Kolosalna przepaść

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

Czytam wywiad red. Darka Leśnikowskiego z mieszkającym już 35 lat w Finlandii Tomaszem Arceuszem, byłym piłkarzem Motoru Lublin i Legii Warszawa (patrz str. 5). Pojechał za morze kopać piłkę, a bardziej konkretnie, i bez oszukiwania się, zarabiać dolary (czy – jak kto woli – fińskie marki), czyli na niezmiernie popularne niegdyś saksy. No ale kiedyś 20-30-40 dolarów stanowiło równowartość średniej miesięcznej pensji w Polsce, więc gdy komuś za granicą zaproponowano 2000-3000 (lub więcej) „zielonych”,mógł w kraju uchodzić za krezusa, a i za granicą biedy nie klepał. Finlandia może nie była pierwszym wyborem dla polskich piłkarzy, zwłaszcza w latach 70. czy 80., ale dla tych z drugiego szeregu, którzy nie łapali się na niemiecką lub choćby austriacką Bundesligę czy ekstraklasy francuską, hiszpańską, belgijską, holenderską itd., mogła być całkiem atrakcyjnym kierunkiem, podobnie zresztą jak inne kraje skandynawskie. Jak się rzekło, to kwestia wyłącznie ówczesnego przelicznika dewiz (pamięta ktoś jeszcze to zaczarowane słowo?) na złotówki, bo przecież o podniesienie własnego poziomu sportowego raczej nie chodziło, przynajmniej w rejonach północnej Europy.

Ale cóż ważnego i dającego do myślenia powiada Tomasz Arceusz ? Ano, komentując wszystko, co wiąże się z dzisiejszym rywalem Jagiellonii Białystok w Lidze Konferencji, a mianowicie Kuopion Palloseura, odnosi się do możliwości finansowych tego klubu i stwierdza bez ogródek: „Nie oszukujmy się: każdy zdobyty w tych rozgrywkach punkt to dodatkowe pieniądze, na skalę futbolu fińskiego niemałe. Bo budżety klubów fińskich i polskich dzieli kolosalna przepaść”.

Powtórzmy: kolosalna przepaść. Dziwić się, że polska ekstraklasa, choć niższe ligi także, stały się dla dziesiątek piłkarzy zagranicznych – w tym ze Skandynawii – ważnym punktem odniesienia; albo przystankiem, na którym da się godnie zarobić, albo odskocznią do lepszej ligi, oczywiście także lepiej płacącej.

Zresztą nie tylko o piłkę nożną chodzi. Prześledźcie ilu Finów gra w polskiej ekstraklasie hokeja na lodzie. Niby to biedna w naszym kraju dyscyplina, niby złakniona sponsorów i większego zainteresowania ze strony telewizji (żeby sponsorzy mieli się gdzie zareklamować), niby stęskniona za jakimkolwiek spektakularnym sukcesem, a jednak siłę przyciągania ma. No to wniosek z tego, że za frytki Skandynawowie, Czesi, Słowacy, Amerykanie, Kanadyjczycy w Polsce nie grają. A popatrzmy na koszykówkę, popatrzmy na siatkówkę...

Możemy – chyba nawet powinniśmy – wytykać to, że Polska ze standardem życia wciąż mocno odległym od Skandynawii stała się tak rozrzutna i hojna dla dziesiątek zagranicznych sportowców, a piłkarzy przede wszystkim, że chcą tu nie tylko zarabiać, lecz czasem także odziać się w biało-czerwone barwy i cieszyć się polskim paszportem.

Ale też powinniśmy zdobyć się na refleksję dalece poza sport wykraczającą - o drodze, jaką przeszła Polska w ciągu ponad 30 lat transformacji ustrojowej; od biedy, która skłaniała – czasem i przymuszała – do emigracji; żeby nie stać w kolejkach z kartkami na mięso w ręku, za byle jakim meblem, za lodówką, za żebraniem (czasem i poniżaniem się) o talon na małego fiata i tak dalej, i tym podobne. Choć oczywiście ważne też było poczucie i oddech wolności, z dala od ruskiego buta, który notabene znowu chciałby się na tę  naszą wolność zamachnąć...

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się