Kompromitacja
W pierwszym w tym sezonie meczu przed własną publicznością kandydat do awansu został upokorzony przez ekipę z Podkarpacia.
Wobec walecznej postawy rzeszowian, nawet taki as jak Emmanuel Agbor (z prawej) wypał bardzo blado... Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus
Podobnie jak przed tygodniem w Kleczewie, Zagłębie musiało gonić wynik i podobnie jak w meczu z Sokołem, przy pierwszej bramce zawinił Kacper Siuta. Nie poradził sobie ze słabym uderzeniem Patryka Romanowskiego, sparował piłkę do środka, co z zimną krwią wykorzystał Jan Silny, uprzedzając Roko Kurtovicia. Niespełna 10 minut po tym „wyczynie” Siuta sfaulował poza polem karnym Kornela Rębisza i obejrzał czerwoną kartką. Boisko opuścił Linus Ronnberg, a jego miejsce zajął Mateusz Kos, dla którego był to pierwszy mecz w pierwszym zespole Zagłębia od niemal roku. Zanim rutynowany golkiper wybiegł na murawę, co bardziej spostrzegawczy kibice dostrzegli, że miał spore problemy z nałożeniem bluzy. Można tylko domniemywać, czy skurczyła się w praniu, czy przyczyna takiego stanu rzeczy była zgoła inna...
Pierwsza interwencja 38-latka była skuteczna, ale jeszcze przed przerwą musiał wyciągnąć piłkę z siatki i Zagłębie przegrywało po raz drugi, bo wcześniej - w dość niecodziennych okolicznościach - na moment wyrównało. Kurtović wyekspediował futbolówkę na „uwolnienie”. Powalczył o nią Emmanuel Agbor, sprytnie ograł Mateusza Geńca i pognał na bramkę, kończąc szarżę skutecznym trafieniem. Jak się potem okazało, był to ostatni radosny moment dla piłkarzy z Sosnowca oraz ich kibiców, którzy liczyli na komplet punktów.
Grające w dziesiątkę Zagłębie po przerwie było już tylko tłem dla kapitalnie grających gości, bezlitośnie wykorzystujących błędy miejscowej defensywy. Dobrze, że nad kompletnie blamującą się ekipą z Sosnowca ulitował się arbiter, który do drugiej połowy nie doliczył nawet minuty. Tym samym sosnowiecka seria bez wygranej na własnym boisku wydłużyła się do pięciu. Po raz ostatni sosnowiczanie wygrali u siebie 5 kwietnia, kiedy pokonali Olimpię Elbląg. Potem w żadnym z pięciu kolejnych gier, wliczając sobotnią kompromitację, nie byli w stanie podnieść z murawy kompletu punktów. Okazję do rehabilitacji będą mieli już we wtorek o 16.30 w Krakowie, gdzie w ramach rundy wstępnej Pucharu Polski podejmie ich Hutnik.
OCENA MECZU ⭐ ⭐ ⭐
◼ Zagłębie Sosnowiec - Resovia 1:5 (1:2)
0:1 - Silny, 15 min, 1:1 - Agbor, 33 min, 1:2 - Geniec, 44 min, 1:3 - Bąk, 69 min (głową), 1:4 - Pieniążek, 81 min, 1:5 - Banach, 88 min
ZAGŁĘBIE: Siuta - Szot, Matras, Kurtović, Gryszkiewicz (46. Dziedzic ) - Ronnberg (25. Kos), Mucha (46. Wasiluk), Zawojski (70. Boruń), Gogół, Agbor - Szykawka (82. Snopczyński). Trener Marek GOŁĘBIEWSKI.
RESOVIA: Tetyk - Rębisz, Banach, Szymocha, Geniec (57. Grasza), Romanowski (82. Hanc) - Jokel (82. Banach), Bąk, Małachowski, Jaroch (77. Pieniążek) - Silny (77. Bałdyga). Trener Piotr KOŁC.
Sędziował Patryk Świerczek (Brzesko). Widzów 4928.
Żółte kartki: Szot - Geniec, Bąk, czerwona Siuta (22, faul taktyczny).
GŁOS TRENERÓW
Marek GOŁĘBIEWSKI: - Szkoda, że nie utrzymaliśmy remisu do przerwy. Gol na 1:2 podciął nam skrzydła, czego konsekwencją były kolejne bramki. Otwieraliśmy się, bo chcieliśmy wyrównać, a skończyło się małym blamażem. Kibice nas wspierali do końca, ale do ich poziomu nie zdołaliśmy się dostosować.
Piotr KOŁC: - Czerwona kartka na pewno ułatwiła nam zadanie, ale już w pełnych składach graliśmy zadowalająco. Jedyny minus postawiłbym przy straconej bramce, bo daliśmy się ograć jak juniorzy.
Krzysztof Polaczkiewicz
