Miał być kolejarzem...

Tadeusz Jakubczyk w barwach Ruchu był mistrzem kraju, z ROW-em awansował do finału Pucharu Polski, zagrał w reprezentacji Polski.

Piłkarz pochodzący z Gorzyc Śląskich przez lata był podporą Niebieskich. Fot. archiwum Tadeusza Jakubczyka

Przyjęło się, że jest wychowankiem LKS-u Czarni Gorzyce - klubu, który od lat gra w „okręgówce”, a wcześniej w klasie terenowej i A klasie podokręgu raciborskiego, a z którego pochodzą tacy ligowi piłkarze, jak Stanisław Zuzok (GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec), Tadeusz Psota (Śląsk Wrocław) i najbardziej ze współczesnych czasów znany Mariusz Zganiacz, były młodzieżowy reprezentant Polski, a potem zawodnik m.in. Legii Warszawa, Odry Wodzisław, Korony Kielce. Tadeusz Jakubczyk nie jest jednak wychowankiem klubu z Gorzyc, miejscowości leżącej kilka kilometrów od granicy z Czechami.

Chciał jeździć „Gagarinem”

Rocznik 1954. Nie zaczynał w Czarnych, którego boisko położone jest ledwie 2-3 kilometry od jego domu, położonego w Osinach przy ulicy Sikorskiego. – Po szkole podstawowej w Gorzycach trafiłem do szkoły kolejowej w Rybniku. Chciałem jeździć popularnym „Gagarinem” – mówi z uśmiechem świetny śląski obrońca, kiedy spotykamy się w jego domu, paręset metrów od stacji PKP Bełsznica, skąd przez lata dojeżdżał do szkoły, a potem na treningi do Rybnika. Jego żona, pani Janina, przynosi ciastka, herbatę i zostawia nas samych.

Co do „Gagarina” czy „Iwana”, była to popularna lokomotywa spalinowa radzieckiej produkcji i masowo wysyłana do bratnich krajów, tzw. demoludów, czyli krajów socjalistycznych powiązanych z ZSRR. Pan Tadeusz lokomotywą nie jeździł, trafił natomiast na zielone boisko. – To było bodajże po pierwszej klasie w szkole zawodowej. Kolega oznajmił, że wybiera się na trening ROW-u Rybnik i zapisuje się do klubu. Pomyślałem, że to odważny krok, ale może pójdę z nim... Nie byłem zbyt śmiałym chłopakiem, ale z piłką dobrze sobie radziłem w klasowym czy szkolnym zespole, występując w ataku i zdobywając sporo bramek – wspomina.

Tak trafił do ROW-u, pod koniec lat 60. i na początku 70. liczącej się siły nie tylko w śląskiej piłce. ROW trzykrotnie awansował do ekstraklasy, wtedy I ligi, w 1968, 1970 i 1972 roku. Za trzecim razem w elicie spędził pięć sezonów, kończąc rozgrywki 1972/73 i 1973/74, czyli w czasie największych triumfów polskiego futbolu, na wysokim, 7. miejscu.

Pod okiem „Jany”

- Trafiłem do drużyny prowadzonej przez trenera Sieńkę. Tak było do 19. roku życia, kiedy skończył się czas juniora i trzeba był przejść do dorosłej piłki. Mieliśmy wtedy dobry zespół, bo w jednym sezonie w Lidze Juniorów było 2. miejsce, w kolejnym 1. Co dalej? Seniorzy byli wtedy w I lidze. Trafiłem do drużyny rezerw i miałem szczęście, bo trafiłem pod rękę Edwarda Jankowskiego, który od raz postawił mnie na forstoperze – opowiada.

W trakcie kariery Jakubczyk zetknął się z wieloma znakomitymi szkoleniowcami. Prowadzili go tacy fachowcy, jak Leszek Jezierski, zwany „Napoleonem”, czy Orest Lenczyk. Zetknął się też z trenerami kadry, Jackiem Gmochem, Antonim Piechniczkiem, ale to właśnie Jankowskiego stawia na pierwszym miejscu. Zresztą niepierwszy to piłkarz z dalekiej przeszłości, który wypowiada się w ten sposób o znakomitym wcześniej piłkarzu, którego ksywka to „Jana”.

