Marco van Basten lubi to
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Wczorajszy spektakl na Bułgarskiej z pewnością zrobił na wszystkich wrażenie. Lech Poznań przegrał, ale sprawił, że wszyscy emocjonalnie związani z polskim futbolem klubowym mogli, przynajmniej przez chwilę, poczuć się dumni. Powodów było kilka - zarówno w ogóle, jak i w szczególe.
Ogół? Właściwa reakcja na złe miłego początki. Crvena zvezda golem uciszyła już na wstępie 40-tysięczny stadion niczym lis, który wchodzi do kurnika. Wydawało się, że ważny mecz dla polskiej drużyny w europejskich pucharach będzie przebiegał jak dziesiątki przed nim. Wielkie nadzieje na Ligę Mistrzów i szybciutka strata bramki brutalnie je studząca. Tymczasem Lech zmartwychwstał w zdumiewającym stylu, bo przecież polskie drużyny w takim stylu w europejskich pucharach od dawna nie zmartwychwstają. Lech po prostu się nie przejął: opanował sytuację i narzucił silnym przecież rywalom własny styl gry. Poznaniacy umieli podejść pod pole karne rywali, wręcz ich stłamsili i zaczęło się wydawać, że wyrównujący gol dla Lecha musi paść. I wiecie co? Padł, co przecież tyle razy w historii polskiej piłki się jednak nie zdarzyło... Lech szedł za ciosem i momentami wydawało mi się, że w oczach piłkarzy ubranych w koszulki „Gazpromu” - widziałem strach. Crvena zvezda to jednak szczwany lis. Jej piłkarze doskonale wiedzą, jak zachowywać się, gdy przeważają i doskonale wiedzą, jak zachowywać się, gdy zespół słania się na nogach. Przetrwali trudne momenty i zrobili, co należało. Na tyle, że sprawa awansu jest już przesądzona. Po złych miłego początkach nadszedł bezwzględnie zły koniec, już bez miłych okruchów.
Pozostał nam jedynie zachwyt, jeśli chodzi o szczegół. Bramka dla Lecha była zachwycająca niczym lico starożytnej asyryjskiej księżniczki i zasługuje na osobną opowieść. Znów okazało się, że w piłce nie trzeba kombinować, jeśli daleki przerzut z flanki kończy się natychmiastowym soczystym strzałem z woleja z przeciwległego kąta. Pamiętacie finał Euro'88? Holandia grała wtedy z kończącym żywot Związkiem Radzieckim. W drugiej połowie Arnold Muhren zdecydował się na daleki przerzut z lewej flanki, a po krótkiej chwili Marco van Basten zdumiał świat, podnosząc kopnięcie piłki do rangi sztuki. W Poznaniu zobaczyliśmy - pamiętając o zachowaniu umiaru i proporcji - podobne zagranie. W Muhrena wcielił się Joao Moutinho, a w van Bastena - Mikael Ishaak. Dośrodkowanie było idealne, a strzał - jeszcze lepszy, jeśli coś coś może być lepsze od ideału. Przyjmijmy, że TO - było! Na chwilę po tym uderzeniu zwariowali wręcz wszyscy. Właśnie to jest siła piłki nożnej: piękne, zdumiewające zagranie odbiera mowę, albo wręcz przeciwnie - sprawia, że człowiek krzyczy do utraty tchu. W każdym razie redakcja „Sportu” - ryknęła. Szwed asyryjskiego pochodzenia ma zdumiewającą statystykę - w każdym meczu dopiero co rozpoczętego sezonu trafił co najmniej raz, ma więc 8goli w siedmiu spotkaniach.
Co jednak z tego, skoro znów nie będzie Ligi Mistrzów? Owszem, nie było wstydu. Teraz jednak przed polskim futbolem klubowym największa trudność: zacząć takie spotkania wygrywać, naprawdę obojętnie jak, a nie pięknie przegrywać. O tych, którzy pięknie przegrywają pamięta się, ale krótko. Tych, którzy wygrywają, obojętnie jak, po prostu się pamięta. Tym razem mistrz Polski nie zostanie jeszcze zapamiętany. Może za rok?
