Koniunktura się skończyła. Gram słabiej...

Rozmowa z Dariuszem Dziekanowskim. W 1984 roku poruszyła całą sportową Polskę.

Fot. PAP

Odnoszę wrażenie, że grasz w koszulce z numerem dwadzieścia jeden...

- Po przyjściu do Widzewa każdy chciał mi udowodnić, że nie mam prawa nosić nawet takiej z dziesiątką. Nie bez znaczenia była rubryka w dowodzie osobistym – miejsce urodzenia. W Łodzi cierpią na kompleks stolicy. Pogodziłem się już z tym, że nie zapomną mi tej kwoty do końca moich piłkarskich dni.

Za Jana Karasia zażądali już więcej...

– Z utęsknieniem czekam na dzień, w którym zapłacą za kogoś więcej. Zadzwonię do niego i zapytam – Jak się czujesz w roli milionera? Wtedy przestanę być symbolem piłkarskiego obłędu i będę grał nie gorzej niż przed transferem.

Musiałbyś mieć obok siebie Krzysztofa Barana i Marka Banaszkiewicza.

– To się już nie powtórzy. Wspomnienia. Żaden z nas nie miał wówczas nic do stracenia, a wszystko do zyskania. Gwardia to typowy klub przejściowy. Tam można było zdobyć nazwisko, ale trudno w nim pozostać i liczyć się w Polsce. Wraz z zamknięciem tamtego rozdziału zniknęła radość, zgubił się entuzjazm i młodzieńcza fantazja. Kilka miesięcy przed moim odejściem pewien działacz powiedział mi, że wezmą za mnie kilkanaście milionów. Nie wierzyłem, że może to być więcej niż pięć.

Z Racławickiej bliżej było na Łazienkowską...

– Marzyłem o grze w Legii od młodzieńczych lat. Najlepsze swoje mecze rozegrałem na jej stadionie. Wydawało mi się jednak, że mimo plejady głośnych nazwisk długo nie będzie ona drużyną zdolną do pokazania się w Europie. Takie gwarancje dawał Widzew.

Magnesem był Boniek?

– Nigdy nie upodobniałem się do nikogo. Cenię swoją osobowość.

Portierka w ośrodku „Buk” powiedziała, że najmniej przyjemny z kadry był Dziekanowski.

– Niewielu przypadam do gustu. Nie szukam okazji do integracji w alkoholowych libacjach. Mam trudny charakter. Coś z autokraty, a nawet z despoty. Zjawiska i osoby mierzę własną miarą. Nie jestem ani flegmatykiem, ani sangwinikiem. Dziękuję naturze za cechy właściwe cholerykowi. Większości to nie odpowiada.

Smolarkowi też?

– To przykre, ale taka jest prawda. W Indiach mieszkaliśmy razem przez dwa tygodnie, a nie wymieniliśmy więcej niż dziesięć zdań. W trakcie meczu z GKS Katowice Smolarek podbiegł do Władysława Żmudy i zagroził, że zdejmie opaskę kapitana, jeśli jeszcze przez chwilę będę grał. Schodząc z boiska, kopnąłem piłkę w stronę trenera. Dla mnie przestał definitywnie być autorytetem.

Nie błyszczałeś jednak w tym spotkaniu.

– Zgoda. Nic mi nie wychodziło, ale próbowałem. Mogłem tak jak inni unikać gry, uciekać od piłki. Chciałem coś zrobić i zostałem ukarany przez trenera, który ugiął się pod presją kolegi z reprezentacji.

Zabrakło was obu w Pescarze w meczu z mistrzami świata.