Jankowski, rocznik 1930, pochodził z Bogucic. Był wychowankiem niemieckiego 1FC Katowice. Po wojnie z Górnikiem cztery raz zdobył mistrzostwo Polski. Znakomity napastnik, który w reprezentacji Polski wystąpił w 10 meczach, zdobywając 4 bramki. Był pierwszym zawodnikiem zabrzan, który w ekstraklasie zdobył 50 goli. Strzelił zresztą dla Górników pierwszego gola w najwyżej lidze w marcu 1956 w spotkaniu derbowym z Ruchem. Po występach w Górniku (1954-62) grał w Polonii Melbourne (62-64) i ROW-ie (65-69). W Rybniku zaczął też pracę trenerską.

Z rezerwami do finału

W Rybniku Jakubczyk zaczął grać w klasie terenowej. W sezonie 1973/74 drużyna wywalczyła awans, a przy okazji świetnie zaprezentowała się w Pucharze Polski, awansując jako rezerwa ROW-u na szczebel centralny. - Nasze kolejne wygrane w pucharze kraju nie wzięły się z niczego – podkreśla.

Jakubczyk miał 20 lat, kiedy ROW II Rybnik na swoim żużlowym boisku w Chwałowicach – to trawiaste przy Gliwickiej zarezerwowane było dla pierwszej drużyny – sprawiał sensację za sensacją w PP edycji 1974/75. Najpierw pokonał solidnego ligowca z zaplecza ekstraklasy, BKS Bielsko-Biała, potem Górnika Jastrzębie, a w I rundzie szczebla centralnego Metal Kluczbork. Wydawało się, że rezerwy ROW-u swoją przygodę skończą na 1/16 finału 3 listopada 1974, kiedy do Chwałowic zawitała mocarstwowa Legia, z medalistami zakończonych kilka miesięcy wcześniej na zachodnioniemieckich stadionach mistrzostw świata, choć Kazimierza Deyny z powodu urazu zabrakło. Byli za to doskonały skrzydłowy Robert Gadocha, czy człowiek od specjalnych poruczeń w zespole Kazimierza Górskiego, znakomity pomocnik Lesław Ćmikiewicz. W wojskowej jedenastce nie brakowało innych znakomitych graczy. Był późniejszy reprezentant Polski, notabene związany wcześniej z ROW-em Piotr Mowlik, czy świetni ligowcy Jan Pieszko, Adam Topolski, Zbigniew Nowacki. Skończyło się na sensacyjnym 3:2 dla rybniczan! W 1/8 finału wygrana z Polonią Bytom 1:0, a w ćwierćfinale w Chwałowicach poległ Lech Poznań – 2:1 dla zespołu trenera Jankowskiego. 12 marca 1975 półfinał z Górnikiem Zabrze z kolejnymi medalistami MŚ, Andrzejem Szarmachem, bramkarzem Andrzejem Fiszerem czy Henrykiem Wieczorkiem. 2:0 dla ROW II i rezerwy w finale Pucharu Polski!

Przyszedł decydujący mecz 1 maja na stadionie Cracovii ze Stalą Rzeszów i młodsi zawodnicy rezerw, z Tadeuszem Jakubczykiem, zostali… odstawieni na boczny tor. – Awansowaliśmy do finału jako rezerwa, ale w nim klub mógł już wystawić najsilniejszy zespół. Szkoleniowcy - pierwszą drużynę prowadził trener Trepka - debatowali co zrobić. Wyszło na to, że postawili na pierwszy skład, ale dołączyli kilku graczy z rezerw, z Bolesławem Buchalikiem na czele, ale inni nie zostali wzięci na ten mecz i niedobrze się stało. Przesiedziałem finał na ławce, ale pamiętam fatalnie przez nas wykonywane karne. Trzy niewykorzystane, bo słupek, strzał obok bramki. Szkoda… - wspomina po latach Tadeusz Jakubczyk.

Cały dzień na nogach

- Jak wyglądały moje treningi i pobyt w Rybniku? Lekcje kończyłem około 13.30-14.00 i musiałem czekać na trening o 17.00, a po nim wracać do domu pociągiem. To była szkoła zawodowa, więc trzy dni w tygodniu miałem zajęcia zawodowe, a trzy dni lekcji, bo sobota w tamtych czasach nie była wolna. Jak mieliśmy praktyki, to jechałem pociągiem z Bełsznicy o 4.30, a wracałem o 21.00. Zjadałem coś na mieście, szedłem trening i po nim jechałem do domu. Nie było lekko, niejeden by ręką na wszystko machnął, bo to były takie czasy, że nikt nie podwoził na treningi. Miałem jednak silną wolę, charakter i wytrzymałem. Jak potem trafiłem do rezerw, to było lżej, bo pracowaliśmy na stadionie, albo był tylko trening. Zresztą w rezerwach byłem tylko rok. Po finale Pucharu Polski zostałem włączony do pierwszego zespołu, który grał w ekstraklasie – opowiada.

