Media zawsze będą chciały za mnie kogoś powołać
Rozmowa z Janem Urbanem, selekcjonerem reprezentacji Polski
Jan Urban wręcza Bartoszowi Nowakowi nagrodę za tytuł Piłkarza Roku tygodnika „Piłka Nożna”. Czy spotkają się ponownie pod koniec marca na zgrupowaniu reprezentacji? Fot. Radosław Makuch/PressFocus
Kiedy rozmawialiśmy w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, bez emocji mówił pan o perspektywie baraży: „Jeszcze trzy miesiące, wiele się może zdarzyć”. Dziś do meczu z Albanią mamy nie trzy miesiące, a trzy tygodnie. No to jak tam z emocjami?
– Szczerze? Zbyt wiele się nie zmieniło. Różne rzeczy się dzieją – ot, uraz Roberta Lewandowskiego w weekend, a te trzy tygodnie to jeszcze całkiem sporo. W zależności od tego, kto gdzie ktoś gra, mogą to być jeszcze trzy spotkania klubowe, a czasem i sześć. Więc na razie wciąż jeszcze po prostu obserwujemy. Rywali – bo niczego nie można zaniedbać, ale przede wszystkim naszych kadrowiczów. Bo najważniejsze, abyśmy to my byli w jak najlepszej dyspozycji.
Wspomniany przez pana uraz „Lewego” to świeża sprawa. Jesteście w kontakcie?
– Będę z nim rozmawiać.
Wierzy pan w komunikat, że zagrać ma już w weekend?
– Mam nadzieję, że tak będzie. Doktor Jacek Jaroszewski jest w kontakcie ze sztabem medycznym Barcelony. Z tych rozmów wynika, że przerwa nie będzie długa.
Ewentualna nieobecność kapitana byłaby potężnym problemem. Bo jak się patrzy na „dokonania” i formę czy to Adama Buksy, czy Karola Świderskiego, to... skóra cierpnie.
– No jest problem, to prawda. Ale miewaliśmy już podobne momenty: kadrowicze raz grali więcej, innym razem mniej.
To może trzeba – jak to podsuwają różne mądre głowy – sprawdzić Mateusza Żukowskiego?
– Nie ma się z czego śmiać! W II lidze niemieckiej nie strzela się łatwo bramek. A chłopak rzeczywiście się wyróżnia. I był przez nas obserwowany. Naprawdę mamy wszystko pod kontrolą! Wachlarz zawodników, którym się przyglądamy, jest bardzo szeroki. Czy to Żukowski, czy Kacper Potulski, który występuje w Bundeslidze, czy inna nasza młodzież – na każdego trzeba rzucić okiem. Bo wśród starszych zbyt wiele się nie zmienia; no chyba że mówimy o sytuacji Kuby Modera, który po kontuzji wrócił do gry.
Tego Modera zapisałem sobie w kontekście... napastników, bo w Feyenoordzie pojawił się przez moment na szpicy. Holendrzy odkryli w nim nowy talent?
– Kuba rzeczywiście zagrał w ataku; zresztą grywa tam na różnych pozycjach. Ale oczywiście – moim zdaniem – najlepsze miejsce dla niego to środek pola, wybór między „szóstką” a „ósemką”.
Nowa rola Jakuba Modera (przy piłce)? W ligowym meczu Feyenoordu z Utrechtem zagrał jako środkowy napastnik! Fot. Pro Shots/SIPA USA / Press Focus
Właśnie na „szóstce” miewaliśmy wakat w trakcie leczenia przez niego kontuzji: Bartek Slisz był jedynym godnym kandydatem. Jego powrót do Europy pana ucieszył? Gra w Broendby to dobry krok tego piłkarza?
– Wydaje mi się, że tak. On chciał wrócić, a ważne jest, żeby zawodnik czuł się dobrze w danym miejscu. Bo jeśli tego dobrego samopoczucia nie masz, to trudno, żebyś wskoczył na swój najwyższy poziom. Żeby grać na najwyższym poziomie, wiele rzeczy musi się poukładać: nic nie powinno ci zatruwać głowy, musisz być zadowolony z życia, by skoncentrować się wyłącznie na swojej pracy i wykonywać ją jak najlepiej.
