Maja przebiła się przez czyściec

Rozmowa z Pawłem Kałużą, pierwszym trenerem finalistki Rolanda Garrosa

Wszechstronność na korcie Mai Chwalińskiej to efekt m.in. jej tenisowej edukacji, systematycznego treningu top spinu, woleja, slajsa czy smecza. Fot. IPA/SIPA USA/PressFocus

Na co stać Maję Chwalińską w Wimbledonie? Czy może powtórzyć spektakularny sukces sprzed trzech tygodni z Paryża?

- Nie wymagałbym aż tyle, patrzmy krok po kroku. Widziałem losowanie, Tajka z kwalifikacji w pierwszej rundzie. Dziewczyny nie można lekceważyć, sama historia Mai na to wskazuje. Trzeba podejść do rywalki z pokorą i szacunkiem. Już słyszę, że w trzeciej rundzie czeka Karolina Muchova, ale przecież nie wiadomo w ogóle, czy do takiego meczu dojdzie, spokojnie, lód na głowy.

Czy korty trawiaste mogą być atutem Polki?

- Stawiam je na drugim miejscu zaraz po mączce, mieliśmy podobną nawierzchnię na korcie krytym w Dąbrowie Górniczej. Na pewno atutami Mai na trawie będą jej kreatywna gra, slajsy, skróty, dojścia do siatki, ścięty serwis – można by tak jeszcze kilka wymienić. No i grała już w drugiej rundzie Wimbledonu, choć cztery lata temu.

I długo nie potrafiła przebić się do top 100, które w tenisie jest nobilitacją. Udało się przebojem w wieku 24 lat – późno?

- Nie sądzę. Oczywiście są wyjątki, jak Iga Świątek czy Marta Kostjuk, które eksplodują szybciej, ale globalnie – nie tylko w tenisie, ale w ogóle w sporcie – wejście do światowej czołówki się opóźniło. W tenisie najtrudniej jest przebić się przez czyściec. Pierwsza setka to spełnienie marzeń. Wiadomo, każda dziewczyna, tenisistka o tym marzy, każda chce być numerem jeden i wygrać Szlema, Maja też chciała szybko do setki, ale drogi na skróty nie ma.

Realia polskie pokazują, że tenis to bardzo trudny sport. Mieliśmy Agnieszkę Radwańską, teraz od kilku lat przerosła ją Iga Swiątek, nieco dalej są Magda Linette i Magdalena Fręch, wyskoczyła Maja, gdzieś dalej czają się Linda Klimovicova czy Martyna Kubka, ale dalej nie ma wielu innych atakujących choćby eliminacje Wielkiego Szlema.

- Poniżej setki to jest jednak walka o życie. Jak dziewczyna przegra, nie zarobi - a tu trzeba bilet lotniczy opłacić, pobyt, trenerów... I dlatego wielu tego nie wytrzymuje, poddaje się. Dużo się mówi o Idze, Agnieszce – a ile było takich, które nie wytrzymały? Brakowało pieniędzy, przyszły góry i doliny... A w życiu można robić inne fajne rzeczy, są też łatwiejsze sporty, niekoniecznie ta wieczna tenisowa tułaczka.

Wszyscy zachwycają się wszechstronnością na korcie Chwalińskiej. Skąd to się u niej wzięło?

- Od początku duży nacisk kładliśmy na wszechstronność. Maja jako 6-latka zaczynała od karate, potem już w szkole przez 2-3 lata godziła treningi tenisowe z siatkarskimi. To się sprawdza. Czytałem biografię byłej numer 1 na świecie i 7-krotnej mistrzyni Wielkiego Szlema Justine Henin, która zanim została świetną tenisistką, grała w piłkę. Tyrolczyk Jannik Sinner przecież był narciarzem. Gdy zaczęliśmy razem pracować, obok zajęć tenisowych zawsze robiliśmy też godzinę ogólnorozwojówki.

Proszę powspominać, jak to się zaczęło?

- Realizowaliśmy w Dąbrowie program Talentiady Tenisowej. Celem nie było szukanie mistrzyni wielkoszlemowej, ale dbanie o rozwój dzieci, oferta trzech zajęć w tygodniu i żeby to było atrakcyjne. Jeździłem po szkołach, w każdej klasie robiłem po 15 minut testów, na podstawie których wybierałem najsprawniejsze dzieci. Prosiłem, żeby pokazały plakat o zajęciach rodzicom. I tak zjawiła się Maja. Zaczęliśmy, gdy miała 7 lat, dopiero wtedy zaczęła trzymać rakietę i bawić się piłką, najpierw pomarańczową, dopiero potem zieloną. Patrząc na inne zawodniczki - żeby nie brnąć w konkretne nazwiska – te 7 lat to stosunkowo późno. Przez rok dzieciaki miały zajęcia nieodpłatnie. Ci, którzy rokowali – w kolejnym roku mieli cztery godziny tenisa w grupie 6-osobowej. W trzecim roku Maja była już w grupie 4-osobowej, a godzin treningu było sześć. Nasza współpraca trwała kolejnych 12 lat – całą podstawówkę, gimnazjum i jeszcze trochę po maturze.

