Medalowy hat trick
Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek wicemistrzami olimpijskimi w konkursie super teamów.
Srebrni chłopcy – Paweł Wąsek i Kacper Tomasiak - przeżywali wczoraj wielką huśtawkę nastrojów: radość, smutek, euforia... Fot. PAP/Grzegorz Momot
SKOKI NARCIARSKIE
To był niesamowity i dramatyczny konkurs, w którym przeżywaliśmy rollercoaster nastrojów. Była nadzieja, zwątpienie, rozpacz i na końcu wielka radość. Jakby tego było mało, swoje dołożyła też pogoda, która przed decydującymi skokami postanowiła pokazać, kto tu rządzi. I nie da się ukryć, że być może zdecydowała o tym, kto zdobył medale. Dla nas w sposób szczęśliwy, ale dla innych skończyła się ogromnym rozczarowaniem.
Polski duet – Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek – walczył wspaniale i po przedwczesnym zakończeniu rywalizacji ostatecznie zdobył srebrny medal. Dla Tomasiaka to trzeci medal w Predazzo. Ten młody zawodnik już przeszedł do historii, bowiem jest pierwszym polskim skoczkiem, który na jednej olimpiadzie trzykrotnie stawał na podium.
Historyczny konkurs
Zmagania duetów zastąpiły w programie olimpijskim klasyczne zawody drużynowe, które w świetle obecnych kwot startowych Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nie mogłyby dojść do skutku. Konkurs drużynowy na dużej skoczni dołączył do programu zimowych igrzysk w Calgary w 1988 roku i pozostawał w programie aż do ostatniej edycji w Pekinie (2022). W tym czasie dziesięć razy walczono o tytuł drużynowych mistrzów olimpijskich. Najczęściej, bo aż trzykrotnie, triumfowali Niemcy (Lillehammer 1994, Salt Lake City 2002, Soczi 2014) i Austriacy (Turyn 2006, Vancouver 2010, Pekin 2022). Ponadto dwa zwycięstwa mają na swoim koncie Finowie, zaś raz najlepsi okazali się Japończycy oraz Norwegowie.
Reprezentacja Polski zadebiutowała w olimpijskim konkursie drużynowym w Nagano (1998), zajmując ósme miejsce. Następnie Biało-czerwoni zajmowali chronologicznie szóstą (Salt Lake City 2002), piątą (Turyn 2006), szóstą (Vancouver 2010) oraz czwartą lokatę (Soczi 2014). Ostatecznie nasza reprezentacja sięgnęła po medal w 2018 roku w Pjongczangu, zajmując trzecią pozycję, za Norwegami i Niemcami. Przed czterema laty w Pekinie Polacy uplasowali się na szóstym miejscu.
Konkursy duetów w skokach narciarskich są organizowane od 2023 roku. Rywalizacja składa się z trzech serii. W drugiej uczestniczy 12 najlepszych ekip, a w trzeciej – osiem. Pierwszy z nich odbył się w trakcie zawodów Pucharu Świata w amerykańskim Lake Placid. Historyczne zwycięstwo odnieśli wtedy reprezentanci Polski: Dawid Kubacki i Piotr Żyła. Z kolei we wrześniu ubiegłego roku w ramach Letniej Grand Prix odbyła się w Predazzo przedolimpijska próba, którą też wygrali Polacy - Dawid Kubacki i Kamil Stoch.
Trener miał nosa
Niektórzy przypuszczali, że ponieważ jest to ostatni olimpijski start Stocha, to właśnie on wystąpi we wczorajszym konkursie duetów. Jednakże indywidualna rywalizacja na dużej skoczni zweryfikowała marzenia naszego trzykrotnego mistrza olimpijskiego i jego fanów. W sobotę Tomasiak zajął na niej trzecie miejsce, Wąsek wywalczył 14. lokatę, a Stoch był dopiero 21. I gdyby o medalach decydowały wyniki osiągnięte w sobotnim konkursie indywidualnym, Polska uplasowałaby się na czwartym miejscu, z małą stratą do podium. Wygraliby Japończycy Ren Nikaido i Ryoyu Kobayashi. Drugie miejsce zajęliby Austriacy - Jan Hoerl i Stephan Embacher. Brąz przypadłby Norwegom - Kristofferowi Eriksenowi Sundalowi i Johannowi Andre Forfangowi.
