Lew zaryczał, „Żyleta” wyszła
Legia wygrała po raz pierwszy od jedenastu spotkań.
Antonio Colak w końcu się przełamał. Lepiej późno niż wcale… Fot. Tomasz Jastrzębowski/Foto Olimpik/PressFocus
Trener Lincoln Red Imps, Juanjo Bezares, mówił na konferencji przedmeczowej, że pomimo ostatnich wyników Legia zasługuje na szacunek, a w tym spotkaniu będzie jak zraniony lew, który może być niebezpieczny. I rzeczywiście warszawski drapieżnik zagryzł swoją gibraltarską ofiarę.
Chorwat potrząsnął grzywą
Gospodarze od początku rzucili się do ataków chcąc pokazać swoim rywalom, że z lwem się nie zaczyna. Co prawda w ostatnim czasie bezzębnym i dosyć wyliniałym… Już w drugiej minucie Kacper Urbański mógł dać prowadzenie swojemu zespołowi, ale uderzył obok bramki. Spotkanie nie porywało, ale legioniści mieli wszystko pod kontrolą. W 21 minucie Bartosz Kapustka zgrał dośrodkowaną piłkę, a Antonio Colak strzelił pierwszego gola dla stołecznej drużyny i pierwszego gola w tym roku! Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, więc cuda zdarzają się nawet w piłce nożnej. Chorwat stanął dumnie i tylko przeczesał swoją grzywę, jakby chciał pokazać, że on wciąż żyje. I chociaż wojskowi byli mało gościnni dla rywali, piłkarze Lincolnu mogli wyrównać pod koniec pierwszej połowy. Tjay De Barr zachował się jednak fatalnie w sytuacji sam na sam i uderzył wysoko nad poprzeczką.
Cuda, panie, cuda...
Druga połowa była bardzo podobna, ale Kapustka do asysty postanowił dołożyć gola. Kacper Urbański zagrał do rozpędzonego 28-latka, a ten pewnym strzałem z ostrego kąta podwyższył prowadzenie. Drugi cud w tym spotkaniu miał miejsce w 70 minucie! Mileta Rajović niedługo po wejściu na boisko dołożył głowę do dośrodkowania swojego kolegi i zdobył gola. Na zakończenie bramkę z bardzo ostrego kąta zdobył jeszcze Wahan Biczachczjan. Faktycznie zraniony lew może być niebezpieczny. Na pocieszenie gości, którzy zmarnowali historyczną szansę zagrania w pucharach na wiosnę, De Barr zdobył bramkę honorową dla Lincolnu. 25-letni pomocnik popisał się bezbłędnym uderzeniem z dystansu.
I chociaż zawodnicy Legii na tle rywala z Gibraltaru wyglądali jak dobrze zbudowane lwy z bujną grzywą, to jednak każdy wie jak wyglądało ostatnie miesiące w wykonaniu legionistów. To zwycięstwo było jedynie miłym akcentem na koniec roku. By przy Łazienkowskiej nikt o jesiennym koszmarze za szybko nie zapomniał, w 15 minucie kibice siedzący na „Żylecie” opuścili trybuny na znak protestu przeciwko Dariuszowi Mioduskiemu, właścicielowi klubu.
Miłosz Cebo
◼ Legia Warszawa – Lincoln Red Imps 4:1 (1:0)
1:0 – Colak (21), 2:0 – Kapustka (62), 3:0 – Rajović (70), 4:0 – Biczachczjan (83), 4:1 – De Barr (89)
LEGIA: Kobylak – Stojanović, Burch, Piątkowski, Reca (68. Vinagre) – Kapustka, Szymański, Urbański (77. Goncalves) – Krasniqi (57. Biczachczjan), Colak (68. Rajović), Żewłakow (76. Weisshaput). Trener Inaki ASTIZ.
LINCOLN: Hankins – Munoz (63. Gomez), Joe (80. Toscano), Lopes, Nano – Garcia, Torrilla (71. El Ghobashy), Pozo – Kolega (80. Casciaro), Dabo (63. Juanje), De Barr. Trener Juanjo BEZARES.
Sędziował Danilo Nikolić (Serbia). Widzów 9429. Żółte kartki: Urbański – El Ghobashy.
