Kwiatki olimpijskie
DZIENNICZEK WOLONTARIUSZEK (7)
Żegnaj, Italio. Żegnajcie, igrzyska. Co złego, to nie my!
Igrzyska już za nami, ceremonię zamknięcia oglądałyśmy już w domu. Bez wielkiego entuzjazmu, za to na dużym zmęczeniu. I... wk***niu. Trudno nam użyć mniej dosadnego słowa na wspomnienie nie samych igrzysk i nie naszej wyprawy do Moeny, Predazzo i Tesero, ale na... organizacyjne bezhołowie na arenach, na których skierowano nas jako wolontariuszki. Włosi – może dlatego, że akurat na skoczni nie mieli żadnych szans na jakikolwiek sukces – organizację zmagań w naszym narodowym sporcie potraktowali „per noga”, powierzając przygotowanie i przeprowadzenie kolejnych konkursów ludziom, którzy w zdecydowanej większości zawody skoczków widzieli tylko w telewizji. Nie wierzycie? To posłuchajcie...
Najpierw będzie o tych kwestiach, które dotykały samych zawodników. Ot, choćby to, że catering dla nich – zazwyczaj funkcjonujący na dwie godziny przed konkursem (od czasów Adama Małysza wiadomo, że największym wzięciem cieszą się... banany) – tym razem uruchamiano... z początkiem pierwszej serii. Tłoku nie było – jak można się spodziewać...
Dalej – sprawy techniczne. Od jakiegoś czasu inspekcja sprzętu przed startem obejmuje również „sczytanie” czipów, wszytych w kombinezon skoczka przed sezonem. Potrzebny jest do tego dostęp do Internetu. W Predazzo w pierwszych konkursach olimpijskich organizatorzy – brak wiedzy? - o to nie zadbali, więc sieć udostępniona została z prywatnego telefonu, przez „hot spot”! Na igrzyskach! Ten sam problem dotyczył na przykład drukarki: gdyby nie udostępnione przez kogoś na wieży osobiste „dane komórkowe”, nie dałoby się nawet wydrukować tak banalnej rzeczy, jak lista startowa przed drugą serią...
Generalnie – o tym już pisałyśmy w jednym z pierwszych „dzienniczków” - że w wolontaryjnej grupie na skoczni dominowali Włosi i Polacy. Wśród tych ostatnich byli prawdziwi „weterani” zmagań na skoczniach w Wiśle, Zakopanem czy Szczyrku, od lat pracujący przy konkursach Pucharu Świata, Pucharu Kontynentalnego, ale i przy dziecięcych zawodach Orlen Cup. Tym razem jednak nikt spośród gospodarzy nie próbował wykorzystać tych doświadczeń. Stąd takie „kwiatki”, jak te opisane powyżej. Ich kwintesencją były słowa jednego z przedstawicieli Omegi – szwajcarskiej firmy obsługującej wszystkie imprezy w skokach od strony technicznej. - Na zawodach FIS Cup (trzecie pod względem wagi imprezy w kalendarzu – po PŚ i PK) organizacja jest lepsza... - mówił sfrustrowany. Trudno było jednak nawet ten prosty przekaz wyjaśnić gospodarzom. Choćby z tego względu, że niemal żaden z włoskich wolontariuszy przydzielonych do prac na skoczni nie mówił po angielsku. Zresztą główny koordynator prac ochotników z całego świata, mający rozdzielać zadania wśród podopiecznych, też go nie znał. Co więcej – ani razu nie uznał za stosowne zorganizować odprawy dla nich/dla nas. Więc... w ogóle go nie poznałyśmy!
Ale kibice... też niekoniecznie mieli łatwiej, przynajmniej w Predazzo (skoki) i Tesero (biegi). Oczywiście fanom trudno zepsuć dobry nastrój, ale gospodarzom... czasami się to udawało. O tym, że jedyny w Predazzo sklepik z pamiątkami olimpijskimi otwierano tylko w trakcie konkursów, już pisałyśmy. Że praktycznie nieosiągalne były maskotki – nie. A tak właśnie było: rozpytywano o nie wszędzie i zawsze, zazwyczaj bezskutecznie.
W Tesero z kolei pięta achillesową okazała się gastronomia na stadionie biegowym. Kolejka do sklepiku z ciepłymi napojami i posiłkami była... równie długa, jak pętla dla zawodników biorących udział w zawodach. A jak już udało się dojść do lady, czekolada na gorąco – taka figurowała w menu – miała temperaturę... napoju chłodzącego.
No cóż, za cztery lata będziemy już lepiej przygotowane na takie niespodzianki!
Angelika i Martyna
