Miałam dosyć londyńskiej pogody!

Wywiad z Magdaleną Fręch, 25. tenisistką na świecie

Tenisistka z Łodzi postawiła sobie za cel osiągać kolejne szczeble w Wielkich Szlemach. Fot. Paweł Andrachiewicz/PressFocus

Kazimierz Mochlinski z Londynu

Jakie masz wrażenia z debiutu w słynnym Queen’s Club?

- Byłam tutaj pierwszy raz, więc mam porównanie z innymi angielskimi turniejami, w Nottingham czy Birmingham. Zdecydowanie korty bardzo przyjemne. Na pewno chętnie wrócę tu w przyszłości. Aczkolwiek wiadomo, Wimbledon ma ten dodatkowy smaczek, to zupełnie coś innego.

Queen’s Club to „Klub Królowej” - Królowej Wiktorii - założony w 1886 roku, wiec prawie równie stary jak Wimbledon. Jednak kobiety nie grały tutaj od ostatniego stulecia - minęły aż 52 lata od poprzedniego zawodowego turnieju pań na tych kortach. Czy czuć było wyjątkowość tego wydarzenia?

- To nietypowa sprawa, że mamy nowy turniej w kalendarzu w nowej lokalizacji w ciągu roku. To bardzo ciekawe i fajne doświadczenie. Szczególnie, że to klub z wieloletnią tradycją. To super doświadczenie uczestniczyć w tej pierwszej edycji po powrocie damskiego tenisa i WTA Tour na te korty. Na pewno zapamiętam to na zawsze.

Niestety, odpadłaś już w 1. rundzie z Rosjanką Dianą Sznajder. Czy w całym sezonie nie brakuje ci trochę meczy turniejowych?

- Na pewno, choćby na mączce przed Roland Garros, czy na trawie przed nadchodzącym Wimbledonem. Jestem w turniejach najczęściej rozstawiona, więc zaczynam od drugiej rundy. Gdybym grała od pierwszej, to meczy byłoby pewnie więcej. To zupełnie inny poziom niż grałam jeszcze 2-3 lata temu, wiec muszę zdobyć doświadczenie, inaczej przygotowywać się do turniejów niż wtedy, gdy zaczynałam od kwalifikacji lub pierwszej rundy. Wychodzę na kort w roli faworytki na swój pierwszy mecz, a przeciwniczka ma już trochę czasu na korcie za sobą, bo to jest jej drugi mecz. Więc dla mnie to nowa sytuacja, ale myślę, że coraz lepiej sobie z nią radzę.

W pewnym stopniu to „wynagrodzenie” za twoje postępy i awans w rankingu…

- Początek roku i pierwsza połowa tego sezonu były dosyć trudne. Gram w turniejach wyższej rangi, bo miejsce w rankingu do tego zmusza i wszystko wtedy zależy od losowania.

Po turnieju w Queens Clubie opuszczasz Wyspy, dlaczego?

- Gram w Berlinie, a potem w Bad Homburg, po czym wracam na Wimbledon. Mimo że dobrze wiodło mi się w poprzednich latach w Nottingham, zdecydowałam się na zmianę programu w tym roku. Bo… mam już dosyć tej londyńskiej pogody! Codziennie chmury, wiatr, deszcz. W zeszłym roku spędziłam tutaj cały miesiąc i było to dla mnie lekko przygnębiające. Potrzebuję trochę lepszej pogody. Chcę być trochę na słońcu! Więc muszę uciec na trochę od Anglii, ale mam nadzieję, że kiedy wrócę za dwa tygodnie na Wimbledon, to zaświeci słońce.

Mimo marnej pogody przyjechałaś na Wyspy Brytyjskie na pierwszy główny turniej przedwimbledoński.

- Przyleciałam tutaj już 4-5 dni przed rozpoczęciem turnieju. Ta część sezonu tenisowego jest stosunkowo krótka i trzeba wykorzystać wszystkie możliwości na osiągnięcie jak najlepszego poziomu na Wimbledon. Postawiłam sobie za cel osiągać kolejne szczeble w Wielkich Szlemach.

Co decyduje o twoim programie na okres między Rolandem Garrosem i Wimbledonem?

- Nie mamy trawiastych kortów w Polsce, żeby się przygotować, dlatego każdy turniej, w którym można zagrać, to też są treningi między nimi. Nie jest to tylko gra o awans do następnej rundy, ale równie ważne jest ciągłe poprawianie poziomu swego tenisa.

Trudna jest zmiana z jednej nawierzchni na drugą?

- Na pewno zajmuje dużo czasu. Szczególnie, że mączka skończyła się dosyć niedawno. To nie jest długi okres na przygotowanie i przejście z kortów ziemnych na trawiaste, więc mecze są potrzebne, niezależnie od wyniku i samego treningu. Sezon na trawie jest tak krótki, że trzeba to po prostu wykorzystać. Tydzień przed Wimbledonem to już ostatnie szlify. Trzeba oszczędzać ciało i siły, bo wysiłek psychofizyczny w Wielkim Szlemie będzie zdecydowanie większy. I nabrać trochę głodu, że chce się wejść na kort i walczyć o każdą piłkę.

Wygląda na to, że będziesz rozstawiona na Wimbledonie. Czy to ułatwia udział w takim turnieju?

- Pomaga i nie pomaga. Bo na Roland Garros musiałam zagrać przeciwko Ons Jabeur (była numer 2 na świecie - przyp. red.), która była tylko dwie pozycje od rozstawienia. Więc nie ma reguły. Są też zawodniczki, które świetnie czują się na trawie i nie będą rozstawione, więc opcji trudnego losowania jest bardzo dużo. Wiadomo, tenisistka rozstawiona nie zagra w pierwszych dwóch rundach z wyżej notowaną od siebie. Aczkolwiek skupiam się na każdym meczu, tona każdy trzeba wyjść przygotowanym w stu procentach taktycznie i fizycznie.