– Piechniczek nigdy na mnie nie stawiał. Nie jestem w jego typie. Podczas treningów i odpraw ośmieszał mnie przed drużyną. Były docinki. Pewnego razu rzucił w kąt szatni moje korki. Nie podobało mu się, że upierałem się, aby na twardej płycie grać w lanych korkach, a nie wkręcanych. Poszedłem wtedy do jego pokoju i poprosiłem, aby mnie nie wystawiał do gry, jeśli towarzyszyć temu ma podważanie moich umiejętności. W ostatnich meczach strzeliłem pięć bramek. Nie to jednak decyduje o powołaniu do kadry. Na łamach „Sportu” selekcjoner stwierdził, że śnią mu się po nocach moje niewykorzystane sytuacje w meczu z Albanią. Ani jedna, ani druga nie była stuprocentowa. Dziwne, że nie śni się bezradność Żmudy. Przed ustaleniem składu ekipy wyjeżdżającej do Włoch miała miejsce konsultacja z trenerem Widzewa. Wątpię, aby polecał moje usługi.

Miał jakieś powody, aby życzyć ci źle?

– Studiuję zaocznie w warszawskiej AWF. Po meczu z GKS poprosiłem o zwolnienie z dwóch treningów, bo miałem tam obowiązkowe zajęcia. Władysława Żmudy to nie interesowało. Zmuszony byłem wyjechać bez jego zgody. Odbyło się więc głosowanie drużyny nad moim niecnym postępkiem. Postawiono wniosek, aby odsunąć mnie od udziału w kolejnym meczu ligowym z Motorem. Raz jeszcze okazało się, że to nie trener decydował o składzie. Zagrałem.

Nie spełniasz pokładanych w tobie nadziei...

– Każde moje złe zagranie jest widoczne i napiętnowane. Inni mogą być niezauważalni. Podczas pucharowego meczu w Nowej Rudzie gwizdano i obrażano nas słownie. Niewiele brakowało, aby kilku dostało czerwone kartki. Okazali się nieodporni. A ja gram w takich warunkach stale. Są tacy, którzy za wygrane mecze kwitują więcej banknotów, a strzelania goli wymaga się ode mnie. A może na listę strzelców wpisałby się Romke lub Kamiński? Klasa wielkich drużyn polega na tym, że każdego stać na ustalenie wyniku meczu. Obok mnie gra jeszcze dziewięciu zawodników w polu, którzy uważają się za gwiazdy Widzewa tylko dlatego, że kiedyś byli giermkami Bońka. Widzew bez Smolarka nie różni się od Radomiaka.

Ale przecież wyeliminował Borussię?

– Erefenowcy zlekceważyli nas w drugiej połowie meczu w Mönchengladbach i za to zostali ukarani. Mieli dwa do zera i kilka doskonałych okazji do podwyższenia wyniku. Ruszyliśmy do przodu, bo wszystko już było stracone. Poza tym łatwiej nam grać z rywalami zachodnimi, których w twardej walce można rozbić.

Ze wschodnimi idzie już gorzej...

– Przesłano nam taśmy magnetowidowe z Lizbony. Obejrzeliśmy dwa mecze Dynama z Portugalczykami. Do naszej świadomości dotarło, że Białorusini walczą ciałem nie gorzej od nas, a nawet lepiej. Pod względem wyszkolenia technicznego od nich odbiegamy. Wyszło z drużyny powietrze i już przed spotkaniem w Łodzi było po meczu. Poczucie bezsilności nie sprzyja husarskim szarżom.

Kilka zegarów łódzkich stanęło. Czas się zatrzymał?

– W klubie żyją starym Widzewem. A z tamtego zespołu pozostał jedynie Smolarek i wspomnienia. Odeszli ludzie z charakterem. Tłokiński, Boniek, Surlit i inni. Pozostali tacy, którzy przy indywidualnościach byli statystami. Na ich barki zrzucono ciężar utrzymania reputacji. Bardzo chcieli się z tego wywiązać, ale same chęci nie wystarczają. Nieudolne naśladownictwo jest komiczne. Jeśli ktoś wkłada koszulkę z numerem dziewięć, udaje ruchy Bońka, a nie gra tak samo, to jest tylko smutnym clownem. Pieniądze zaś bierze takie same jak oryginał.

