Kraj jakby inny
REMANENT - Jerzy Chromik
Głębokie dzieciństwo. Pierwsza gwiazdka. Tajemnica niepowtarzalnego wieczoru. Siano pod obrusem. Zapach letniej łąki przy temperaturze minus dwudziestu stopni Celsjusza za oknem. Rodzina przy wigilijnym stole. I dziadek przebrany za Mikołaja? Nie znałem żadnego dziadka. Odeszli, zanim zobaczyłem pierwszą choinkę. Zanim powiesiłem pierwszą bombkę i zanim zapaliłem pierwszą świeczkę w lichtarzyku. Jak to? Świeczka w lichtarzyku? Nie było lampek ledowych? Ano nie było...
A jak było? Wosk kapał sobie bez kontroli na ozdoby świąteczne. Oblewał zrobiony przez mamę łańcuch z kolorowego papieru i roztapiał tzw. włos anielski. A na górze drzewka była obowiązkowa gwiazda, choć na co dzień było ich pełno. Głównie czerwonych na pomnikach i cmentarzach. Karp z wanny zatłuczony młotkiem był największym luksusem wielu rodzin. Takie były moje święta. Taki był ten mój świąteczny dom u babci na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku. A przed i po świętach było wtedy tak, jak w piosence Krzysztofa Daukszewicza – „I to jest mój kraj”.
A dziś? Kraj niby inny. Nie tylko ten za miastem. Ale kontaktu przy wigilijnym stole bardzo brak. Zwłaszcza myślącym. Nawet stół bywa niepotrzebny. Jest też nowy kłopot – z ulokowaniem komórki. Nikt już nie odwołuje się do savoir-vivre’u i nie pyta, czy wypada trzymać smartfon obok noża. A może telefon powinien być po lewej stronie, blisko widelca? Jedno jest pewne! Powinien być pod ręką, bo to, co ma do powiedzenia ten bliski obok ciebie, jest bez znaczenia. Ważne jest to, co na czacie. U tych wirtualnych przyjaciół...
Trzypokoleniowy stół wigilijny to teraz rzadkość. Każdy ma swoje wymówki, by nie usiąść razem z bliskimi. Kusi tania Teneryfa, a nawet drogie Zakopane z zatłoczonymi do granic rozsądku Krupówkami. Bo Wigilia to teraz zbędny obowiązek, a nie ma już mamy na tym świecie, a jeśli jeszcze jest, to nie już ma sił, by ją nam przygotować. Barszcz z uszkami? Po co? Jest pizza za rogiem. Dowiozą ją na chińskim motorowerze, roztrącając przechodniów, usłużni, groźnie zakapturzeni chłopcy z Pakistanu lub Sri Lanki.
Dziś nie ma już sensu czekać na tę jedną jedyną gwiazdę, bo mamy pełno gwiazd przez cały rok. Niestety także w dzień. Te nie potrzebują osłony nocy. Gwiazdą staje się i nie tylko dla dziennikarzy sportowych każdy, którego nazwisko tysiąc razy w roku zostanie wymienione w mediach społecznościowych.
Nie ma też Mikołajów. Są, jak w Poznaniu, gwiazdorzy. Gwiazdor to pewnie trochę więcej niż gwiazda. Może nawet konstelacja gwiazd. Gwiazdor to gwiazda, ale taka, która... „gwiazdorzy” i ma co najmniej milion followersów. Na Instagramie lub TikToku. Nie mylić z tiki-taką Guardioli.
Dewaluacja pojęć, odwrócenia znaczeń. Rozerwane stare i nierozdzielne kiedyś zwroty frazeologiczne. Za kilka dni tytuł filmu „Pół żartem, pół serio” też będziemy musieli zapisywać inaczej. Właśnie tak: półżartem, półserio. Słucham więc dla odtrutki Mistrza Mowy Polskiej i Ambasadora Polszczyzny, mego Przyjaciela w słowie.
- Pociemniał blask i moc truchleje, radio nadaje o pokoju, znak to, że musi – idą święta – kiermasz dobroci i nastroju. Niebieski Panie, Dyrektorze, nim się pojawi pierwsze danie na wigilijnym, białym stole, znajdziesz coroczne moje podanie. Być może po mnie pozostanie tak popularne dziś niewiele, nie jest tak trudno trafić z życiem między UNESCO a skup butelek. Więc nie ma sensu ni powodu, abym cię prosił o ratunek, to tylko moje małe sprawy, ty masz na głowie ten gatunek. Niebieski Panie, Dyrektorze, gdzieś między karp, a śledź w śmietanie składam co roku, mimo wszystko, to podniszczone już podanie.
Zamień mój żal na bal, na bal, a sny pozamieniaj na dni. Dla Ciebie to kwestia zmiany liter, dla mnie to życie.
Mnie też jest smutno, nie do śmiechu. Remanent życia nie daje coraz częściej o sobie zapomnieć. Cieszy coraz mniej zjawisk, bo świat stoi na pomarańczowym i nie wiadomo, czy zapali się czerwone, czy zielone. 24 grudnia wyjrzę jednak znowu przez okno w poszukiwaniu tej jednej jedynej gwiazdy, stojąc obok tej jednej Jedynej.
Łączy nas choinka. Na tej są nadal ozdoby z lat 1957-1960. Fot. BCH
