Ligowiec

Ligowiec


Bogdan Nather

 

„Niebezpieczny” wynik

 

Najciekawszym spektaklem piłkarskim w minionej kolejce był bez wątpienia pojedynek wicelidera tabeli z mistrzem Polski. Padło w nim sześć goli, z których te zdobyte przez Jagiellonię padły po finezyjnych akcjach i strzałach. W kilku przypadkach obrońcy Rakowa przypominali dzieci zagubione we mgle, ale powinni zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli wchodzisz do ringu, musisz spodziewać się ciosów. Do momentu niedzielnej potyczki „Jaga” strzeliła przecież na własnym boisku 22 gole w 8. spotkaniach, co dla podopiecznych Dawida Szwargi powinno być wystarczającym sygnałem ostrzegawczym. Nawiasem mówiąc „Jaga” jest najbardziej bramkostrzelną drużyną w PKO BP Ekstraklasie (42 gole). Serię meczów nierozstrzygniętych przerwał w końcu Piast Gliwice, który zgarnął komplet punktów na stadionie przy ulicy Bułgarskiej w Poznaniu. Gdyby nie bezmyślny faul kapitana lechitów Mikaela Ishaka w końcówce spotkania, zespół Aleksandara Vukovicia miałby trzynaście (!) remisów w ligowym rejestrze. Piłkarze z Gliwic i ich sympatycy mogli wreszcie odetchnąć z ulgą, bo ta seria remisów była równie ekscytująca, co przyglądanie się człowiekowi pchającemu taczki. I to były jedyne (nie uwzględniamy w tym rejestrze potyczki Puszczy z Widzewem) mecze, które wyłoniły zwycięzcę. Nie oznacza to jednak, że pozostałe spotkania były nudne i prowokowały widzów do ucięcia sobie drzemki. W kilku przypadkach w końcówce spotkań następował nieoczekiwany zwrot akcji, który pozbawiał „pewniaka” kompletu punktów. Pogoń Szczecin mogła czuć się bardzo pewnie w siodle (10 minut przed końcowym gwizdkiem sędziego miała dwubramkową zaliczkę), gdy nagle na finiszu spotkania na głowy „portowców” runął most brookliński, Warta Poznań strzelała im gole z szybkością krupiera rozdającego karty w blackjacku, ratując w ten sposób remis. Równie ekscytujący był pojedynek na Stadionie Śląskim, gdzie Ruch Chorzów także urwał się ze stryczka, przegrywając do przerwy 0:2 z Zagłębiem Lubin. W I połowie „Niebiescy” przypominali bezbronnego pływaka otoczonego w rzece zewsząd krokodylami, szczerzącymi kły w nieszczerym uśmiechu. Potrafili jednak wyjść z opresji obronną ręką i tym samym zachowali resztki nadziei na lepsze jutro. Losy meczu z Cracovią odwróciła Stal Mielec, dostarczając kolejnego dowodu na to, że wynik 2:0 jest najbardziej niebezpieczny dla drużyny rozdającej karty. Trenerowi „Pasów” Jackowi Zielińskiemu trudno było utrzymać nerwy na wodzy. - We frajerski sposób straciliśmy dwa punkty, daliśmy sobie wydrzeć zwycięstwo. Trudno wytłumaczyć to, co się stało w końcówce, bo do 85. minuty graliśmy dobrze. To kolejny nasz mecz, w którym dzieją się sceny jak z horroru - nie ukrywał irytacji „Zielu”. „Czerwona latarnia” tabeli, czyli ŁKS Łódź, przystępowała do potyczki z Legią Warszawa z miną chrześcijańskiego męczennika idącego na spotkanie z lwem. Okazało się jednak że obawy łodzian były na wyrost, bo w I połowie ekipa z Łazienkowskiej przypominała zwiędłą sałatę. Postawę swoich podopiecznych bardzo dosadnie skwitował szkoleniowiec legionistów. - W I połowie graliśmy gówniany mecz - powiedział Kosta Runjaić. - Czekają nas ważne wewnętrzne rozmowy.