Zespół, w którego składzie wybiegałbyś z radością na murawę...

– Cenię Brazylijczyków i w ogóle południowców. U nich jest satysfakcja z gry, piękne gole, sztuczki techniczne i luz. Taką piłkę chciałbym grać, ale w Widzewie jest to na razie niemożliwe. Za dużo jest rzemieślników. Podstawą do wyjścia na boisko był pokaz kulturystyczny. Ci najbardziej umięśnieni i spięci, na których trzeszczą koszulki i spodenki, wychodzili, bo dawali gwarancje zwycięskiej walki wręcz. Zapomniano, że można pokonać przeciwnika sposobem, fortelem. Rozum z pomysłem zostawały na ławce rezerwowych. Dlatego nie było przemyślanych piłek z drugiej linii, dostatecznej liczby precyzyjnych dośrodkowań ze skrzydeł adresowanych przez bocznych obrońców. Oni tego nie umieją...

A ile umie Dziekanowski?

– Na pewno brak mi przebojowości. Zatraciłem pewność siebie. Kiedyś nie zastanawiałem się, jak minąć obrońcę. Zanim zbliżyłem się do niego, już widziałem go za sobą ze zdziwioną miną. Sporo do życzenia pozostawia szybkość startowa, chociaż w kadrze lepsze wyniki miał tylko Smolarek. Nie potrafię wejść „na trupa” w pole karne rywala. Raz to zrobiłem i zamiast gwizdka sędziego były gwizdy widowni. Nigdy nie będę też dobrym myśliwym, łowcą bramek z dobitek. Nie mam zmysłu Gerda Müllera.

Czy czas zechce być twoim przyjacielem?

– Muszę w to wierzyć, bo inaczej nie mógłbym spojrzeć w lustro przy goleniu. Widzę piłkę, która rwie siatkę po moim strzale. Czekam na takie mecze i gole. Wtedy podejdę do linii bocznej i spojrzę w oczy łódzkich kibiców z pewnością Kozakiewicza.

Na razie widownia tego się nie obawia.

– Tak. Gwiżdżą i pytają, ile jestem wart? Czasami mam chęć pójść do zakładu pracy takiego klienta, zobaczyć jak on pracuje przy swoim warsztacie. Co mu daje moralne prawo lżenia innych. Przecież mógł w wieku dziewięciu lat, tak jak ja, postawić na sportową kartę. Na początku tej drogi nie trzeba mieć milionów złotych, a tylko parę trampek. Niejeden wolał wagary i wino w krzakach. Teraz pozoruje pracę, a potem kupuje bilet na mecz i ubliża innemu człowiekowi. Mnie też ponosi, gdy oglądam w sklepie buty z odstającą podeszwą.

Pojawia się kolejny trener w twojej karierze...

– Nie wyciągnąłem chusteczki podczas pożegnania i nie będę ocierał łez. Nie mam Żmudzie nic do zawdzięczenia. Inni owszem. Mieli pewne miejsce w zespole, bo potrafili wykorzystać fakt, że Żmuda boi się własnego cienia. Zdarzało się, że podczas zmiany jego ręka pozostawała zawieszona w powietrzu i słyszał przekleństwo. U którego szkoleniowca taki zawodnik grałby w następnym meczu? Teraz wielu „etatowcom” zajrzał w oczy strach. Nie są pewni swego. Mnie to nie dotyczy. Wyjdę na boisko nawet wtedy, gdy Widzew poprowadzą Lucyfer z Borutą.

Dlaczego nie zrywasz folii z tylnego siedzenia swego nowego renault 9?

– To daje mi pewność, że kilku z drużyny ma bezsenne noce. Przez rok jeździłem fiatem z warszawską rejestracją. Romke w tym czasie zmienił pięć samochodów. Wraga miał dziewiętnaście lat, kiedy usiadł za kierownicą golfa. Wiem, że wielu nie może mi wybaczyć nowego zakupu. Ludzka zawiść.