Decyzja trenera Macieja Maciusiaka nie mogła być więc inna - postawił na Tomasiaka i Wąska. I była jak najbardziej słuszna. Zresztą rozumiał ją sam Stoch, który jeszcze przed podjęciem decyzji o składzie na poniedziałkowy konkurs nie miał wątpliwości, że muszą w nim wystąpić jego młodsi koledzy.
Powoli się rozkręcali...
Przed konkursem odbyła się seria próbna, która dla naszych skoczków nie zapowiadała późniejszego sukcesu. Wygrał ją Szwajcar Gregor Deschwanden, który poszybował na odległość 130,5 metra i wyprzedził Norwegów - Kristoffera Eriksena Sundala (129 m) i Johanna Andre Forfanga (133 m). Tomasiak po skoku na odległość 125,5 metra zajął jedenastą pozycję, a dwunasty był Wąsek (130 m). Do tego z oddania skoków zrezygnowali Japończycy Nikaido, Kobayashi i Prevc.
Pierwsza seria konkursowa należała do Austriaków. Jan Hoerl (137,5 m) i Stephan Embacher (132 m), mając 291,3 pkt prowadzili z przewagą 10,3 punktu nad Słoweńcami - Anże Laniskiem (131,5 m) i Domenem Prevcem (134 m). Polacy zajmowali trzecie miejsce. Świetnie spisał się Wąsek skacząc 133,5 m, za co dostał 137,4 pkt. Nie zawiódł Tomasiak, który za skok 135,5 m uzyskał 137,1 pkt. W sumie uzbierali 274,5 pkt, ale mieli zaledwie 1,2 punktu przewagi nad czwartymi Niemcami oraz 2,2 pkt. nad piątymi Japończykami.
Na pierwszej serii zawody zakończyli Estończycy, Ukraińcy, Turcy, Chińczycy i Rumuni.
Dramat Słoweńców
W drugiej serii doszło do nieoczekiwanego zwrotu sytuacji. Skaczący jako pierwszy ze Słoweńców Lanisek skoczył zaledwie 124,5 m, dostał tylko 116,4 pkt. Tej straty nie odrobił Prevc. Skoczył co prawda 133,5 m, ale nota 138,2 pkt zsumowana z wynikiem Laniska oznaczała spadek na 6. miejsce. Słabo spisali się też Japończycy, a u Niemców zawiódł Andreas Wellinger. W strachu byli też Austriacy, bo Hoerl miał tylko 128 m i notę 126,4. Ale szybko poprawił im humory Stephan Embacher, który skoczył 139 m i miał bardzo wysoką notę 149,1 pkt. W sumie mieli 568,7 pkt.
A nasi skoczyli bardzo dobrze. Wąsek w trudnych warunkach miał 129,5 m, zaś Tomasiak znów 135,5 m. Po nieco słabszym występie Jana Andre Forfanga polski duet znalazł się na drugim miejscu z dorobkiem 547,3 pkt, wyprzedzając Norwegów – 538,0. Japończycy i Niemcy mieli do nas duże straty. Wystarczyły więc dwa solidne skoki naszych reprezentantów w trzeciej finałowej serii, żeby cieszyć się z medalu.
Po drugiej serii odpadły kolejne cztery reprezentacje: Finlandia, Włochy, Kazachstan i Francja.
