Marokańskie świętowanie
KOMENTARZ „SPORTU” - Michał Zichlarz z Maroka
Po piątkowym meczu na Prince Moulay Abdellah Stadium, gdzie w obecności 64 tysięcy widzów Lwy Atlasu pokonały u siebie Kamerun, wracaliśmy do centrum Rabatu z grupą dziennikarzy; dojazd zajmował wiele czasu. Nic dziwnego, na ulicach trwało świętowanie miejscowych kibiców awansu do już półfinału największego sportowego święta na Czarnym Kontynencie, jakim jest Coupe d’Afrique de Nations. Kolejny raz przekonuję się, że to impreza, która wywołuje tutaj olbrzymie emocje!
Kiedy w lutym 2004 roku w Tunisie odwiedziłem grającego w latach 90. w Lechu Poznań Sekou Omar Drame, reprezentant Gwinei drżał wtedy o bezpieczeństwo swojej rodziny w Konakry (w Polsce jego syn Jędrzej Drame gra w piłkę). Syli Nationale, które niestety na turniej w Maroku w ogóle się nie dostały, awansowały wtedy – po latach – do ćwierćfinału. Po tamtym awansie prezydent zarządził zresztą dzień wolny od pracy, a przez szaleńcze świętowanie kilka osób w radosnym szale zginęło. Cała Afryka....
Teraz świętują gospodarze. Po 22 latach Lwy Atlasu ponownie są w czołowej czwórce. Tak się składa, że wtedy, w 2004 roku miałem możliwość oglądania ich w akcji, a po ich półfinałowej wygranej z Mali na stadionie w Sousse była nawet okazja do porozmawiania z Badou Zakim, w przeszłości wspaniałym bramkarzem, wtedy selekcjonerem reprezentacji, który w 1986 roku na mundialu w Meksyku, zatrzymał naszych napastników, Zbigniewa Bońka i Włodzimierza Smolarka.
Jednak wracając do tego co jest teraz… Wtedy Lwy Atlasu przegrały w finale z gospodarzami Tunezją. Teraz ma być lepiej, ma być wymarzone drugie zwycięstwo, bo o pierwszym mało kto pamięta: w 1976 roku Puchar Narodów Afryki wyglądał zupełnie inaczej niż teraz; dziś to komercyjna impreza za sprawą FIFA i CAF.
W piątek w Rabacie i innych miastach tego pięknego kraju Afryki Północnej świętowały tysiące ludzi. Klaksony, szalona jazda po mieście samochodami i motocyklami. Ludzie celebrowali sukces i kolejne zwycięstwo, w patriotycznym uniesieniu, wymachując czerwonymi marokańskimi flagami z zieloną, pięcioramienną gwiazdą pośrodku. Działo się!
Były też gorsze momenty. Wcześnie rano w sobotę jechaliśmy pociągiem ze stolicy Maroka do Marrakeszu na starcie Algierii z Nigerią. Jeden z francuskich dziennikarzy o algierskich korzeniach opowiadał podczas podróży, jakie sceny widział w Rabacie, gdzie co niektórzy fani zrywali algierskie flagi i pluli na nie. - Może lepiej żebyśmy przegrali z Nigerią niż mieli grać z gospodarzami w środę... – zastanawiał się.
Coś w tym jest... Chociaż kibice Algierii, głównie przybyli do Maroka znad Sekwany i Loary - z powodów politycznych granica pomiędzy sąsiednimi krajami od lat jest zamknięta - spokojnie spacerują sobie po ulicach. Podobno w meczu 1/8 finału z DR Konga miejscowi nawet ich wspierali. To jednak zupełnie coś innego niż bezpośrednie starcie. Do niego jednak nie dojdzie, bo na drodze Lisów Pustyni stanął znakomity na marokańskich mistrzostwach Victor Osimhen i spółka. I pomyśleć, że takiego zespołu zabraknie na amerykańskich mistrzostwach świata... Cóż,Super Orły same są sobie winne.
