Mgliste perspektywy

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Legia i Jaga dojechały na oparach do fazy pucharowej, patrzeć na to było ciężko, ale obyśmy zawsze mieli takie zmartwienia - dwie ekipy pozostaną w Europie do przyszłego roku. Epidemia kartek i kontuzji przytrafiła się drużynie Feio w najlepszym możliwym momencie - awans do 1/8 był załatwiony czterema wcześniejszymi zwycięstwami rzędu. Znowu polska drużyna miała matematyczne szanse, ale po raz pierwszy w historii były to szanse na… odpadnięcie. Ani na chwilę nie wylądowała pod kreską, mogła sobie spokojnie zebrać manto na sztucznej trawie w Sztokholmie, w dodatku nikt tego wyraźnie nie widział, bo ultrasi w drodze po nagrodę Darwina odpalili świece dymne pod zamkniętym dachem. Szanse na dobry wynik w Sztokholmie od początku rysowały się niewyraźnie, trudno się zatem dziwić, że warszawskie rezerwy biegały niczym dzieci we mgle, przyglądając się jak od czasu do czasu któryś z rywali zdejmuje pajęczynę (najwyraźniej gracze Djurgardens na co dzień ćwiczą strzały z zamkniętymi oczyma). To gospodarze musieli zaciekle walczyć o swoje, choć rychło okazało się, że Legii niespecjalnie chce się im stawiać w składzie okrojonym do pięciu graczu podstawowych i sześciu zmienników bez jakości. Jeśli gdzieś jest pies pogrzebany, to pod wąską ławką Wojskowych: dysproporcja między pierwszym składem a rezerwowymi jest rażąca, przestrzelone transfery w rodzaju Alfareli, Goncalvesa, czy Barcii wystawiają fatalne świadectwo stołecznym skautom. Legia może się na farcie dostać do ćwierćfinału (polski mecz przeciw Jagiellonii w 1/8 jest bardzo prawdopodobny!), ale marzenia o jakimś historycznym sukcesie należy odłożyć między bajki, jeśli się kupuje gości z wyprzedaży. Zdolna młodzież też nie okazała się aż tak zdolna, bo juniorską Ligę Mistrzów pożegnała z zeszłą środę wyjazdowym 0:7 z Midtjylland, za chwilę Feio nie będzie miał skąd dobierać ludzi dom składu. Mam nieodparte wrażenie, że w Polsce im klub bogatszy, tym chętniej oszczędza na wzmocnieniach. W Białymstoku gospodarze zagrali tak, jakby chcieli koniecznie jeszcze nabić punkty rankingowe w lutym, cel został osiągnięty, udało się nie awansować z pominięciem jednej rundy, a potem losowanie sprzyjało, więc Jaga na rozgrzewkę po zimowej przerwie pokopie sobie z Baką Topola. Adrian Siemieniec z uporem maniaka stawia na Diaby-Fadigę tym chętniej, im ten gra gorzej; może chłop czaruje na treningach tak, jak przy pierwszej bramce w Ekstraklasie, kiedy okiwał w leniwym tempie siedmiuset obrońców Puszczy Niepołomice, ale do gry z wymagającym rywalem nie nadaje się wcale. Jagiellonia wypadła przeciw Olimpiji Ljubljana bardzo blado, wyratowali ją młodzieżowcy: Abramowicz w bramce i Polak w obronie. I nagle, jak sobie spojrzałem na tę białostocką jesień pucharową, wyszło na to, że Duma Podlasia zagrała tak naprawdę jeden dobry mecz, sensacyjnie rozbijając norweskie Molde. Z Kopenhagą grała piach i wygrała superszczęśliwie, z daremnym Petrocubem wymęczyła zwycięstwo na stojąco, z NK Celje grała niedbale i w chaosie ustrzeliła remis, w Mladej Boleslav przegrała lenistwem i nieodpowiedzialnością, z przeciętniutką Ljubljaną wykopywała piłki po autach. Wcale nie jest tak wspaniale, jak mogłoby się wydawać – rywal z Wojwodiny Legii nie podskoczył, ale jeśli Jaga nadal będzie chciała przepchać awans najniższym kosztem, może się obudzić z ręką w nocniku. Baćka Topola potrafiła oberwać od Legii, ale umiała też zdemolować Lugano – zatem, jak mawiała na planie Magda Piekorz, „Proszę państwa, pełna mobilizacja!”. Zima przyszła, ale szczęśliwie człowiek za piłką tęsknić nie musi – niegdyś tylko Anglicy barbarzyńsko grali w święta, ale teraz i inne federacje pojęły, że futbolowy biznes powinien się kręcić także w okresie okołoświątecznym. Mam swój niezawodny system, autorski chałupniczy algorytm, dzięki któremu z wieloligowej oferty kanałów sportowych wyłapuję prawdziwe hity. Układam go sobie wedle rankingu UEFA i aktualnych pozycji klubów w tabelach ligowych. W tym sezonie to szczególnie przydatne w Premier League, gdzie z dala brzmiące przebojowe derby Manchesteru były pojedynkiem drużyn ze środka i dołu tabeli, za to mecze z udziałem Nottingham Forest, czy Bournemouth okazuję się rzeczywistymi szlagierami. Najdroższa liga świata stała się w tym sezonie najbardziej nieprzewidywalna, tabela się spłaszczyła jak nigdy, będzie co oglądać na przełomie roku, żeby odwrócić uwagę od katastrofy polskich skoków narciarskich. Czasy, w których rajcowaliśmy się Turniejem Czterech Skoczni jako polską specjalnością, definitywnie się skończyły. Jako nieuleczalny miłośnik tej dyscypliny, cierpię i szukam pociechy po omacku. Żeby się klikało, niektóre redakcje wrzucają relacje chwalebnej przeszłości zamiast aktualnych sprawozdań z zawodów pucharowych – wiadomo, że oko łatwiej zahaczy o nagłówek „Stoch przeskoczył skocznię”, „Fenomenalna forma Kubackiego” niż „Wąsek i Zniszczoł skończyli w drugiej dziesiątce”. Cóż z tego, że to relacje sprzed lat. Ten schron przeciwczasowy to dobitny i żałobny obraz końca naszej potęgi na skoczniach.