Magia Vuka historię oszuka?
Trzykrotnie w tym wieku ekipa z Al. Piłsudskiego żegnała się z elitą. W sobotę zdarzyć się jej to może po raz czwarty. Okoliczności są inne, schemat degrengolady sportowej – podobny.
Gdyby Aleksandar Vuković mógł pojawić się w sobotę na murawie, być może kibice Widzewa byliby spokojniejsi o los drużyny... Fot. Dawid Figura / Press Focus
WIDZEW ŁÓDŹ
2004, 2008, 2014 – oto feralne lata, w których łódzka łajba osiadała na dnie ligowej tabeli, wpadając (a raczej spadając) w otchłań zaplecza ekstraklasy. Mniejsza z tym, jak się ono nazywało – w pierwszym przypadku była to jeszcze (jak Bozia przykazał) druga liga, w pozostałych – już liga nie wiadomo czemu zwana pierwszą, choć stanowiła drugi poziom rozgrywkowy. Czy teraz Łodzianom uda się ujść spod topora?
Są przesłanki – niekoniecznie czysto sportowe – że tak się stanie. Choćby to, że Widzew wciąż jeszcze zajmuje bezpieczne miejsce w tabeli. W każdym z trzech wcześniejszych przypadków spadał bowiem z ligi bynajmniej nie w ostatniej kolejce, a znacząco wcześniej. W żadnym z nich za Widzewem nie stał też właściciel o pozycji i statusie (materialnym) Roberta Dobrzyckiego. Nie było też w składzie łodzian tak wielu „internacjonałów”, uzupełnionych byłymi (Bartłomiej Drągowski) i obecnymi (Przemysław Wiśniewski) reprezentantami kraju.
Ale pieniądze – i piłkarska przeszłość – nie grają; liczy się „tu i teraz”. Przy czym – i to jest akurat słaby punkt nowego Widzewa - „tu i teraz” buduje się mozolnie i konsekwentnie. A z tym akurat w owych feralnych sezonach spadkowych Łodzianie mieli problem. Scenariusz nerwowych ruchów powtarzali z zadziwiającym uporem, jakby nie wyciągali żadnych wniosków z przeszłości. O czym mowa? Ano o karuzeli transferowej, która kręciła się jak szalona, ale niczego dobrego nie przynosiła. Spójrzmy...
2003/04 – na trenerskiej ławce zaczynał sezon Andrzej Kretek. Po paru kolejkach ustąpił miejsca Jerzemu Kasalikowi, zaś wiosną funkcję ratownika powierzono samemu Franciszkowi Smudzie. Na darmo...
2007/08 – znów niezły kocioł. Zaczynał Michał Probierz, potem eksperymentował Marek Zub, kończył zaś ten, co trenować nie chciał, bo wierzył jedynie w potęgę telefonów – czyli Janusz Wójcik. Najwyraźniej jednak wówczas już nikt od niego telefonów nie odbierał, a jego przygoda w Łodzi zapisała się jedynie skandalicznymi bluzgami oceniającymi postawę Bartosza Fabiniaka w meczu z Dyskobolią, nagranymi i upublicznionymi przez właściciela praw telewizyjnych do ekstraklasy. Z taką atmosferą w szatni drużyna utrzymać się nie mogła.
2013/14 – inne pokolenie trenerskie, ale szaleństwo to samo. Najpierw Radosław Mroczkowski, później Rafał Pawlak – solidny ligowiec, za to kompletnie bez sukcesów w trenerce, no i wreszcie Artur Skowronek – ledwie 31-letni wówczas „młody zdolny” na trenerskim rynku, od którego jednak szczęście się odwróciło.
No i 2025/26 – wariacja na temat „zamieszam w bębnie losującym” sięgnęło zenitu. Żeljko Sopić (6 gier), Patryk Czubak (także 6), Igor Jovićević (aż 11!) i Aleksandar Vuković (w sobotę poprowadzi zespół po raz 11. w lidze) – jak tu mówić o jakiejkolwiek stabilizacji taktycznej czy personalnej w drużynie? Trzeba raczej magii, by w tych warunkach ocalić ligowy byt!
Podsumowaniem radosnej twórczości Widzewa w dziedzinie trenerskiej niech będzie fakt, że jeden z ledwie trzech trenerów w ciągu minionej półtorej dekady, któremu udało się przy Piłsudskiego przepracować (prawie – bez kilku dni) półtora roku, pojawi się w sobotę na łódzkim obiekcie. Tyle że na trenerskiej ławce gości...
Dariusz Leśnikowski
