Kochała futbol jak Irlandię
Jak pod koniec XX wieku „organizowało się" wyjazd i pobyt na jednej z największych imprez na ziemskim globie...
Dwa dni przed mistrzostwami ochroniarz na nowojorskim stadionie nie tylko pozwolił mi wejść na murawę, ale nawet zrobił mi pamiątkowe zdjęcie. Fot. Archiwum Wojciecha Filipiaka
AMERYKAŃSKI SEN (CZĘŚĆ 1)
Poprzednie mistrzostwa świata bez Polaków odbyły się... 32 lata temu. W 1994 roku byłem w USA nie w barwach „Sportu”, ale jako łódzki wysłannik macierzystych redakcji „Głosu Porannego” i Radia Łódź. Polacy – tak jak obecnie – odpadli w eliminacjach, więc trasę Nowy Jork – Waszyngton – Boston – San Francisco – Los Angeles mogłem pokonać bez stresu, związanego z występem polskiej drużyny, by spokojnie obserwować jak grają inni i reagować na to, co się dzieje wokół mistrzostw.
15 akredytacji w kopercie
Odszukałem właśnie w domowym archiwum zakurzony plik „Głosów” z czerwca i lipca 1994 roku, a wodą mineralną i herbatą odświeżyłem pamięć. Postaram się pokazać, jak się wówczas pracowało – zdobywało informacje, szukało kontaktów na miejscu, pisało korespondencje w biurze prasowym i przekazywało je do macierzystych redakcji.
Przedtem jednak należało sobie taki wyjazd zorganizować. Ponieważ Polski na mistrzostwach nie było, PZPN dostał tylko 15 akredytacji prasowych. Mój „Głos” miał w środowisku dziennikarskim prestiż, ten etap udało się więc pokonać całkiem gładko. Akredytacje rozdzielano prawie w tym samym miejscu, co w latach PRL - w Warszawie na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu, ale w innym budynku – nie w Wydziale Prasy KC PZPR, a w położonej na przeciwległej stronie siedzibie Polskiej Agencji Prasowej, nieoficjalnej siedzibie Klubu Dziennikarzy Sportowych. To tam ówczesny sekretarz generalny PZPN, Michał Listkiewicz, przyniósł 15 kopert z formularzami akredytacyjnymi, jakie związek dostał od amerykańskich organizatorów. Starczyło dla gazet ogólnopolskich, ale także i dla lokalnych, bo oprócz Łodzi wysłanników na mistrzostwa miały również Rzeszów i Bydgoszcz.
Miękkie lądowanie
Większy kłopot był z budżetem. Właścicielem „Głosu” była spółka „Galtex”, znana wówczas z handlu ziemniakami z Rosją. Właściciel obiecał pieniądze, ale długo się z obietnicy nie wywiązywał. W dniu, w którym mijał termin wykupu zarezerwowanego biletu lotniczego, przyszedł jednak rano do redakcji człowiek z „Galteksu” i… wysypał na biurko zawartość plastikowej reklamówki: 70 milionów ówczesnych złotych w zmiętych banknotach – utarg ze sklepu nocnego na Piotrkowskiej, którym firma zarządzała. Miliony robią wrażenie, ale było to przed denominacją, a zawartość tej torby warta była 3 tysiące dolarów. Za mało na przelot i ponadmiesięczny pobyt w Stanach, resztę trzeba było więc załatwić „sposobem gospodarczym”, jak wówczas mówiono. W San Francisco mieszkała siostra sąsiada, w Nowym Jorku – koleżanka innej sąsiadki, wiedziałem, że w Bostonie mogę liczyć na pomoc trenerów łyżwiarskich Barbary Kosowskiej i Zdzisława Pieńkowskiego, których znałem z okresu, gdy Barbara szkoliła Grzegorza Filipowskiego. W Nowym Jorku na stypendium w redakcji „Nowego Dziennika” była akurat koleżanka z działu kulturalnego „Głosu”, a w dziale sportowym tej gazety pracował Jurek Gieruszczak z „Gońca Górnośląskiego”, którego znałem z zakopiańskich mistrzostw dziennikarzy w koszykówce. To oni przygotowali mi „miękkie lądowanie”, bo okazało się, że w tym mieście nawet w największych hotelach są pokoje nie tylko po kilka tysięcy, ale i po 60 dolarów za dobę. Co z tego, że na poddaszu, z widokiem na ścianę sąsiedniego drapacza chmur i ze wspólną łazienką na korytarzu? W słynnym „Waldorf Astoria” ten sam odźwierny usługiwał milionerom wysiadającym z limuzyn i dziennikarzom z Polski, liczącym nie tylko dolary, ale i centy.
