Królowa Śląska, czyli rojenia fantastów
MUCHA NIE SIADA, czyli cotygodniowy felieton Tomasza Muchy
Nie dogodzisz polskiemu kibolowi futbolowemu. W Bytomiu Polonia miała najlepszy sportowy rok od przeszło dekady – najpierw awansowała do I ligi, a następnie praktycznie ją podbiła, zostając na koniec roku jej wiceliderem. Tyle że na klubowych, miejskich i fachowych internetowych forach dominuje lokalna drwina, szydera, frustracja i zwyczajny wkurw.
Powody tej „euforii” są dwa. Pierwszy taki, że klub wypuszcza w świat trenera, czyli mózg i głównego autora sukcesu. Drugi, że bytomski stadion – a właściwie orlik – jest stanowczo za mały na ambicje, a tu przecież ekstraklasa już na horyzoncie! I co ty władzo na to?! Prezydencie, kurnik postawiłeś, nie ośmieszaj się! – da się słyszeć tu i ówdzie.
Co do pierwszego sam jestem „pęknięty” i w części podzielam kibicowskie żale znad Bytomki, ale muszę tu odwołać się do banałów lub rzeczy powszechnie w futbolu (czy szerzej, w sporcie w ogóle) uznanych za standardowe. Moim zdaniem jednak pożegnanie się w trakcie trwania kontraktu, opuszczenie w połowie sezonu podopiecznych i rozbudzonej lokalnej społeczności nie równoważy – podkreślam: moim zdaniem! – prawa do osobistej wolności, do wyboru życiowej drogi, zmiany na lepsze dla siebie. Ale nie zawrócimy rzeki kijem i nie zaczniemy wymagać od kogokolwiek lojalności, która zawsze jest na straconej pozycji wobec siły pieniądza, i ambicji pewnie też.
Więc pomimo zgrzytu w zębach Łukasz Tomczyk ma prawo skorzystać z awansu sportowego, finansowego i prestiżowego, ma prawo skonsumować w porze dla niego najlepszej efekt swojej znakomitej pracy, wyrobionej marki, ma prawo czerpać garściami ze swoich pięciu minut (oby trwały jak najdłużej!). Dokładnie tak samo jak w sportowym światku ma się dobrze niepisana zasada, że działacze zwalniają (mają prawo?) trenerów przed upływem kontraktu, gdy przestają im się podobać. Sam Tomczyk lubi przypominać, że gdy dwa lata temu z haczykiem obejmował Polonię jako ledwie asystent poprzednika, ci sami kibice, którzy dziś chcieliby go zatrzymać siłą, a niektórzy posądzają nawet o zdradę – pytali się, kim jest i jak wygląda. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, kim zacz i jak się czesze.
Co do drugiego, stadionowego powodu będę już bezkompromisowy, bo głupstwa pleciecie, bytomianie! Ledwo wypełniacie te tysiąc krzesełek, które macie, a już wam się roi Bóg wie co, jakieś Camp Nou czy inny Emirates Stadium! Za chwilę będziecie mieć trybuny na ponad dwa tysiące widzów i chciałbym zobaczyć je pełne na każdym meczu, a nie tylko na Wiśle, Ruchu czy Śląsku (oby!).
To, że ktoś ma ambicje gry w ekstraklasie, nie znaczy, że powinien się na nią od razu „asić”. Jasne, drużyna może i ma już potencjał, ale to jeszcze za mało. Polonia była już tak wysoko nie tak dawno temu, bo w pierwszej dekadzie XXI wieku, i skończyło się to totalnym upadkiem, milionowymi długami (już nie do spłacenia) oraz zrujnowanym stadionem, którego korona dziś służy za parking dla „orlika”. I tylko przychylności zarządców śląskiego futbolu Królowa Śląska nie musiała zaczynać wszystkiego od nowa niżej niż piąty poziom rozgrywkowy. Pamięć jednak – jak widać – jest krótka. Poza tym, dlaczego miasto – a więc płatnicy lokalnych podatków – ma ponosić ciężar budowy obiektu na 10 tysięcy widzów i jeszcze utrzymywać zawodowych kopaczy? Nie ma takiego obowiązku, co więcej – nie powinno w ogóle ich dotować!
Właśnie mamy do czynienia z bezprecedensowym oskarżeniem przedstawicieli poprzednich władz Chorzowa o niedozwolone przelewanie kasy na klub Ruch, co – jeżeli zapadłby wyrok skazujący – może zachwiać podstawami finansowania sportu wyczynowego w całym kraju. Wszystko wskazuje na to, że prokuratura okręgowa w Katowicach jednak się wygłupiła i zarzuty – mam nadzieję, podobnie jak przed tygodniem na naszych łamach wyłuszczał to były piłkarz, a dziś prawnik, Robert Kiłdanowicz – zostaną oddalone. No chyba, że okaże się, iż dotacje miały ukryty cel, czyli kibolskie ustawki, narkotyki i inne ekscesy…
Nie znaczy to jednak, że na życzenie „lobbystów” samorządy lokalne mają żywić zawodowych sportowców, z naciskiem na najbardziej rozpuszczoną grupę, czyli kopaczy. Jeden z byłych wiceprezydentów Chorzowa tłumaczy, że skoro miasto może dotować teatr, operę czy inne ośrodki kultury, z których korzysta lokalna społeczność, to dlaczego nie może dotować klubu piłkarskiego – na tej samej zasadzie. I wypada się z nim zgodzić, ale tylko częściowo.
Problem leży gdzie indziej, jest natury moralnej, bo nie znam aktora czy innego pracownika kultury w żadnym mieście, który zarabiałby kilkadziesiąt tysięcy złotych i to miesięcznie (!). A tyle właśnie – i to nie są wyjątki – zarabiają piłkarze w klubach I ligi, w domyśle, że ci ekstraklasowi jeszcze więcej. Więc miejskie podatki na szkolenie dzieci i młodzieży – jak najbardziej, ale już miejskie pieniądze na zawodowców kopiących w gałę – nigdy! To jest demoralizacja i społeczny kryminał, a każdy prezydent czy radny, który na to przyzwala, powinien zostać oddelegowany może nie od razu do paki, ale z marszu na polityczną emeryturę.
