„Lalka” przy Łazienkowskiej

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

W Warszawie kręcą „Lalkę” – dekoracje na Krakowskim Przedmieściu zamkniętym dla ruchu były atrakcją dla gawiedzi, teraz ludność się ekscytuje wersją futbolową powieści Prusa. Papszun i Legia są jak Wokulski i Łęcka. Piękna, lecz próżna i wyniosła, wychowana na salonach, gdzie wpojono jej przekonanie o własnej doskonałości, wobec czego nie dając nic w zamian domaga się czci i podziwu, wybrzydza i odrzuca kolejnych absztyfikantów, wypiera świadomość upadku finansowego swojej rodziny – tak z grubsza wygląda szkolna charakterystyka Izabeli Łęckiej, najsłynniejszej żeńskiej bohaterki polskiego powieściopisarstwa.

Jak ulał pasuje do Legii. Papszun zakochany bez pamięci, gotów na zawołanie porzucić wszystko, co zdobył dla obiektu swoich westchnień. To może być trująca relacja. Już jest toksycznie, bo wiadomo, że trener chciał odejść już-teraz-natychmiast. Jeśli przyjdzie mu dograć, czy też dotrenować rundę w Częstochowie, to tak jakby obecnej żonie ogłosił, że jej nie kocha, odchodzi do innej, złożył papiery rozwodowe, ale jeszcze do stycznia nie zamierza się wyprowadzić z domu ani nawet z sypialni – cóż, małżonce raczej od tego skrzydła nie urosną, nie zwiastuję udanego współżycia.

I to jest najgorsza sytuacja – mleko już się rozlało i najgorsze, co teraz może się dziać, to udawanie, że nic się nie stało. Lepiej gdyby Raków przejął w trybie natychmiastowym trener Pipsztycki czy choćby magazynier, na czas znalezienia nowego szkoleniowca, aby drużyna jak najprędzej mogła przepracować żałobę, przetrwać i przetrawić utratę swojego szkoleniowca. Teraz musi grać pod wodzą człowieka, który ją zdradził. Co więcej – każde punkty Rakowa będą dla Papszuna konfliktem interesów, bo przecież przewaga, którą Medaliki teraz zdobędą lub utrzymają nad Legią, lada moment okaże stratą, którą Papszun będzie musiał odrobić.

W najwyższym stopniu nie podoba mi się ta rejterada spod Jasnej Góry w środku sezonu, tuż przed ważnym meczem w Lidze Konferencji. W najbliższym czasie oba kluby mogą na tym wyłącznie stracić - chaosu w Legii nie da się pozbierać w kilka dni, za to Raków nagle opuszczony przez swojego trenera, mentora, ojca wszystkich awansów i sukcesów piłkarskich klubu w ostatniej dekadzie może się w mgnieniu oka rozsypać. I to właśnie teraz, kiedy o marnym starcie rozgrywek doszlusował do czołówki ekstraklasy i ma szansę walczyć o mistrzostwo. Efekt widać było już w sobotę – wyraźna porażka u siebie z najsłabszą drużynę ekstraklasy. W perspektywie mecz z Rapidem Wiedeń, czerwoną latarnią Ligi Konferencji. W normalnych warunkach Raków już w czwartek mógłby sobie zapewnić awans do play offu, tymczasem intuicja mi podpowiada, że to wicemistrzowie Polski są teraz idealnym rywalem na przełamanie dla każdego.

Papszun jest w polskiej piłce zjawiskiem absolutnie wyjątkowym – markę trenerską wypracował sobie w jednym klubie, nie został zweryfikowany poza Częstochową, w której wszystko podporządkowano jego wyborom i decyzjom, nie miał okazji potwierdzić, że w innych warunkach, z inną ekipą, zwojuje równie wiele. I właśnie rzuca się na wodę najgłębszą – Legia to klub toksyczny, połamali sobie na niej zęby nie tacy kozacy, presja kibiców jest odwiecznie niewspółmierna do możliwości sportowych, a w tym sezonie mamy przy Łazienkowskiej bajzel, jakiego nie było od dawna. Może Papszun nie zdaje sobie sprawy z tego, że zamienia walkę o mistrzostwo na walkę o utrzymanie – w Warszawie oczywiście kazaliby mu bić się o puchary nawet gdyby Legia była na ostatnim miejscu z zerowym kontem punktowym, tam od dawna nikt nie ma kontaktu z Ziemią.

Było przepisów nie zmieniać, psiekrwie pezetpeenowskie. Ten akurat był bardzo dobry, i teraz wyraźnie widzimy dlaczego. Do 1 lipca trener nie mógł zmienić klubu w obrębie tych samych rozgrywek w trakcie sezonu. Teraz już może. A zatem potentat finansowy ligi, któremu sezon nie wychodzi, może osłabić swojego najgroźniejszego konkurenta, zabierając mu szkoleniowca, którego zwabi wielokrotnością zarobków. W przypadku Legii Warszawa i Marka Papszuna sytuacja akurat jest bardziej skomplikowana – Legia musiałaby osłabić całą ligę, w której w tej chwili jest jedną z najgorszych drużyn, pomimo wysokiego jak na dorobek punktowy, jedenastego miejsca. A Papszuna nie skusiły tylko pieniądze, lecz odwieczna, dotąd platoniczna miłość do klubu z rodzinnego miasta. Czy Legia może grać jeszcze brzydziej? Na pewno. Czy okaże się przy tym bardziej pragmatyczna i zacznie regularnie punktować? Być może. Ale w Warszawie tego nie kupią. Legia ma być wszakże nie tylko najlepsza, ale i najpiękniejsza. Kibice prędzej niż później zaczną wygwizdywać papszunowski styl.

Nie przenoście nam Rakowa do stolicy, krzykną. Legia nie wygrała w lidze od dwóch miesięcy, tonie i gotowa chwycić się brzytwy (powrót Patryka Kuna do pierwszego składu jest tego najlepszym dowodem). Teoretycznie teraz powinno być łatwiej, bo do końca roku oprócz praskiej Sparty wyjazdu do Lublina Legia ma w rozkładzie dwukrotnie Piasta oraz drużyny z Armenii i Gibraltaru, ale przecież dwa ostatnie mecze grali Legioniści u siebie z maruderami ekstraklasy i z Niecieczą, a potem z Lechią cudem uratowali w sumie punkt. Żyleta już nawet nie wzywa drużyny po meczach na pogadanki wychowawcze, tylko zaleca: „zejdźcie z boiska, nie róbcie z nas pośmiewiska”, czyniąc to również wersji o wiele mniej łagodnej. Papszun dostanie się w sam środek tego tajfunu, jeśli nawet wygra każdy mecz grudniowy, kibice uznają że Legia wykonała swój psi obowiązek, ale jeśli powinie mu się noga, żadnego okresu ochronnego nie będzie, każą mu w…alać, zanim się obejrzy.

Fot. Grzegorz Misiak/Pressfocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się