Kto kogo złamie?
Urodziny syna, pogrzeb bliskiego. W tych finałach zawodnicy borykają się nie tylko z rywalami na boisku.
Tevin Brown przed finałami musiał wyjechać do USA na pogrzeb bliskiej osoby. Po powrocie gra bardzo przeciętnie... Fot. PAP / Piotr Nowak
Tegoroczne finały ekstraklasy są wyjątkowo ciekawe. Legia i Start prezentują podobny poziom, przez co mecze są zacięte i zwykle kończą się dopiero po emocjonujących końcówkach. Start wygrał pierwszy mecz jednym punktem, ten ostatni, czyli czwarty, sześcioma. Legia w Lublinie wygrała sześcioma, a u siebie czterema „oczkami”. Gra we własnej hali nie jest żadnym atutem, obie drużyny wygrywały bowiem już zarówno u siebie, jak i na wyjeździe. W poniedziałek warszawianie, grając u siebie, mieli szansę objąć prowadzenie 3-1, ale zawiedli w końcówce. – Wydawało się, że Legia nas złamie, ale wyszliśmy z opresji. Wszystkie mecze były na styku. Aby wygrać następny, musimy popełniać mniej błędów mentalnych, mieć mniej tych przestojów i rozkojarzenia, bo Legia to momentalnie wykorzystuje – komentował po poniedziałkowym meczu trener Startu Wojciech Kamiński.
W środę mecz w Lublinie. W hali Globus spodziewana jest duża frekwencja, dwa pierwsze mecze oglądało tam ponad 7 tysięcy fanów obu drużyn. – Własny parkiet nie ma w tym finale znaczenia. Legia wygrała 13 z ostatnich 14 meczów wyjazdowych, to się nie bierze z niczego. Oczywiście, my w domu też gramy całkiem przyzwoicie, natomiast myślę, że w takiej serii, kiedy gra się co dwa dni, najważniejsza jest mentalność – dodał szkoleniowiec Startu.
W tej serii nie brakuje ciekawych historii. Między trzecim i czwartym meczem do Belgradu wyjechał Aleksa Radanov. Serb udał się na kilkanaście godzin do stolicy swojego kraju, gdzie obecny był przy porodzie syna, a następnie wrócił do Warszawy i prosto z lotniska udał się na piątkowy trening drużyny. Zupełnie inaczej miały się sprawy z Tevinem Brownem ze Startu. Amerykanin wyjechał do USA na pogrzeb bliskiej osoby, wrócił błyskawicznie i był dostępny w pierwszym meczu finałowym. – Jak powiedział mi o tej sytuacji, to nawet się chwili nie zastanawiałem. Są takie sytuacje życiowe, że nie ma co dyskutować. Po prostu trzeba się zachować jak człowiek – mówił trener Kamiński, który kilka lat wcześniej sam przeżył podobną sytuację. Brown, który błyszczał w play offie, po powrocie z USA nie bardzo mógł się odnaleźć. W trzech ostatnich meczach średnio zdobywał ledwie 6 punktów w meczu. Radanov po powrocie z Serbii też gra bardzo przeciętnie, w dwóch ostatnich meczach zdobywał odpowiednio 7 i 3 punkty, miał też sporo strat.
Kto może zostać MVP finałów? Po trzech pierwszych meczach jednym z głównych kandydatów do nagrody był Andrzej Pluta, który nie schodził poniżej solidnego poziomu. Reprezentant Polski zupełnie jednak zawiódł w poniedziałek, to głównie jego indolencja rzutowa przesądziła o porażce warszawian. Pluta z dystansu chybił wszystkie 8 rzutów, a w całym meczu uzbierał tylko 4 punkty. Obecnie najważniejszymi pretendentami do tytułu MVP są Belg Emmanuel Lecomte i Gwinejczyk Ousmane Drame (w Lublinie) oraz Amerykanin Kameron McGusty (w Legii). Do tej gry próbuje włączyć się też Tyran De Lattibeaudiere (Start). Jamajczyk, który przed rokiem grał w Legii, pokazał w poniedziałek kilka niesamowitych zagrań. – Mieliśmy kilka zaciętych meczów w finale, ale w tym spotkaniu byliśmy po prostu przygotowani na zwycięstwo. Mam na myśli przygotowanie mentalne, skupienie, nietracenie koncentracji. Nie traktuję tego meczu jak rewanżu za coś, bo występowałem w Legii. Gdziekolwiek gram, zawsze chcę wygrać – mówi potężny koszykarz.
Przed nami jeszcze co najmniej dwa mecze, a maksymalnie trzy. Najbliższy w środę w hali Globus. Początek o godzinie 20.30.
(p)