Pewnie dużo nazwisk będzie jeszcze padać w przestrzeni medialnej, zanim roześle pan powołania. Sam pan wspomniał o Potulskim, jest kilku innych kandydatów nieoczywistych?
– Mamy takich na oku, bo wielu z tych chłopaków daje nam cotygodniowymi występami znać: „Pamiętajcie, że ja tu jestem”. Natomiast jest i Jurek Brzęczek, który przygląda im się tak samo uważnie jak my. Obyśmy mieli jak najwięcej takiego pozytywnego bólu głowy: kogo wybrać czy w jakiej reprezentacji powinien zagrać.
Potulski pewnie mógłby przysłużyć się młodzieżówce, o ile zdrów będzie Kuba Kiwior. Na szczęście w minionej kolejce już zagrał.
– Ale przed zgrupowaniem kadry ma jeszcze dwa-trzy mecze do rozegrania w Porto. Jeśli w nich wystąpi, to – mimo faktu, że przez dłuższy czas nie grał – powinien wyglądać odpowiednio.
Za to Jan Ziółkowski już – jak się zdawało – złapał tego swojego „króliczka”, gdy wskoczył do podstawowego składu Romy. A tymczasem w styczniu znowu siadł na ławę...
– Ale ja byłem przekonany, że tak właśnie będą wyglądać jego pierwsze miesiące w Rzymie; że będzie wprowadzany raz częściej, raz rzadziej – w zależności od tego, jak się będzie w danym okresie pokazywać w tych występach. Decyzja „stawiamy na niego” albo „to jeszcze nie jest ten moment, niech idzie na wypożyczenie” wciąż jeszcze przed władzami Romy. To normalne w takich klubach.
Niezależnie od sytuacji Ziółkowskiego, obrona – z Kiwiorem, Bednarkiem i Wiśniewskim – i tak stanowiła chyba najsolidniejszą formację. Czy teraz, wobec powrotu „Wiśni” do Polski i formie przezeń prezentowanej, trzeba szukać kandydatów?
– Prawdę mówiąc tu też wielkiego wyboru nie ma, zwłaszcza gdyby wypadł jeden czy dwóch zawodników. Niby kandydatur jest wiele, ale czy każda z nich to „international level”? Tego nie jestem pewien, więc... trzymajmy kciuki za zdrowie tych, którzy do tej pory grywali najwięcej w reprezentacyjnej obronie.
Jeszcze słówko o drugiej linii. Rozumiem, że wątek „życiowy”, który poruszył pan w przypadku zmiany barw przez Slisza, odnieść można także do Sebastiana Szymańskiego, kiedy wypaliła się „chemia” między nim a Fenerbahce?
– Gdy zawodnik przechodzi do nowego środowiska, zaczyna z wielką nadzieją trenować, grać, poznawać nową ligę. To wszystko powoduje, że – zazwyczaj – jest w dobrej dyspozycji mentalnej. A my musimy takie rzeczy wykorzystać w reprezentacji. Podczas naszego pierwszego wspólnego zgrupowania też mieliśmy na nim zawodników, którzy właśnie zmienili albo dopiero byli na etapie zmieniania klubu. W tych nowych zaczęli grać, co się okazało bardzo znaczące dla nas, dla kadry.
Szymański gra w Rennes regularnie, za to od miesiąca nie ma kontuzjowanego Przemka Frankowskiego...
– O ile wiem, niedługo ma wracać do gry. Mam nadzieję, że wskoczy do pierwszego składu, bo dotąd – gdy był zdrowy – zawsze było tam miejsce dla niego. Tylko, niestety, dość często pojawiają się u niego urazy. Trudno mi powiedzieć, z czego to wynika. Na pewno to nie PESEL, bo to nie jest zawodnik wiekowy.