W ROW-ie w ekstraklasie wystąpił w 53 spotkaniach i zdobył 4 bramki. W Ruchu bilans ma o wiele lepszy. W czasach Jakubczyka chorzowianie byli liczącą się siłą w ekstraklasie, a nasz bohater grał tam też dłużej niż w Rybniku. Jego bilans w niebieskiej ekipie to 163 ligowe ligowe i 13 goli jako forstoper.

- Miałem bardzo silny strzał z prawej nogi. Jak były rzuty wolne, to kibice krzyczeli „Jakub, Jakub!” w moim kierunku. Parę bramek z wolnych zdobyłem, głową zresztą też. Ciągnęło mnie do przodu, lubiłem zdobywać bramki, bo w szkolnych zespołach grałem przecież z przodu, ale wtedy jako grający na środku obrońca przede wszystkim musiałem pilnować tyłów. Nie można się było zapuszczać do przodu i trzeba było wykonywać polecenia trenera. Mam satysfakcję, że byłem w finale Pucharu Polski, że zdobyłem mistrzostwo i zagrałem w reprezentacji. Zabrakło większej ilości meczów w kadrze, wyjazdu na mistrzostwa świata do Argentyny, ale wtedy w klubie mieliśmy gorszy moment, co też przełożyło się na moją pozycję – tłumaczy.

Cudem się uratowali

W klubie z Chorzowa pojawił się latem 1977 roku, po tym jak rybniczanie pożegnali się z najwyższą klasą rozgrywkową i już nigdy do niej nie wrócili (w tym sezonie walczą o awans do III ligi). Trenerem był wtedy Czech Frantiszek Havranek, a Jakubczyk znalazł się przy Cichej z innym zawodnikiem z Rybnika Edwardem Lorensem, później znaną postacią w futbolu nie tylko jako piłkarz.

Rozgrywki 1977/78 nie układały się dla Niebieskich pomyślnie. W październiku pracę stracił trener Havranek, a jego miejsce zajął słynny Teodor Wieczorek, przed laty znakomita postać AKS-u Chorzów, były reprezentant Polski i… stara szkoła trenerska. – Co do nas, to były kłopoty z transferem, bo ROW nie bardzo chciał nas puścić. W końcu się dogadali i zaczęliśmy grać w Ruchu z Edkiem Lorensem. Graliśmy w kratkę, byliśmy w dolnej części tabeli i przyszedł trener Wieczorek. Potem był okres przygotowawczy, styczeń i luty, a granie zaczynało się dopiero w marcu. Początek to ostre treningi, wszystko po to, żebyśmy mieli siłę na wiosnę. Był nacisk na wytrzymałość. Jak przyszło do grania wiosną, to pierwszych kilka meczów… przegraliśmy! Kondycyjnie byliśmy przygotowani, ale szybkości nie było. Dopiero w końcówce zaczęliśmy punktować i cudem się uratowaliśmy – opowiada Tadeusz Jakubczyk.

W sezonie MŚ 1978 Ruch finiszował na 14. miejscu, mając 27 punktów, tyle samo co będący na pozycji spadkowej, Zawisza Bydgoszcz. Zdecydowała nawet nie różnica bramek, bo ta w przypadku obu klubów była taka sama, minus 3, co większa liczba zdobytych goli przez chorzowian. Ich bilans bramkowy był 33:36, bydgoszczan 29:32. Ostatni, 16. był wtedy Górnik Zabrze, który zanotował pierwszy z trzech spadków z ekstraklasy.

Ostatnią, 30. kolejkę rozegrano 2 maja, z powodu argentyńskiego mundialu, który inaugurowało spotkanie Polska – RFN 1 czerwca 1978 na stadionie River Plate w Buenos Aires. Pochodzący z Gorzyc Tadeusz Jakubczyk był jednym z kandydatów na wyjazd na ten mundial, ale ostatecznie nie poleciał z zespołem, który skończył turniej na 5-6. miejscu ex aequo z Niemcami Zachodnimi.

