Mamma mia!

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Włosi są narodem emocjonalnym, a na punkcie calcio, czyli piłki nożnej, wręcz zwariowanym. Kawiarenki w wielkich miastach i małych miasteczkach w każdy poniedziałek pełne są facetów w średnim i sędziwym wieku dyskutujących o weekendowych meczach Serie A, B, C i dalszych liter alfabetu. Zazdroszczę Zbigniewowi Bońkowi licznej cudownej rodziny i wspaniałej kariery piłkarskiej, także tego, że „od zawsze” mieszka w Rzymie, dla mnie najpiękniejszym mieście pod słońcem. Nie wiem, czy Zibi przysiada się czasem do dyskutujących w kafejkach tifosich, na jego miejscu tak bym robił, gdyż można się wiele dowiedzieć, nie tylko o futbolu.

W Polsce chyba na to za wcześnie, można dostać po głowie jak pewien kibic krakowskiej Wisły, który w klubowej koszulce wpadł do sklepu na stadionie Legii. Albo polonijne dzieci skrojone z szalików i pobite przez odważnych inaczej rozbójników z sąsiedztwa. Może i my doczekamy kiedyś normalności... Jeżeli nie moje pokolenie, to moje wnuki przynajmniej.

Wpadłem kiedyś z żoną do pubu w Sewilli po meczu miejscowej drużyny z Manchesterem United. Na widok tłumu kibiców obu drużyn moja ślubna rwała się do ucieczki, ale uspokoiłem ją, że to nie Warszawa, Kraków czy Łódź, będzie fajnie. I było super, zwycięzcy postawili po piwie przegranym, wymieniono się szalikami i tyle.

Nie jest dziś łatwo być włoskim kibicem. Mój przyjaciel Domenico, właściciel fajnej knajpki w pobliżu, powitał mnie niedawno rozpaczliwym „Mamma mia!”, niczym w piosence ABBY. Chodziło mu o katastrofę reprezentacji squadra azzurra, bo trudno inaczej nazwać brak kwalifikacji na mundial po raz trzeci z rzędu. Toć już Polska jest lepsza, graliśmy na ostatnich światowych czempionatach gdy makaroniarze zostawali w domach. Kluby też tifosich nie rozpieszczają na europejskiej arenie. Nic tylko napić się grappy i ponarzekać w pobliskiej kafejce.

Od dawna szykowałem się na koncert kultowego zespołu SBB założonego ponad pół wieku temu w Siemianowicach Śląskich. Sędziwy Józef Skrzek, wspierany przez niewiele młodszych Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego, dał czadu jak za młodych lat, a mnie przypomniały się cudowne śląskie bluesy śpiewane przez jego nieżyjącego już brata Jana „Kyksa”. Tak jak Górnik Zabrze był kiedyś synonimem świetnego śląskiego futbolu, tak bracia Skrzekowie z Siemianowic uosabiają muzykę prostych Ślązaków, grając bluesa mówiącego o życiu w familokach.

Na stadionach podobno wolno więcej, ale w sali koncertowej są granice, których przekraczać nie należy. Niedysponowany umysłowo widz w gdańskim Starym Maneżu zakłócał koncert SBB niewybrednymi okrzykami. Skrzek obraził się, zszedł ze sceny w trakcie występu. Na szczęście wrócił udobruchany reakcją publiczności, a bluzgającego typa wyprowadzili sąsiedzi z widowni. Niedawno w podobnej sytuacji Eric Clapton też opuścił scenę w Mediolanie uderzony winylową płytą rzuconą z widowni. Już nie wrócił gdyż „chamstwu trzeba się przeciwstawić siłom i godnościom osobistom” (cenzuro, nie poprawiaj!), jak mówił niezapomniany Jan Kobuszewski, kiedyś początkujący żużlowiec, później wybitny aktor, prywatnie przyjaciel moich rodziców. Jakość dzisiejszych polskich kabaretów tak się ma do tych dawnych z Ireną Kwiatkowską, Dudkiem Dziewońskim, Janem Kobuszewskim i Wiesławem Gołasem, jak obecna reprezentacja do Orłów Górskiego.

Piosenkarka Doda skrytykowała Stinga za to, że spokojnie, siedząc w stylowym garniturze, pięknie zaśpiewał stare przeboje bez pajacowania na scenie. Prawdziwi artyści nie muszą epatować nagością lub wulgaryzmami, by porwać publiczność. W historii futbolu tylko jeden piłkarz pokazał kibicom goły tyłek za to, że na niego gwizdali. Jako piłkarz zagrał 10 spotkań w reprezentacji Polski, odnosił trenerskie sukcesy w Stali Rzeszów, ale do historii przeszedł dzięki gołym pośladkom. Nie życzę tego Dodzie, czyli Dorocie Rabczewskiej, córce wicemistrza świata w podnoszeniu ciężarów.

Wspomniany powyżej Józef Skrzek był jednym z filarów legendarnej grupy Breakout, z którą nagle się rozstał w 1970 roku. Powodem nie były rozbieżności artystyczne z Tadeuszem Nalepą, a ... ligowa piłka nożna. Skrzek, Ślązak z krwi i kości, kibicował Górnikowi Zabrze, a perkusista Józef Hajdasz Legii. Wspólnie oglądając mecz w telewizji, tak się pokłócili, że Józef odszedł z kapeli i założył SBB, z korzyścią dla polskiego rocka.

Rusza centrum VAR w Warszawie, sędziowie nie będą już musieli peregrynować po kraju, by zasiąść przed monitorem. To duży sukces federacji i Ekstraklasy, także osobiście Prezesa PZPN. Cezaremu Kuleszy przyprawiono gębę nieudacznika, podobnie jak kiedyś jego poprzednikom. Cóż, fotel prezesa PZPN od dawna jest gorący, a opisane przez Gombrowicza oczernianie dla zasady wciąż jest żywe. Polskie centrum VAR nie jest może tak okazałe, jak to w siedzibie UEFA w Nyon (tam 48 monitorów, u nas 9), ale nie od razu Kraków zbudowano. Teraz nawet Niemcy nam nie podskoczą w jakości VAR, może kiedyś także w tej piłkarskiej?

Ściany ozdobiono fotkami dawnych polskich arbitrów, przypomniano nawet mój finał Mundialu 1990, oczywiście także Alojzego Jarguza, Ryszarda Wójcika. Ale i tak bohaterem jest Szymon Marciniak, który od pół roku zmaga się z kontuzją i pokazuje wielki charakter, nie poddaje się. To twardziel w najlepszym znaczeniu, pojedzie na Mundial jako jedyny Polak, oprócz członków swojej ekipy. Kolejny finał najlepszego polskiego sędziego w historii? Czemu nie?

Lokalni politycy uzależniający wsparcie amatorskich imprez dla młodzieży od poglądów ich organizatorów to nie twardziele, a miękiszony. Zainicjowany jeszcze przez Kazimierza Górskiego Dobiegniew Cup ma kłopoty, bo wojewódzkim politykom nie podobają się polityczne zapatrywania organizatorów. To jakaś paranoja, ze szkodą dla marzących o sportowej rywalizacji dzieci. Panowie w garniturach nie mają za grosz empatii, ani wyczucia. Polityka powinna być oddzielona od sportu bardzo grubą linią, radość dzieci nie ma barw partyjnych.

Nie jest dziś łatwo być włoskim kibicem. Toć już Polska jest lepsza, graliśmy na ostatnich światowych czempionatach gdy makaroniarze zostawali w domach. Nic tylko napić się grappy i ponarzekać w pobliskiej kafejce. Fot. IPA/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się