Marzę, by po wojnie pokazać córce Odessę

Rozmowa z Eliną Switoliną, siódmą tenisistką światowego rankingu

Fot. Sebastian Sienkiewicz / Press Focus

Ukraina miała być gospodarzem meczu z Polską w Billie Jean King Cup, ale ten odbył się w Gliwicach. Nie jest zapewne przyjemne nie móc wystąpić „w domu”, przed własną publicznością.

– To dla nas bardzo przykre. Ale jesteśmy bardzo wdzięczni Polsce za to, że przejęła organizację spotkania. Dla nas to było najbliżej, jak tylko się da. No i było też na trybunach wielu Ukraińców, którzy przyjechali do Gliwic i nas świetnie wspierali.

Iga Świątek nie przyjechała do Gliwic, trenowała w tym czasie w akademii Rafaela Nadala na Majorce i przygotowywała się do turnieju w Stuttgarcie i sezonu na mączce. Czy rozumiesz jej decyzję, by nie zagrać w reprezentacji o awans do finałów BJKC?

– Tak, całkowicie ją rozumiem. Po pierwsze, mamy dużo turniejów, terminarz jest bardzo napięty. Po drugie, nie jest tajemnicą, że nie czuje się tak dobrze jak w poprzednich latach. Do tego dochodzi nowy trener. To ogromna zmiana, trzeba od nowa zbudować zaufanie między zawodniczką a szkoleniowcem, więc wiele zmian w środku sezonu, to duże wyzwanie. I bardzo odważna decyzja. Mam do niej ogromny szacunek. To wielka mistrzyni. Oczywiście, chce robić to, co będzie dla niej najlepsze. A wy, jako Polacy, chcecie znów widzieć ją grającą i podnoszącą trofea. Więc to też zrozumiałe.

Ale musimy zaakceptować jej decyzję?

– Tak. Nie da się grać i wygrywać wszędzie.

Lubisz Igę?

– Bardzo ją lubię. Jest wielką mistrzynią. A sposób, w jaki pokazuje ducha walki, poświęcenie i profesjonalizm, są na najwyższym poziomie.

Elina, pozwól, że wyrażę mój podziw dla ciebie i twoich rodaków za opór, jaki od ponad czterech lat stawiacie rosyjskim najeźdźcom. Jakie są obecne nastroje w Odessie? Jak radzi sobie twoja rodzina?

– Cóż, w Odessie, w moim rodzinnym mieście, jest bardzo ciężko. Praktycznie każdej nocy. Rozmawiałam kilka dni temu z mamą i z babcią. Ataki dronów i rakiet nie ustają. To bardzo smutne i bardzo trudne słyszeć za każdym razem, że jakieś rakiety niszczą moje rodzinne miasto.

Czy myślisz, że za jakiś czas, może za kilka miesięcy, możliwa będzie podróż z twoim mężem Gaelem Monfilsem i córką Skai do Odessy?

– Mam nadzieję, że po wojnie tak, bo teraz jest to bardzo trudne. Nie naraziłabym córki i męża na niebezpieczeństwo, to zbyt ryzykowne. Są dla mnie najcenniejsi. Moja babcia nie może wyjechać z Odessy ze względu na stan zdrowia, więc moi rodzice jeżdżą do niej, żeby się nią opiekować. Ale wiesz, moim największym marzeniem jest, żeby moja córka i mąż mogli tam pojechać. I żebym mogła pokazać im moje rodzinne miasto, w którym dorastałam. Gael był tam przed wojną.

Czy pogodziłaś się już z tym, że musisz rywalizować z rosyjskimi i białoruskimi tenisistkami, które deklarują poparcie dla pokoju, ale w rzeczywistości zdają się tolerować wojnę?

– To dla nas bardzo trudne. Za każdym razem, gdy gramy z zawodniczką z tych krajów, jest to bardzo obciążające psychicznie. Ale jest, jak jest… Decydenci światowego tenisa zdecydowali, że nie zrobią z tym zbyt wiele... Więc musimy to zaakceptować, bo chcemy reprezentować nasz kraj w godny sposób. A jedyny sposób, to próbować z nimi wygrać.

Nie masz wyboru, prawda?

– Tak, nie mam. Inaczej musiałabym przestać grać w tenisa, a to byłoby jeszcze gorsze dla mnie i dla mojego kraju, bo nie reprezentowałabym go na arenie międzynarodowej. Nie widziałabym swojej flagi wznoszonej, gdy wygrywam turnieje lub mecze. Jedyne, co mogę zrobić, to zaakceptować to i dać z siebie wszystko, żeby wygrać jak najwięcej.

Czy wyobrażasz sobie sytuację, że w najbliższej przyszłości podasz rękę przed i po meczu liderce rankingu Arynie Sabalence lub innej tenisistce z Rosji lub Białorusi?

– Nie.

W październiku 2022 urodziłaś Skai. W tym roku jesteś w świetnej formie, wróciłaś niedawno do pierwszej dziesiątki rankingu. Co było najtrudniejsze, żeby to osiągnąć po takiej przerwie, spowodowanej macierzyństwem?

