Losowania są fajne
Z DRUGIEJ STRONY – Piotr Tubacki
Ludzka psychika działa w taki sposób, że na ogół nie lubimy zmian. W głębi duszy większość z nas to konserwatyści. Lubimy się przyzwyczajać, bo to wygodne i bezpieczne. Dlatego kiedy w naszym ukochanym futbolu zapowiadane są zmiany, prawie zawsze pojawia się ogólne larum i szczerzenie zębów z pianą wściekle kapiącą spomiędzy kłów. Krzyki są raz większe, raz mniejsze – ale na ogół są.
Nie inaczej było, gdy UEFA wprowadziła nowe rozgrywki – Ligę Konferencji. „Nawet nie wiem, co to jest” – mówili biorący w niej udział piłkarze tych mocniejszych zespołów. Również w Polsce istniał wobec niej pewien sceptycyzm, ale okazało się, że to super rzecz! W świecie piłkarskiego budownictwa jest to może obdarte mieszkanie socjalne, któremu daleko do willi czy schludnego domku na przedmieściach – no ale jest, da się na tym zarobić kasę, klepiemy punkty w rankingu, polskie kluby promują siebie i swoich piłkarzy, co czwartek mamy mnóstwo emocji i możemy poczuć się trochę fajniejsi. Jest git.
Niemała haja była także wtedy, kiedy UEFA wprowadziła kolejną giga zmianę – zrezygnowała z fazy grupowej. Sam wówczas przecierałem oczy ze zdumienia, że system obecny w czasach, gdy byłem przyssany do maminej piersi, upada. Że wprowadzają jakieś udziwnienia, mimo że tak po prawdzie... faza grupowa cholernie mnie nużyła. Kolejki numer 5 i 6 to była w wielu przypadkach istna mordęga... Okazało się jednak, że faza ligowa to super rozwiązanie. Jasne, że niektórym się nie podoba, bo każdy ma prawo do swoich odczuć, ale gdy słucham i dyskutuję z ludźmi, mało kto przyznaje, że jest nudno i emocji jakby mniej. W końcu jest ciekawie, coś się dzieje, a gra toczy się do ostatniej kolejki. Trzeba być czujnym i pod prądem.
Jedna rzecz jest jednak trochę dziwna, a rzuciła mi się w oczy właśnie przy okazji wczorajszego losowania. Bo ja ogólnie losowania lubię. Są ciekawe i dają nutkę adrenaliny. Na kogo trafimy? Kto z kim zagra? Czy będą hity? A może derby? Tyle pytań... Ceniłem sobie zawsze to, że po zakończeniu fazy grupowej można było odpalić ceremonię totolotkowych kulek i ponownie zadawać sobie wcześniej wymienione pytania. Nie dość, że przed fazą grupową, to jeszcze i po niej! Oczywiście, czasami występuje też opcja numer dwa, bez losowania. Tak jak na Euro czy mundialach – z góry znamy drabinkę i... to też jest spoko. Wtedy rywalizację grupową śledzi się na kilku frontach. „Jak wygramy z X, to zagramy z Y, ale jak przegramy, to może będzie Z, a tak poza tym to trzeba wygrać 3:0”. To też ma swój urok.
Natomiast w obecnym formacie doszło do jakiejś dziwnej hybrydy. Niby przecież wiadomo kto z kim i co... ale jednak trzeba losować. Bo Lechowi trzeba było wybrać albo KuPS, albo Skhendiję. Bo Jagiellonii albo Fiorentinę, albo Rijekę. Bo Legii... a nie, jej nie. No jeszcze Rakowowi trzeba coś wylosować, ale najpierw musi się odbyć bieżąca seria dwumeczów, więc z nim jeszcze poczekajmy (a są szanse, że zagra... z Jagą).
Poznaniakom trafił się ostatecznie KuPS, którego to przecież zkońcem listopada ograła u siebie Jagiellonia, a kilka lat temu przeszła w eliminacjach Legia. Co to oznacza? Że Kolejorz też powinien awansować. Niczego innego oczekiwać nie wypada. Jaga będzie miała zadanie znacznie trudniejsze, bo choć Fiorentina to największy zawód tego sezonu Serie A, to... zapewne z całkiem dużym zadowoleniem przyjęła, że na rozruszanie poobijanych toskańskich kości trafił im się zespół z jakiegoś Podlasia. Lekko nie będzie, ale kibicować należy.