Maja się wyróżniała?

- Cały czas mam przed oczami tę siedmioletnią dziewczynkę. Zawsze dobrze ułożona, małomówna, trzeba było z niej wydusić, żeby coś powiedziała. A z drugiej strony na korcie wyrywna, zaangażowana, pracowita. Była najbardziej zdyscyplinowana. Cisza na zajęciach, systematyczność, charakter – to robiło różnicę. Każdy trening robiła na 110-120 procent, trzeba było ją hamować. Od razu robiła szpagaty. Z biegiem lat wyróżniała się, pięła w górę. Rok po roku awansowała. Gdy miała 10 lat, jako obiecująca zawodniczka została objęta indywidualnym szkoleniem.

Trenowaliście cały czas w Dąbrowie Górniczej?

- Przez 12 lat korzystaliśmy nieodpłatnie z infrastruktury Centrum Sportu i Rekreacji, zawsze udawało mi się przekonać dyrekcję, że warto. Przyszły duże sukcesy: z Igą Świątek zdobyły mistrzostwo Europy do lat 14, a rok później zostały mistrzyniami świata. Do dzisiaj dąbrowska hala jest bardzo komfortowa, jej bryła jest murowana i zimą na korcie było 20 stopni. Nie ma porównania z balonem, to żadna przyjemność dla 8-9-latka grać w 8 stopniach. Na korcie była twarda, gumowa nawierzchnia, specyfikacja i kozioł odbicia, jak na Wimbledonie, teraz od 5-6 lat jest sztuczna trawa. Szybka nawierzchnia, dało się na niej grać. A korty ziemne też zawsze były nienagannie przygotowane. To małe rzeczy, na które zwracam jednak uwagę, bo one wpływają potem na sukces.

Jak rodził się ten wyjątkowy tenisowy styl Chwalińskiej?

- Od początku uczyliśmy się wszystkiego po trochu – top spiny, woleje, slajsy, smecze... Wiemy, że nie zawsze tak się praktykuje – często zwraca się uwagę tylko na serwis, forhend, bekhend, bo to pozwala wygrywać turnieje. My jednak pracowaliśmy systematycznie nad wszystkim. Teraz niektórzy zachwycają się, że trudne piłki odgrywa nie lewą, lecz prawą ręką – na treningu poświęcaliśmy na to codziennie kilka minut, w tygodniu jedną godzinę na grę słabszą ręką, nawet sparingi grała prawą.

Skąd pan czerpał inspirację do takich zajęć?

- Z literatury, często obcej. Wyczytałem na przykład o strefach – na hali wyklejałem 9-polową szachownicę i Maja musiała celować w te strefy. Takie szachy tenisowe. Gdy miała 9 lat, wprowadziłem raz w tygodniu zajęcia teoretyczno-poglądowe – puszczałem z kaset wideo najlepsze akcje, na przykład z Rolanda Garrosa, bodajże z lat 1999-2005. Potem schodziliśmy na trening i głównym celem było naśladowanie mistrzów z telewizora. Bo obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. Tych filmów obejrzeliśmy całą masę, a Maja to dobrze przyswajała. Wtedy nie było tak fizycznego, agresywnego tenisa. Ona widziała tych wszystkich graczy i próbowała ich naśladować. Jako 15-latka pojechała na Wielki Szlem jako juniorka – Iga wielu z nich nie poznawała, a ona, patrz: Agassi, Kuerten, Chang!

Dużo rozgrywała sparingów?

- Sparingi są ważne, ale też nie można startować tydzień w tydzień. Szukałem turniejów w Czechach, gdzie mogłaby się mierzyć z zawodniczkami, których wcześniej nie znała, a nie tylko z takimi, z którymi zawsze wygrywała 6:0, 6:1. Na początku raz w miesiącu sam organizowałem turnieje u nas, bo w Polsce dla 10-latków była próżnia, zaczyna się rywalizować od 12. roku życia. Nie było jeszcze programu Tenis 10, były turnieje krasnali. Przyjeżdżały do nas dzieci z Rudy Śląskiej, Oświęcimia, Krakowa, Zawiercia, Maja miała sparingpartnerów i nie musiała nigdzie wyjeżdżać. Braliśmy też udział w Akademii Tenisa Disney Channel – eliminacje wojewódzkie, półfinały i finały ogólnopolskie. Akademia obejmowała konkurencje sprawnościowe, gry zespołowe i tenis w polu na kara serwisowe. W drugiej edycji, w 2009 roku, w składzie już z młodszą od innych Mają – i tu ciekawostka, także z ponad rok starszą Basią Zimą z Rudy Śląskiej, obecnie bramkarką reprezentacji w piłce ręcznej – jako Tnące Rakiety Dąbrowa Górnicza zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, przegraliśmy tylko z AZS Poznań.

