Męczy mnie piłka...

Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek

Przez ostatnie dni miałem okazję raczyć się przepięknymi dyscyplinami sportu – żużlem i hokejem u naszych południowych sąsiadów, czego namiastkę można przeczytać w czwartkowym wydaniu „Sportu”. Dzięki temu w poniedziałek byłem jednym z tych szczęśliwców, który nie widział blamażu młodzieżówki z Włochami 2:6 oraz klęski „jedynki” 0:1 z Bośnią i Hercegowiną. Oglądałem sobie wtedy z wielką przyjemnością Memoriał Lubosa Tomicka w Pradze, a wyniki ze stadionów w Pescarze oraz Zenicy docierały do mnie jedynie w formie krótkich komunikatów. Błogosławieni też ci, którzy byli wtedy w pracy, z psem na spacerze czy u babci na imieninach.

Uniknięcie oglądania obu tych klęsk było z pewnością o wiele zdrowsze dla organizmu, choć mnie dopadło uczucie chyba jeszcze gorsze, o wiele bardziej niepokojące i przygnębiające. Frustrację i złość wyparła obojętność. Nałożenie się obu porażek w jeden dzień jest oczywiście tyleż nieprzyjemną kumulacją, co przypadkową. Porażka ekipy Brzęczka była pierwszą w eliminacjach i finalnie nie miała konsekwencji, bo i tak awansowaliśmy. Tej drużyny niedorzecznym byłoby się zresztą czepiać mimo włoskiej wtopy.

Klęska drużyny Urbana nie budzi już natomiast emocji. Klimat wokół polskiej piłki, zarówno tej na boisku, jak i (może przede wszystkim) wokół PZPN-u, stał się w ostatnim czasie tak okropny, że przestała ona ani ziębić, ani parzyć. Jak wiemy, w każdej dziedzinie życia to najgorsza, krańcowa faza. Kiedy coś wkurza, oburza, denerwuje, wyzwala emocje – wtedy jeszcze zależy. A na polskiej piłce, przynajmniej tej reprezentacyjnej pod egidą PZPN, jakby kompletnie przestało mi zależeć. Zwolnią Urbana czy nie zwolnią? Czy dalej będzie grał nienadający się do niczego, a do gry w obronie Bednarek, czy nie będzie grał? Czy Lewandowski celowo zbierał kartki, żeby wrócić szybciej do domu? Czy spadniemy do Dywizji C w Lidze Narodów, jeszcze bardziej osuwając się w światowym rankingu? Bez znaczenia. Bez sensu.

Od lat babramy się w tym samym sosie. Za mojego życia pierwszy raz pojechaliśmy na mundial, gdy miałem 16 lat i wtedy reprezentacja Jerzego Engela budziła ogromne emocje! Późniejsze drużyny Pawła Janasa, ś. p. Leo Beenhakkera też, ale już nie takie. Później w zasadzie już tylko Adam Nawałka i ćwierćfinał EURO 2016 poderwał naród, było jeszcze wyjście z grupy za Czesława Michniewicza w Katarze, zresztą wytłumione fatalnym stylem i aferą premiową. A potem było już tylko źle i bardzo źle. W XXI wieku raz na mundialu wyszliśmy z grupy, a szczytem marzeń na kontynencie był ćwierćfinał. Można zobojętnieć i zadawać sobie pytanie: jakim cudem piłka nożna nadal może być w tym kraju najpopularniejsza?!

Przyznam, że niewyobrażalne wprost zdumienie za każdym razem wywołuje u mnie wykupywanie przez kibiców drogich biletów na mecze kadry na Narodowym, skoro nie chce mi się ich oglądać, nawet zawodowo i za darmo... Z przyjściem Urbana w roli selekcjonera chyba wszyscy wiązali duże nadzieje, wydawał się najlepszym, naturalnym kandydatem. Dlatego obecne rozczarowanie jest tak dojmujące i wywołuje obojętność. Poczucie, że ktokolwiek nie znalazłby się na jego miejscu, efekt byłby dokładnie taki sam. Piłka reprezentacyjna męczy w sposób okrutny – dobrze, że właśnie kończy się jej wyjątkowo długie okienko.

Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się