Zanosiło się na katastrofę
Z nadziejami czekaliśmy więc na decydujące skoki. Zanim jednak skoczyli nasi, oglądaliśmy w akcji wyprzedzających ich rywali. I zaczęło się dziać bardzo ciekawie. Piękny i długi skok na 138,5 m oddał Nikaido, za co dostał niebotyczne 146,8 pkt. Lanisek skoczył solidnie, ale tylko na 128,5. Podobnie Wellinger - 130 m. Zaskoczył Forfang, uzyskując 134 m, a ponieważ Wąsek miał tylko 129, to Polska przed skokiem Hoerla była trzecia. Austriak skoczył kapitalnie na 137,5 m i nasz duet znalazł się poza podium na czwartym miejscu. Pojawiło się zwątpienie, ale przecież czekaliśmy jeszcze na skoki drugiej grupy, a w niej naszego Tomasiaka.
Słoweńcy postawili wszystko na jedną kartę i przed skokiem Prevca obniżyli belkę. Lider Pucharu Świata musiał jednak długo czekać na swój skok, bo zerwał się mocny wiatr i zaczął padać gęsty śnieg. Gdy go puszczono, skoczył tylko 124,5 m, po czym zrozpaczony złapał się za głowę, bo stracił szansę na medal. Z kolei skaczący przed Tomasiakiem Niemiec Raimund huknął 136 m i zajrzał nam w oczy strach.
Kacper czekał na rozbiegu długie minuty, otulony w koc, ale i tak na pewno marzł. Wreszcie po kilku minutach dano mu zielone światło, po czym był dramat. Wylądował na 124,5 m, co oznaczało, że Polacy byli gorsi od Japończyków i Niemców. A skoki mieli oddać jeszcze Norweg Sundal i Austriak Embacher. Żegnaliśmy się więc z medalem, ale wtedy doszło do kolejnego zwrotu sytuacji.
Po nieudanym skoku Tomasiaka jury długo zastanawiało się, co robić... Wreszcie zdecydowało o przerwaniu konkursu i uwzględnieniu wyników dwóch z trzech planowanych serii. A to oznaczało naszą wielką radość, bo mieliśmy srebrny medal.
- Liczyłem, że odwołają trzecią serię. Słyszałem wypowiedzi, że na rozbiegu byłem wolniejszy o trzy kilometry. Naprawdę nie dało się z tego coś skoczyć – powiedział potem Kacper Tomasiak na antenie Eurosportu.
- To niesamowite. To jeszcze do mnie nie dotarło. To piękna sprawa po ciężkim sezonie, który tyle razy załamał mnie na skoczni - dodał szczęśliwy Kacper Wąsek.
4 POLAKÓW w jednych igrzyskach olimpijskich wywalczyło trzy medale. W jednej edycji zimowych igrzysk trzy medale wywalczyła tylko Justyna Kowalczyk, która w 2010 roku w Vancouver triumfowała w biegu narciarskim na bieg na 30 km techniką klasyczną, była druga w sprincie techniką klasyczną oraz trzecia w biegu łączonym 2x7,5 km. Teraz dołączył do niej Kacper Tomasiak z dwoma srebrami i jednym brązem.
W letnich igrzyskach w 1964 roku w Tokio Irena Szewińska zdobyła złoto w sztafecie 4x100 m oraz srebrne medale w biegu na 200 m i skoku w dal. W 2004 roku w Atenach w jej ślady poszła pływaczka Otylia Jędrzejczak, która zwyciężyła na 200 m stylem motylkowym, a była druga na dwukrotnie krótszym dystansie i na 400 m st. dowolnym.
Maciej Maciusiak
Zapamiętamy na długo
- To, co się wydarzyło, to nie wiem, kiedy to do nas dojdzie. Widzieliśmy po prędkości, że to już było zdecydowanie wolniej od Niemca Raimunda. Kacper nie miał szans, puszczony został jako królik doświadczalny.
Na pytanie, czy postawienie na Wąska było strzałem w „dziesiątkę” odparł, ze sztab szkoleniowy starał się wybrać najlepszych. - Wiadomo, te decyzje były bardzo, bardzo trudne w ciągu całego sezonu. Tutaj również. Zastanawialiśmy się też nad Kamilem Stochem. To są te decyzje, które mogą wpłynąć na czyjeś życie. Na pewno chłopaki zapisali swoje karteczki historii i te igrzyska zapamiętamy na długo.
Andrzej Wasik