Może właśnie przez te kontuzje brakuje mu od dłuższego czasu jakiegoś spektakularnego występu w kadrze. Zgodzi się pan z tym?
– Zgodzę. Rozmawiałem z nim, powiedziałem mu wprost: „Frankowski jest potrzebny reprezentacji w swej najlepszej dyspozycji. Natomiast... musi w niej być”.
Nie ma dnia, żeby ktoś gdzieś nie sugerował panu medialnie: „Pietuszewski”. Więc zapytam: Oskar dostanie od pana tego reprezentacyjnego „Oscara”, czyli powołanie?
– Media zawsze będą o kogoś pytać, zawsze będą chciały za mnie kogoś powołać. To jest normalne. Wracając do meritum: niejedną rozmowę odbyliśmy w sztabie na jego temat. Wiemy o wszystkim, co go dotyczy; wiemy, jak wygląda w klubie. I pamiętamy, że w meczu z Albanią nie będzie mógł zagrać Nicola Zalewski. Zobaczymy, jaki będziemy ostatecznie mieć wybór, i wtedy spokojnie zadecydujemy, co z Pietuszewskim.
A propos Zalewskiego: fajnie się w Atalancie prezentuje na tej „dziesiątce”, prawda?
– Tak naprawdę to przecież my mu w reprezentacji tę pozycję wymyśliliśmy, a trener klubowy – mam wrażenie – po prostu z naszego pomysłu skorzystał. I dobrze. Dla nas fajnie, bo grywaliśmy już na dwie „dziesiątki”. W ten sposób mamy więcej możliwości.
Możliwości, mam wrażenie, nie dostarczają panu za to legioniści, skoro ich klub jest w strefie spadkowej...
– W reprezentacji akurat Bartek Kapustka i Paweł Wszołek, bo o nich głównie mowa, nie zawodzili, gdy dostawali swoje minuty. A reprezentacyjną przeszłość mają jeszcze przecież Szymański, Piątkowski, Urbański, Reca... Natomiast kiedy drużynie nie idzie – a Legii ewidentnie nie idzie, czego dowodem jest sytuacja w tabeli – to nie jest łatwo grać na najwyższym poziomie.
Uprzedził mnie pan, bo właśnie o stronę mentalną chciałem zapytać. Można być kandydatem do kadry, kiedy od wielu tygodni ma się – ze względu na wyniki klubowe – nos zwieszony na kwintę?
- Tak, to ważna kwestia. Kiedy zawodnicy są zdołowani bardzo mocno, dość trudno jest o to, żeby się w parę dni przestawili i w dobrej dyspozycji mentalnej przyjechali na kadrę. To są rzeczy, nad którymi trzeba się pochylić.
Zapytałem o tę mentalność, bo w takim „cugu” mentalnym i sportowym jest Bartosz Nowak, którego w sobotni wieczór miał pan okazję zobaczyć w Katowicach. Pytanie, czy 32 lata to wciąż dobry moment na debiut w kadrze?
– Każdy moment jest dobry, jeśli dobra – w sensie: reprezentacyjna – jest dyspozycja sportowa. Ale ważna też – po pierwsze – jest kwestia tego, jakie masz możliwości wyboru i ewentualną alternatywę dla takiego powołania. Po drugie – Bartek ma swoje atuty, ale ma też swoje minusy, i nietrudno się domyślić jakie. W piłkę gra świetnie: potrafi strzelić bramkę, potrafi zagrać doskonałe podanie. Ja lubię takich zawodników, bo ich się po prostu przyjemnie ogląda. Ale zawsze pozostaje kwestia tego, czy to jest poziom reprezentacyjny. Pojawia się dylemat, czy jednak – mimo wszystko – nie postawić na kogoś innego, z klubu zagranicznego. Bo nawet jeśli grywa rzadziej, to gra na innym poziomie, stawiającym inne wymagania.
W szeregach Górnika pojawił się Paweł Bochniewicz.
