Kryptoprezes

REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

„Zondzi w Szczecinie”, zondzi w...

Tu i ówdzie jeszcze rządzi, ale... już nie wypłaca.

Tak chytrze i niby zabawnie reklamowano się od pewnego czasu na bandach stadionów. I mało kto zwracał uwagę, że akurat na bandach. A od bandy dość blisko przecież do... gangu. I takich samych metod.

Zabawa z ortografią? Niestety, także zabawa z logiką łatwowiernych i zabawa z polskim sportem. A ten od lat 50. ubiegłego wieku kojarzy się u nas z pewną grą losową. To Totalizator Sportowy, zwany potocznie totolotkiem. On pierwszy podpiął się pod sport. Reklamował się, przekonywał, że wspiera 49 dyscyplin, przy okazji trochę zarabiał, a z odsetek budował nam obiekty. Nęcił wygranymi, kusił Polaka szaraka, bo obiecywał mu milion co tydzień. I miał te miliony! Biednych, którym po cichu trzepał kieszenie, bo trudno napisać, że drenował, skoro wtedy przeciętny obywatel ledwie „wiązał koniec z końcem za te polskie dwa tysiące”.

„To jest gra, jednemu zabierze, drugiemu da”. Zapomniane już hasło cwaniaków, nie tylko z bazaru Różyckiego na warszawskiej Pradze. Byli prawie na każdym targu, w co drugim miasteczku. Proponowali zabawę z kośćmi i trzema kubkami albo ze znaczonymi kartami. Zawsze zatrzymywali się przy nich biedni i łatwowierni, bo prosty człowiek zawsze szuka łatwego zarobku. Bawiono się z nimi często za ich ostatni grosz...

W ogłoszeniach prasowych w nieodległym wciąż jeszcze PRL roiło się też od prostych kryptozachęt. Kilka słów-kluczy i wszystko było jasne! „Powracający z zagranicy” i numer telefonu. I każdego dnia dziesiątki takich anonsów, nie tylko w „Życiu Warszawy” i „Expressie Wieczornym”, także w prasie lokalnej. Młodszym tylko przypomnę, że wówczas nikt nie mógł oficjalnie sprzedawać dolarów, a euro jeszcze nie było. Posiadacz tzw. waluty dawał do zrozumienia, że chętnie zamieni to, co mu zostało z zagranicznego wypadu, oczywiście po kursie nieoficjalnym. Chętnych nigdy nie brakowało. Tak zyskiwał powracający i ten wybierający się akurat na ekskluzywne zakupy do Pewexu lub Baltony.

Później, znacznie później, bo jakoś na przełomie wieków, weszli do tej brudnej gry bukmacherzy. Szukają codziennie i wszędzie „prawdziwych kibiców”, ale tak naprawdę szukają pierwszych naiwnych. Oferują pakiety powitalne w tysiącach złotych, kwotach łatwych do zapamiętania: 3333, 2222, 1111. Sporo niby dają na dobry początek, by wciągnąć każdego nieszczęśnika do hazardu. Uzależnić jak od wódki, papierosa lub narkotyku. A potem wyczyścić portfel, załamać psychicznie i zniszczyć życie...

Każdy chciałby mieć więcej niż ma. Tacy jesteśmy. A nikt nie chce wiedzieć, że za cwaniaków forsy nikt nie odda i długów nie spłaci, zostaje się z nimi sam na sam. Marzy mi się i jest też to pewnie rodzaj naiwności, że sport uwolni się jeszcze za mego życia od hochsztaplerów i udawanych dobroczyńców, którzy znikają z pieniędzmi łatwowiernych lub chciwych kibiców. I nigdy więcej nie będą brukać idei olimpizmu.

Gra jest dziś jednak o większą stawkę niż te tysiące złotych. Idzie o natychmiastowe pozbycie się raz na zawsze prezesa PKOl, symbolu degeneracji sportu, a właściwie kryptosportu. Nie mogę pojąć, jak to jest możliwe, że tylu zacnych w zarządzie komitetu, z tak znanymi nazwiskami i przez tak długo nie może się pozbyć szkodnika ze swego grona. Kryptoprezesa – nie mogę inaczej napisać, gdyż nie ma jeszcze 22:00.

Jedno jest pewne! Nie ma sensu wymieniać tego nazwiska.

Zondacrypto im. Jana Pawła II. Diabeł by tego nie wymyślił... Fot. x.com

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się