Magiczna siła Śląskiego
Rozmowa z Hubertem Kostką, 32-krotnym reprezentantem Polski, złotym medalistą olimpijskim z Monachium z 1972 roku, najbardziej utytułowaną osobą w polskim futbolu z 11 mistrzostwami jako piłkarz i trener
Hubert Kostka (z lewej) przed meczem z Holandią w eliminacjach MŚ na Stadionie Śląskim – 7 września 1969 roku wygraliśmy 2:1. Fot. Album „Biało-Czerwoni 1921-2018”. wyd. GiA
– Zawsze byłem zwolennikiem gry na Stadionie Śląskim i to z tej prostej przyczyny, że właśnie na tym obiekcie odnosiliśmy największe sukcesy. Na nim toczyła się moja kariera. Z Górnikiem Zabrze graliśmy tam przecież wszystkie mecze w europejskich pucharach. Tym stadionem nigdy się nie zawiedliśmy. On miał taką swoją magiczną siłę, że zwyciężaliśmy. Jak sięgam pamięcią, to muszę powiedzieć, że w europejskich rozgrywkach pucharowych na Stadionie Śląskim nie przegrałem żadnego spotkania. Także w reprezentacji graliśmy tam wiele spotkań, ale sukcesy z udziałem kadry przyszły już po tym, jak zakończyłem karierę. Na Śląskim zawsze była doskonała atmosfera, ludzie zjeżdżali się tam z całej Polski. Nieprawdą jest, że na stadionie pojawiali się tylko kibice ze Śląska, tak nie było. Cała Polska przyjeżdżała na mecze Górnika i reprezentacji.
A stadion w Warszawie?
– Też jestem nim zachwycony, to nowoczesny obiekt i do tego typowo piłkarski. Jak słyszę jednak, że tam nie ma ziemi, a jest beton, i na nim rozwija się trawę, to zdaję sobie sprawę, że dla zawodników, to może nie być najlepsze miejsce do grania. Z tej przyczyny jestem zwolennikiem gry reprezentacji Polski na Stadionie Śląskim.
Minister sportu Sławomir Nitras powiedział, że domem reprezentacji Polski jest PGE Narodowym w Warszawie i nie ma opcji, żeby kadra grała poza stolicą. Rządzący przestraszyli się wyprowadzki?
– Miałem parę telefonów z Warszawy. Zawiadujący stołecznym stadionem chcą dużo pieniędzy za wynajem. Nie dziwię się prezesowi Kuleszy, że w tej sytuacji szuka tańszego rozwiązania. To nie jest sprawa Nitrasa. Natomiast muszę powiedzieć, że to człowiek, który ze sportem nie miał nic wspólnego i na ten temat nie powinien się wypowiadać, bo po prostu się na tym nie zna.
Mamy dostać jeden mecz w eliminacjach mistrzostw świata z Finlandią we wrześniu, bo akurat wtedy w Warszawie organizowane są na PGE Narodowym zawody motorowe i do tego jeszcze dwa spotkania towarzyskie. To ochłap czy trzeba się cieszyć, że piłkarska reprezentacja po trzech latach wróci na Stadion Śląski?
– Każde spotkanie rozegrane na Stadionie Śląskim będzie wydarzeniem, nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości. Ten stadion został naprawdę ładnie zrobiony, zainwestowano w niego olbrzymie pieniądze. Jasne, nie jest to obiekt stricte piłkarski, to jego mankament, ale za moich czasów też nie był to stadion typowo piłkarski, bo była bieżna, odbywały się zawody żużlowe. Widoczność może być gorsza i pod tym względem stadion w Warszawie jest bardziej nowoczesny, ale jestem święcie przekonany, że zawodnicy będą się na Stadionie Śląskim czuć bardzo dobrze. Tam zawsze był doping, było słychać to wsparcie kibiców. To pomagało, niosło. Śląski zawsze związany był z sukcesami czy to reprezentacji, czy klubów, ale nie tylko nas, Górnika Zabrze, ale też innych. Pamiętam, jak Polonia Bytom zdobyła mistrzostwo Polski w 1962 i jesienią tego roku grała na Stadionie Śląskim w europejskich pucharach. My graliśmy tam swoje pucharowe gry cały czas, z wyjątkiem może dwóch meczów, które rozegraliśmy w Zabrzu. Pozostałe gry, to były występy właśnie na Śląskim. Jestem i będę zwolennikiem Śląskiego, ale nie ja będę decydował.
Zagrał pan na chorzowskim stadionie multum spotkań, bo to nie tylko reprezentacja, nie tylko mecze w europejskich pucharach z Górnikiem, ale także mecze ligowe, bo takie na Śląskim też rozgrywano. Którą z tych gier najbardziej pan zapamiętał?
– To pierwsze spotkanie pucharowe, kiedy graliśmy w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych z Tottenhamem. To był zespół ogromnej klasy, cieszący się wtedy wielką renomą, z wieloma słynnymi zawodnikami w składzie, a my dopiero debiutowaliśmy w pucharach. Nie wiedzieliśmy, co to znaczy, poza tym to były inne czasy, nie można było dokonywać zmian. Minutę po przerwie prowadziliśmy 4:0 i gdyby nie kontuzje Jurka Musiałka i Jasia Kowalskiego, to prawdopodobnie wygralibyśmy wysoko (mecz rozegrany 13 września 1961 roku zakończył się wygraną Górnika 4:2, a w rewanżu „Koguty” u siebie zwyciężyły 8:1 – przyp. red.). A drugie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci, to z Austrią Wiedeń. Na widowni było 130 tysięcy kibiców! To rekord nie do pobicia w naszej rzeczywistości.
To mecz rozegrany też w Pucharze Europy Mistrzów Krajowych, tyle że dwa lata później, we wrześniu 1963 roku. Jak ludzie wtedy siedzieli na stadionie, przy samym boisku?
– Nie, nie, tak nie było. Organizacja meczów była wtedy zupełnie inna, niż ma to miejsce obecnie. Prowadził to wtedy syn naszego działacza. To był chłopak, który miał 18 lat, a całą historię znam od niego. Opowiadał mi, że sprzedali 30 tysięcy biletów stojących, na koronie, we wszystkich przejściach. To sprawiło, że była taka publiczność. Nie było wtedy krzesełek, były ławeczki, ludzie siedzieli na nich stłoczeni.
Na koniec pytanie o pana zdrowie. Za niewiele ponad cztery miesiące kończy pan 85 lat!
– Niestety, zdrowie już nie dopisuje.
A jak byłby na Śląskim mecz, to byłaby szansa, że pan pojawiłby się na nim?
– Sam nie jestem już w stanie jechać. Jak byłby samochód i zdrowie by dopisało, to czemu nie, choć zależałoby od tego, jakbym się czuł.
Panie Hubercie, z mojej strony i ze strony redakcji „Sportu” wiele zdrowia i do zobaczenia!
Rozmawiał Michał Zichlarz
Hubert Kostka w maju skończy 85 lat. Fot. Michał Zichlarz