Wyjazd był blisko

Jesienią 1977 Jakubczyk miał 23 lata. Nie był już anonimową postacią w lidze. Grał z powodzeniem w ROW-ie, a po przejściu do Ruchu był podstawowym graczem zespołu. W remisowych 1:1 derbach z Górnikiem pod koniec września zdobył bramkę głową przy Cichej. Grał solidnie, bez błędów, trzymał poziom i dostał powołanie od selekcjonera Jacka Gmocha na towarzyski mecz ze Szwecją 12 listopada we Wrocławiu. Kilkanaście dni wcześniej Biało-czerwoni na Stadionie Śląskim w Chorzowie po remisie z Portugalią zapewnili sobie udział w MŚ. Trener mógł więc sprawdzić nowych graczy. Oprócz Jakubczyka po raz pierwszy powołanie dostali Mirosław Okoński z Lecha, Jan Sobol z ŁKS-u i Wojciech Tyc z Odry Opole.

- Czy to było zaskoczenie? Na pewno, bo nikt mnie nie uprzedzał, a naraz usłyszałem, że zostałem powołany. Nie miałem wtedy samochodu i zastanawiałem się, jak tam dojechać. Zgrupowanie zaczynało się rano, dwa-trzy dni przed meczem. Pociąg z Katowic do Wrocławia ruszał o 5.00. Musiałem tam jeszcze od siebie dojechać! Nie było łatwo – mówi teraz z uśmiechem.

Na boisko w meczu ze Szwecją, który Polska wygrała 2:1, wybiegł w podstawowym składzie. W bramce Jan Tomaszewski, za plecami grający na forstoperze Jakubczyk miał Władysława Żmudę, po prawej stronie Antoniego Szymanowskiego, a po lewej Wojciecha Rudego. W pomocy Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek, który wypracował oba gole. Sławy polskiego futbolu. – W ataku Kusto, Mazur i inny debiutant Okoński. Okoński podał mi piłkę, uderzyłem pod poprzeczkę, ale bramkarz wybił pikę. Była szansa zdobycia gola. A jak mnie przyjęli? Jak nowicjusza. Nie było problemu. Był oczywiście piłkarski chrzest, czyli klaps w tyłek, ale przed meczem – śmieje się na wspomnienie sprzed lat.

Była realna szansa na wyjazd na MŚ! - Po tym meczu trener Gmoch ogłosił szeroką, 40-osobową kadrę na argentyńskie mistrzostwa, na której widniało moje nazwisko. Selekcjoner dodawał, że każdy z tej czterdziestki będzie szczegółowo obserwowany, ale my niestety w Ruchu wiosną złapaliśmy fatalną serię porażek. W tym momencie było wiadomo, że nikt nie weźmie zawodnika z drużyny, która prawie wszystko przegrywa. Ostatecznie nie pojechałem ja, a Roman Wójcicki – opowiada.

Na jednym występie w kadrze się skończyło. – Miałem pecha. Z jednej strony szczęście, że zadebiutowałem w reprezentacji, ale szkoda, że na mundial nie udało się pojechać – dodaje. Był potem powoływany do reprezentacji olimpijskiej kierowanej przez trenera Bernarda Blauta, która przegrała walkę o udział w igrzyskach w Moskwie w 1980 roku z Czechosłowacją, późniejszym złotym medalistą. Oprócz Jakubczyka powoływani byli też inni piłkarze Ruchu: Marian Piechaczek, Albin Wira czy Tadeusz Małnowicz. Wystąpił też w reprezentacji Śląska.

Mistrzostwo mimo porażki

Po tym, jak Ruch wiosną 1978 skończył na 14. miejscu, nastąpiła kolejna zmiana szkoleniowca. Trenerem niebieskiej jedenastki został Leszek Jezierski, do drużyny trafił z GKS-u Tychy były młodzieżowy reprezentant Polski Marian Piechaczek, także Albin Mikulski ze Stali Stalowa Wola, Tadeusz Małnowicz z BKS-u Bielsko-Biała i chorzowianie zostali… mistrzami Polski!

- Początek był słaby, bo przegraliśmy na Wiśle, zremisowaliśmy po mojej bramce z Katowicami 1:1, żeby w trzecim meczu polec z Gwardią w Warszawie. Potem zaskoczyło. Wygrywaliśmy mecz za meczem – podkreśla. Ruch w drodze po swoje przedostatnie, 13. mistrzostwo Polski, wyszedł na prowadzenie po 19. kolejce, po wygranej z Polonią Bytom 1:0 (gol Mikulskiego).