– Tak, były reprezentant Polski. Wiedziałem, że trenuje normalnie w Zabrzu, i że jest szansa na jego występ, więc rzeczywiście chciałem go przy okazji zobaczyć. Można powiedzieć, że zagrał poprawnie, bez jakichś wielkich „łał”.
A może wpisał pan kogoś nieoczywistego do swojego selekcjonerskiego notesu?
– Nie musimy robić takich zapisków, bo wiemy, kogo i gdzie warto oglądać. Nie mówimy przecież wyłącznie o 11 zawodnikach, którzy będą grali, czy 16, którzy mogą zagrać, ale też o tych, którzy są numerami 22, 23, 24, 25. Przed nami są dwa spotkania, być może powołamy na nie więcej zawodników niż zwykle.
Zapytam jeszcze o pańską opinię na temat Górnika. Minął niespełna rok od momentu, gdy podziękowano panu w Zabrzu, a to już zupełnie inna drużyna...
– Inna, ale po pierwszej rundzie miała 30 punktów – tyle samo, co wtedy, kiedy byłem trenerem. Tyle że teraz kandydaci do mistrzostwa tracili jesienią dużo punktów, co wykorzystały takie drużyny jak Wisła Płock i Górnik właśnie. Stąd drugie miejsce Zabrzan po jesieni; nam identyczny dorobek dawał szóste miejsce. Co nie zmienia faktu, że Górnik zrobił swoje. Ma naprawdę fajną drużynę do tego, żeby powalczyć o europejskie puchary.
Zastanawiam się natomiast, czy kibice – miast Bastiena Donio, Mathiasa Sauera i jeszcze paru innych – nie woleliby widzieć w kadrze i na boisku Dominika Szalę, Dominika Sarapatę, Aleksandra Tobolika, Kamila Lukoszka...
– Nie chciałem poruszać tego tematu, ale skoro pan zapytał... Ilu Polaków zagrało w Katowicach w wyjściowym składzie Górnika?
Janicki, Bochniewicz i Łubik w bramce.
– No widzi pan: to jest obranie innego kierunku, innej filozofii budowy zespołu.
Tylko jak tu promować własną akademię, o której tyle się mówi?
– Wy, jako media, często pytacie, w jakim kierunku idzie polityka tego czy tamtego klubu. Jeśli będą w Zabrzu europejskie puchary, to ktoś powie: „Opłaciło się”. Ale czy się to opłaca na dłuższą metę? Przez te moje lata zawsze była jakaś możliwość sprzedaży zawodników: i młodych Polaków, i młodych obcokrajowców, których „oszlifowaliśmy” w Zabrzu, jak Ennali czy Yokota. Cóż, każdy ma swoje przemyślenia, swój pomysł na to, jak zrobić jak najlepszy wynik. Nie dziwię się trenerowi, który chce ten wynik zrobić, bo po to był zatrudniany. I nie musi myśleć o tym, żeby Górnikowi wykreować młodych chłopaków. Choć gdyby mu to jasno powiedziano, musiałby to robić.
Lech też chce robić wynik, ale ma na boisku Gurgula, Mońkę, o Kozubalu już nie wspominając.
– Czyli się da...
Da. Swoją drogą zerka pan czasem na tych chłopaków?
– Zerkam, gdy grają. Ale pamiętam też, że jest jeszcze Jurek Brzęczek i jego kadra. Czasem lepiej, gdy ten pierwszy krok jednak wykonuje się w młodzieżówce.
To jeszcze jedno nieoczywiste pytanie. Kiedy obudził się pan w sobotni poranek i usłyszał, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, zadrżał pan o los mundialu?
– Na razie nie, ale uważnie patrzę na rozwój sytuacji. Z odrobiną niepokoju, bo to może się skończyć różnie, przejść w większą skalę.
Jak się dzisiaj spojrzy na „pokojową nagrodę FIFA”, którą niedawno prezydent Trump otrzymał z rąk Gianniego Infantino, to... nieco dziwnie to wygląda.
- Trudno czasami ten świat zrozumieć, prawda?
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
