Magik od podcinek wraca do domu
Podopieczni trenera Rafała Góraka w niedzielę zagrają w Radomiu. Na tamtejszym osiedlu Ustronie dwie dekady temu wyrósł talent dziś zachwycający kibiców.
Boiskowa magia nagrodzona, czyli Bartosz Nowak z tytułem „Ligowca roku” tygodnika „Piłka Nożna”. Fot. Radosław Makuch/PressFocus
GKS KATOWICE
Na piłkarskiej mapie Polski Radom nigdy nie był ośrodkiem wiodącym. Jest jednak kilku znaczących graczy – również reprezentantów kraju – którzy właśnie tu przyszli na świat i stąd ruszali w świat wielkiego futbolu. Kazimierz Przybyś zagrał nawet na mundialu, do kadry zawędrowali Rafał Siadaczka i Michał Karbownik, kariery robili m.in. Zbigniew Wachowicz, Tomasz Kupisz, Paweł Sasin, Piotr Wlazło; dziś na boiskach ekstraklasy wciąż oglądać możemy Dawida Drachala. A także Bartosza Nowaka, niedawno nagrodzonego tytułem „Ligowca roku” na gali tygodnika „Piłka Nożna”. W niedzielę wróci do swego rodzinnego miasta, by z kolegami z GieKSy powalczyć o trzy punkty z Radomiakiem. Choć to najbardziej znany klub radomski, Nowak w jego szeregach... nie grał nigdy.
Podwórko lepsze od konsoli
Jest bowiem wychowaniem tamtejszego Juniora, z którego na kilkanaście miesięcy trafił do zespołu w podradomskim Makowcu. – Właśnie tam połączono nasze roczniki i graliśmy w jednej drużynie – mówi nam inny wychowanek Juniora, Bartłomiej Kalinkowski, młodszy o rok od Nowaka, który też ma w CV występy w ekstraklasie. – Grałem jeszcze wtedy na skrzydle, Bartek natomiast już wtedy był „magikiem” w środku pola. Już wtedy pokazywał to, czym dziś zachwyca w lidze: świetną technikę, skuteczny drybling, no i ten luz w grze – „zacinki”, „podcinki”. Szczerze mówiąc, czasami się piekliłem, czekając na piłkę od niego, bo zanim podał na skrzydło, musiał zrobić jeszcze jedno kółeczko i minąć dwóch rywali – śmieje się Kalinkowski. A potem analizuje już na poważnie. – Dziś chłopaka z takimi umiejętnościami natychmiast wyciągnięto by go do jakiejś wielkiej akademii. Wtedy jednak, głównie ze względu na skromne warunki fizyczne, nie wzbudził wielkiego zainteresowania – dodaje Kalinkowski.
Obu nastolatków fascynacja futbolem zbliżyła do siebie. – Nawet czasem wpadałem do niego na osiedle Ustronie – opowiada dalej Kalinkowski. – O ile mnie pamięć nie myli, już wtedy pojawiały się te wszystkie PlayStation, konsole do gier itp. Ale my w ogóle nie siedzieliśmy w domu. Braliśmy piłkę pod pachę i godzinami biegaliśmy za nią na podwórkach.
Legię lał już jako nastolatek
Po okresie gry we wspomnianym Parafialnym Klubie Sportowym w Makowcu ich drogi się rozeszły. Kalinkowski wybrał Broń Radom, w której akurat działalność rozpoczął jego ojciec. Nowak z kolei przeniósł się do Młodzika Radom.
I to tutaj odniósł swój pierwszy wymierny boiskowy sukces. – Przez cztery lata prowadziłem drużynę z rocznika 1993. To była grupa bardzo utalentowanych chłopaków. Sięgnęliśmy po wicemistrzostwo Mazowsza, zostawiając w pokonanym polu między innymi Legię i Polonię, a przegrywając tylko z Agrykolą – wspomina Tomasz Dziubiński. To postać doskonale znana sympatykom ekstraklasy. W sezonie 1990/91 został jej najlepszym snajperem, zdobywając dla krakowskiej Wisły 21 bramek. Jest też pierwszym polskim autorem gola w Lidze Mistrzów (w tej formie, jaką UEFA wprowadziła w sezonie 1992/93, zastępując nią Puchar Europy Mistrzów Krajowych). I to właśnie on uczył dzisiejszego lidera GKS-u kopania piłki w wieku późnotrampkarskim i wczesnojuniorskim, czyli między 12. a 16. rokiem życia.
Kiedy wypada autobus...
Z tamtej ekipy do ekstraklasy zawędrował nie tylko Nowak; także Mateusz Radecki i – już jako 18-latek – Patryk Wolski. – Wolski w tamtym czasie strzelał po 30-40 bramek w sezonie; ponad połowę z nich po asystach Bartka. Nowak nie przewyższał kolegów motoryką, ale kreatywnością na pewno – przywołuje historie sprzed lat Dziubiński. Kariera Wolskiego w Lechu została przerwana (a ostatecznie zakończona) z powodu kolejnych urazów. Droga Nowaka do elity (wyjąwszy roczną przygodę z chorzowskim Ruchem) była dużo dłuższa i bardziej kręta. – Pewnie dlatego, że w futbolu szybciej osiągają sukces ludzie z charakterem „skurczybyka”, a Bartek zawsze był szalenie inteligentny, ale zarazem małomówny, spokojny – wspomina.
I niesamowicie ambitny! – mógłby też dodać. Zresztą lepiej niż słowa tę cechę nowakowego charakteru oddaje taka anegdotka. Dziubiński: – Osiedle Ustronie, gdzie mieszkał, od obiektów Młodzika dzieli spory dystans. Bartek dojeżdżał na zajęcia autobusem nr 21, kursującym co godzinę. Kiedy raz autobus nie przyjechał, Bartek nie czekał na następny, tylko.... przybiegł, żeby się na trening nie spóźnić!
– W godzinę by przybiec nie zdołał, bo to dwa przeciwległe krańce miasta. Więc czymś tam choćby kawałek musiał podjechać – śmieje się Kalinkowski. Ale owego zaangażowania i ambicji koledze nie odmawia. – Prawda jest taka, że on nie opuści żadnej okazji do gry w piłkę; dla niego to jest sama frajda. Nie zdziwiłbym się, gdybym się dowiedział, że nawet w zimowej przerwie urlopowej gdzieś się z kumplami spotyka pod balonem, żeby trochę pokopać.
A Dziubiński ma na to gotową odpowiedź! – Do dziś wielu chłopaków z tamtej mojej drużyny, z Bartkiem włącznie, przed Świętami Bożego Narodzenia spotyka się na stadionie Młodzika, by wspólnie pokopać piłkę. Ja też dostaję zaproszenie na te spotkania – z dumą podkreśla były król strzelców ekstraklasy.
Demony czarnego konia
W niedzielę piłkarski Radom znów zobaczy swego słynnego wychowanka. Czy powiedzie Katowiczan do wygranej? – GieKSa zagrała ciut słabiej przeciwko Widzewowi, ale awansowała. Z kolei Radomiak wciąż ma swoje demony. Jakoś nie może „wgryźć się” w tę wiosnę, choć ja go postrzegałem jako potencjalnego czarnego konia tej rundy – mówi nam Kalinkowski. Na samo spotkanie czeka jednak z niecierpliwością. – Szykuje się fajny pojedynek taktyczny, bo bardzo cenię obu szkoleniowców – wyjaśnia.
Dariusz Leśnikowski