Nie masz wyrzutów sumienia przy kasie?

– Po przyjeździe do Łodzi zagrałem trzy dobre mecze. Następne były o wiele gorsze. Poszedłem do trenera i położyłem przed nim pięćdziesiąt tysięcy złotych. Poprosiłem, aby oddał je tym, którzy na nie zasłużyli.

Na Piotrkowskiej bywa niesympatycznie...

- Wsiadam wtedy do samochodu i wyjeżdżam do stolicy na dyskotekę. Po minięciu tablicy z napisem „Warszawa” otwieram szybę i powiew innego powietrza wpływa na mnie kojąco. Za dwie godziny czuję się jednak znów łodzianinem.

Masz już za sobą kwarantannę?

– Łódź to nie Antarktyda i nie rozumiem tych, którzy rozprawiają o mojej aklimatyzacji. Dwa i pół roku trzeba było, abym został, w wieku dwudziestu jeden lat, kapitanem Gwardii. A tolerowało mnie niewielu. Docenili jednak umiejętności piłkarskie. Tutaj też przyjdzie dzień, że nikt nie podniesie ręki w głosowaniu przeciwko mnie. Bariera niechęci będzie przełamana. To kwestia czasu i kilku bramek w ważnych meczach.

Dobry piłkarz przyjmuje się w każdej drużynie...

– Ale kwiaty więdną wśród chwastów. Też prawidłowość.

Macie za sobą wybór nowego kapitana zespołu. Na kogo głosowałeś?

– Na Kamińskiego. Zgłosiłem jego kandydaturę, bo uważam, że drużyna musi mieć takiego reprezentanta, na jakiego zasługuje. Źle jest wtedy, gdy przypadkowi ludzie, którym się udało, stają się „wiceprezesami” klubu z własnej nominacji.

Był ponoć plan budowy miniosiedla dla piłkarzy Widzewa...

– Wielu chciało już wpłacać gotówkę. Wyszedłem z tego zebrania, bo nie znoszę zakłamania i obietnic bez pokrycia. Były tygodnie, że chciałem odejść do Lecha lub Legii. Dopiero wtedy prezes okazał się skory do dotrzymania zobowiązań.

Zaskakuje mnie ostrość i szczerość twoich wynurzeń...

– Pływam w niechlorowanej wodzie i bolą mnie oczy od czytania wywiadów, w których z woli redaktorów powstał obraz Dziekanowskiego tęskniącego za Starówką i bezradnego przy patelni z jajecznicą. Zaciskam pięści, gdy wysłannik jakiejś gazety pyta mnie, co będę jadł podczas świąt. Odpowiadam wtedy, że wyłącznie łososia i to pasuje do wyobrażeń żurnalistów na mój temat. Papier wytrzyma nawet fakty z przetrąconym kręgosłupem. To kwestia intencji piszącego. Jeśli strzelę bramkę, to zawsze można zapytać, dlaczego nie podawałem koledze. Jeśli uderzę głową, to będą głosili, że powinienem nogą. W większości ci sami, którzy obwołali mnie drugim Lubańskim, piszą teraz, że nie mam pojęcia o piłce nożnej. Kiedyś śmiałem się, czytając o moich rewelacyjnych występach. Tymczasem byłem cieniem samego siebie. Koniunktura się skończyła. Gram słabiej.

Rozmawiał
JERZY CHROMIK
Tygodnik „Sportowiec”, 25 grudnia 1984
"REMANENT", tom 1, Wyd. SQN, Kraków, listopad 2021


Okładka numeru "Sportowca" - na zdjęciu słynny tenisista stołowy, nieżyjący już niestety Andrzej Grubba - w którym ukazał się wywiad z Dariuszem Dziekanowskim.