Maja trenowała w Dąbrowie, ale była zawodniczką BKT Advantage Bielsko-Biała, dlaczego?

- BKT wspierał ją od 12. roku życia, bo w Dąbrowie nie było klubu. W 2015 powstała co prawda sekcja, ale potem została zawieszona. Maja zagrała w dwóch turniejach ligowych w barwach BKT i ten klub stał się jednym z jej głównych sponsorów. Pierwszym był CSiR w Dąbrowie, potem miasto, które dawało co roku stypendium sportowe, byli też okazjonalni prywatni sponsorzy w Dąbrowie. Naturalne było, że jak ma się przenieść, to tylko tam – klub się rozwijał, Piotr Szczypka bardzo się zaangażował. Po rozstaniu przez dwa lata wymienialiśmy grzecznościowe SMS-y, spotykaliśmy się czasem przy tenisowych eventach.

Chwalińska zdaje się posiadła umiejętność „wyłączenia” i nie zważania na otoczkę, ewentualną presję...

- Wiedząc już, że coś osiągnie – jako 15-latka jeździła już na wielkie szlemy – zapraszałem całą sekcję, rodziców, znajomych, w sumie około 100 osób - na pokazowy trening, żeby oswoić Maję z większą publicznością. Ściągałem lokalne media: telewizje, gazety, żeby udzielała wywiadów. Na YouTubie trochę ich można z tamtych czasów znaleźć. Chodziło o to, żeby oswajała się z kamerą, żeby była naturalna – i taka właśnie była na tych konferencjach prasowych, które znamy już z Paryża. Zawsze wierzyłem, że to kiedyś jej się przyda.

Jak pan wspomina okres, gdy Chwalińska na cztery miesiące zawiesiła karierę i przyznała się do walki z depresją?

- Pod koniec 2019 roku nałożyło się na to kilka rzeczy. Wiosną czekało ją widmo matury, w prezencie na urodziny dostała też kurs prawa jazdy. Były symptomy „przegrzania”, choć nie do każdego to docierało. Na korcie było falowanie – prowadziła w secie 4:0, przegrała 4:6. Z końcem listopada pojechała na zgrupowanie kadry do Zielonej Góry, wróciła rozbita. Pojechała trenować do Warszawy, ale nie była zadowolona z tego pobytu. Potem poleciała do Australii – przegrała w 1. rundzie kwalifikacji, ale nie był to czas stracony, miała sparingpartnera. Po powrocie grała w Niemczech, z gorączką 39 stopni. Nie dała rady w 2. rundzie z Evą Lys, ale walczyła bardziej z chorobą niż z rywalką. Za chwilę gruchnął Covid. Wyznaczyliśmy ramy końca współpracy - po maturze w czerwcu. Ostatnie miesiące trenowaliśmy w Dąbrowie, bez pośpiechu. Padło na trenera Jaroslava Machovskiego.

Wydaje się, że eksplozja formy Chwalińskiej to także efekt poprawy jej przygotowania fizycznego, tę pracę na siłowni doskonale widać gołym okiem.

- Na pewno. Od roku pracuje z Maćkiem Ryszczukiem i trzeba trzymać kciuki, żeby ta współpraca przynosiła owoce. Dobrze widzieć Maję tak dobrze przygotowaną fizycznie, bo jej tenis polega na bieganiu, zawsze musiała taka być. Zobaczymy, jak to będzie za jakiś czas, czy rywalki oswoją się z jej stylem, czy odrobią lekcję. Maja jest na tyle świadomą tenisistką, że na pewno też rozwinie swój tenis – ale to działa w dwie strony.

No i nie od rzeczy będzie zauważyć, że miała bardzo wspierających rodziców.

-To prawda, jej najbliższe otoczenie, rodzina, zawsze w nią wierzyło. Nie było wielkiej presji rodziców. Gdy się nie układa, w większości przypadków to rodzina podejmuje decyzje, co dalej, co robimy, czy inwestujemy dalej. W przypadku Mai super się poukładało, że nie trzeba się nad tym dalej zastanawiać, po finale w Paryżu jej życie się radykalnie zmieniło. Spełnia swoje marzenia, czekamy na wimbledońskie emocje.

Rozmawiał Tomasz Mucha


Paweł Kałuża 

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się