentarzy, sugestii czym zająć się w następnych felietonach. Mój adres to robert.kildanowicz@dzienniksport.com.pl.

_______________________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się