– Myślę, że najtrudniejsze było odzyskanie formy startowej. Bo można dobrze trenować, można dobrze grać sparingi, ale kiedy grasz w zawodach, to jest zupełnie co innego. Obciążenie dla ciała jest nieporównywalne. Czujesz więcej nerwów, masz więcej odczuć w ciele, także po meczu. Więc cała fizyczność było dla mnie największym wyzwaniem.

Czy byłaś aktywna w czasie ciąży? Czy bardziej chodziło o przygotowanie mentalne do powrotu do rywalizacji?

– Nie robiłam nic przez osiem miesięcy. Odpoczywałam. Dla mnie ważne było, żeby dać sobie jak najwięcej czasu, zresetować się fizycznie. Uprawiam tenis od czwartego roku życia, tak naprawdę nigdy wcześniej nie miałam przerwy od grania. Więc ważne było, żeby całkowicie skupić się na ciąży, na tym, jak się czułam. I dać pełny odpoczynek więzadłom, kościom i mięśniom. Oczywiście, potem było trudniej zacząć od zera. Bo kiedy nic nie robisz, jest ciężko. Ale też ciało w czasie ciąży jest bardzo obciążone, zwłaszcza ostatnie dwa miesiące. Więc cieszę się, że się na ten reset zdecydowałam. Może potem trochę więcej czasu zajął mi powrót do formy, ale już po sześciu miesiącach grałam w półfinale Wimbledonu. Teraz mimo wszystko chciałabym być trochę szybsza, ale jestem zadowolona, że odpoczęłam, w moim przypadku to zadziałało.

Czyli w czasie ciąży bardziej pracowałaś mentalnie?

– Nie, zupełnie odpoczywałam. W czasie ciąży nawet nie myślałam o powrocie, szczerze mówiąc. Skupiałam się tylko na rodzinie, dbałam o zdrowie psychiczne – bo kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, właśnie zaczęła się wojna. To było dla mnie trudne, bardzo wymagające. Cała moja rodzina była w Ukrainie, miałam tam wszystkich przyjaciół, także takich, którzy szli na front. Wszędzie panował chaos. Nie mogłam już tego znieść. Miałam w sobie dużo lęku, przeżyłam dużo załamań nerwowych. Ważne więcbyło, żeby zadbać o moje dziecko i moją rodzinę. To był wtedy priorytet.

Co było bardziej wymagające w powrocie: psychika czy forma fizyczna?

– Myślę, że jedno i drugie. Nie da się wybrać, bo to wszystko jest połączone. Musisz być zawsze gotowy mentalnie do meczów. A fizycznie ciało potrzebuje czasu, zwłaszcza gdy odbudowuje się od zera. Po ciąży dochodzą dodatkowe zmiany. To wszystko działa razem. Czasem mentalnie tracisz wiarę w siebie, a czasem fizycznie nie jesteś wystarczająco dobry. Trzeba znaleźć balans. I myślę, że z czasem, gdy dasz sobie trochę czasu, zaczynasz być coraz lepszy. Cieszę się, że byłam wystarczająco silna, żeby wytrwać. I że miałam – mam! – dobry zespół wokół siebie, który mnie pcha do przodu. Mam też Gaela, który zawsze może dać mi profesjonalną i opartą na doświadczeniu opinię o mojej grze. Zawsze mi powtarzał: „Grasz naprawdę dobrze, jesteś blisko, trenujesz świetnie, więc po prostu daj sobie trochę więcej czasu, a wyniki w turniejach w końcu przyjdą”. Bo trenowałam bardzo dobrze. Tenis polega na konsekwencji – fizycznej, mentalnej i tenisowej. Dlatego czasem, jeśli jeden element siada, musisz to zrekompensować innym albo spróbować wrócić do równowagi.

Jak dziś definiujesz sukces w porównaniu z tym, jak postrzegałaś go na początku swojej kariery?

– Dzisiaj sukces to zdecydowanie moja rodzina i ludzie Ukrainy – to są dwie najważniejsze rzeczy w moim życiu. Oni mnie bardzo motywują, dają mi ogromne wsparcie. Oczywiście chcę wygrać jak najwięcej meczów, zajść jak najwyżej w rankingu i reprezentować mój kraj. I chcę to robić w godny sposób.

Rozmawiał Tomasz Mucha


Elina SWITOLINA - ur. 12 września 1994 w Odessie; brązowa medalistka igrzysk olimpijskich z Tokio (2021) w grze pojedynczej. Wygrała 19 zawodowych turniejów cyklu WTA, we wrześniu 2017 była numerem 3 w światowym rankingu WTA, aktualnie jest na 7. miejscu. Na korcie zarobiła ponad 28 milionów dolarów. W lipcu 2021 wyszła za mąż za francuskiego tenisistę Gaela Monfilsa. 15 października 2022 urodziła córkę Skai. W 2019 roku założyła fundację, która wspiera młode talenty w Ukrainie, angażuje się także w pomoc weteranom wojennym.