- Mistrzostwo zdobyliśmy w niecodziennych okolicznościach. O 1. miejsce walczyliśmy z Widzewem. Niestety, w przedostatniej kolejce przegraliśmy u siebie z Odrą Opole 0:1. Głowy spuszone, bo miała być feta przy Cichej, a my przegrywamy, ale okazało się, że Widzew też przegrał i to my zostaliśmy mistrzami! Wielka radość, zadowolenie. Zdobyć mistrza Polski nie jest przecież łatwo. Miałem 24 lata. Czy były dodatkowe premie? Ruch nie stał finansowo wtedy mocno. Opiekunem była Huta Batory, ale jakichś apanaży, nagród nie było - mówi.

W bramce stał Henryk Bolesta, choć mistrzowski sezon zaczął jeszcze Piotr Czaja. Na środku obrony Jakubczyk grał z Piechaczkiem, z którym przyjaźni się do dzisiaj. Co było siłą zespołu? - Nasz atak i pomoc, gdzie wielką rolę odgrywał Albin Wira, z przodu Janek Benigier, Tadek Małnowicz czy Albin Mikulski. Jeszcze Lorens. My z tyłu też starliśmy się wszystko trzymać – opowiada. Ruch w 30 meczach stracił wtedy tylko 27 goli. Defensywa była mocnym punktem mistrzowskiej drużyny.

Trener Jezierski, o którym mówiło się, że pił na umór, a którego jedni nazywali „Napoleonem”, a inni „Karaluchem”? – Nie widziałem go pijanego, więc nie mogę powiedzieć. Był wymagającym trenerem, który robił wszystko z głową. Treningi były ostrzejsze we wtorek i środę, ale przed meczem schodziliśmy z obciążeń. Mieliśmy i wytrzymałość i szybkość, trener miał wyczucie, wiedział jak podejść, jak sprawić, żebyśmy byli w formie – opowiada o legendzie polskiej piłki.

Z Szarmachem było najtrudniej

W 1984 roku wrócił do Rybnika, gdzie była ówczesna III liga, trzeci poziom rozgrywkowy. W sezonie 1984/85 była szansa powrotu na zaplecze ekstraklasy, ale w kolejce cudów na koniec Odra Opole wygrała taką liczbą goli, jaką potrzebowała i to ona awansowała do II ligi. W Rybniku pograł tylko rok. Musiał skończyć z powodu kontuzji kolana. Potem przepracował potrzebny czas w Kopalni 1 Maja w Wodzisławiu Śląskim i przeszedł na emeryturę.

Teraz trzyma kciuki za Ruch, który prowadzi Waldemar Fornalik, z którym grał jeszcze w Chorzowie na początku lat 80. Na koniec pytanie o zawodników, których najtrudniej było upilnować. – Najgorzej grało się przeciwko Andrzejowi Szarmachowi, bo on miał wszystko, noga, głowa, był agresywny, szybki. Inni? Pamiętam też Leszka Wolskiego, który mimo że go pilnowałem strzelił bramkę. Trudno grało się też przeciwko szybkiemu Romanowi Ogazie z Szombierek. Z tych, z którymi grałem, muszę wymienić Błachuta, Frydeckiego. Świetni piłkarze. Taki Błachut uderzał głową jak nogą! – wspomina stare ligowe czasy. Teraz wiedzie w Osinach spokojne życie emeryta, dbając o siebie i zachowując sylwetkę jak w swoich najlepszych piłkarskich czasach!

Michał Zichlarz

TADEUSZ JAKUBCZYK

Data urodzenia : 25 września 1954 r.
Miejsce urodzenia : Rogów
Pozycja na boisku : środkowy obrońca (forstoper)
Kariera : ROW Rybnik, Ruch Chorzów, ROW Rybnik
Ekstraklasa : 163 mecze/13 goli w Ruchu, 53 mecze/4 bramki w ROW-ie
Sukcesy : mistrzostwo Polski z Ruchem (1979), finał Pucharu Polski z ROW-em II Rybnik (1975)

Reprezentacja: 1 mecz

Tadeusz Jakubczyk utrzymuje znakomitą, sportową sylwetkę! Fot. Michał Zichlarz

Przed meczem ze Szwecją we Wrocławiu. Od lewej: Marek Kusto, Włodzimierz Mazur, Mirosław Okoński, Wojciech Rudy, Tadeusz Jakubczyk. Fot. TVP

Nieraz gościł w jedenastce kolejki „Sportu”! 

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się