I Ulster, i Eire
Podziwiać też można było sprawność organizacyjną biura podróży, które w Łodzi na Traugutta sprzedało mi bilet lotniczy na trasie Warszawa – Amsterdam – Nowy Jork – Boston – San Francisco – Los Angeles – Amsterdam – Warszawa. Kupiony trzy miesiące wcześniej bilet miał dokładnie wyznaczony dzień, godzinę i numer lotu na poszczególny odcinek i wszystko się potem zgadzało, chociaż nie było jeszcze internetu, a łączność z centralą rezerwacyjną w Atlancie odbywała się przy pomocy teleksu i telefonu. Moja pierwsza korespondencja miała tytuł „Szalona Patrycja jedzie na mecz”, a dotyczyła między innymi właśnie samego lotu.
Samolot KLM, który nazywał się - a jakże – „Krzysztof Kolumb”, wiózł na pokładzie piłkarzy norweskiego klubu Viking Stavanger i liczną grupę kibiców z Holandii. W pewnym momencie zrobiło się tak wesoło, że pilot włączył napis „zapiąć pasy”…
Gdzieś na środku Atlantyku dziewczyna z sąsiedniego rzędu, pewna Patrycja z Irlandii, opowiedziała mi, że po raz pierwszy była na mistrzostwach świata w 1982 roku w Hiszpanii, gdzie furorę robił jej rówieśnik, 17-letni wówczas Norman Whiteside z reprezentacji Irlandii Północnej. Wszystkie dziewczyny się w nim kochały, Patrycja okłamała więc rodziców, że jedzie z całą klasą na wakacje do Francji, a tymczasem wraz z koleżanką poleciała do Bilbao, gdzie Irlandczycy z Północy grali swoje mecze. Teraz też uznała, że stara pralka jest jeszcze całkiem dobra i pieniądze składane na zakup nowej przeznaczyła na eskapadę do Nowego Jorku. Tym razem grała reprezentacja katolickiej Republiki Irlandii (Eire w odróżnieniu od północnego Ulsteru), ale Patrycja nie miała z tym problemu, bo choć mieszkała w protestanckim Belfaście, była katoliczką i obie części wyspy były jej jednakowo drogie.
Liga kelnerów
Bez Polski na mistrzostwach mogłem dowolnie układać sobie plan podróży. Postanowiłem z bliska śledzić losy drużyn, które wyeliminowały naszych – Norwegii i Holandii (Polska nie wyszła z grupy w towarzystwie… Anglii) oraz przy okazji Irlandii, bo grała akurat w Nowym Jorku - w pierwszym meczu z Włochami, a przecież Włosi i Irlandczycy to największe po Amerykanach pochodzenia anglosaskiego grupy etniczne w tym mieście. Mecz tych zespołów rozpoczynał 18 czerwca nowojorską część mistrzostw, które zainaugurowano dzień wcześniej spotkaniem Niemcy – Boliwia w Chicago. Poprzedniego dnia na zamienionym na tymczasowe boisko trawniku w Central Parku odbył się prolog: ekipa włoskiej restauracji „Amalfi Pizza” grała z drużyną irlandzkiego pubu „Shamrock” w nowojorskiej „lidze kelnerów”.
Nowy Jork przywitał gości mistrzostw upałami i dużą wilgotnością, co stwarzało duchotę nie do wytrzymania. Termometr wskazywał nawet 100 stopni, na szczęście Fahrenheita, ale żeby dowiedzieć się, ile to jest w przeliczeniu na skalę Celsjusza, należy od tej liczby odjąć 32 i pomnożyć przez pięć dziewiątych. Amerykanin, który mi to wytłumaczył, zdziwił się, że ja się dziwię…
Było o czym pisać!
Taki był początek tej mojej zawodowej i turystycznej przygody. Rozpoczynał się amerykański sen, który miał trwać do finału w Los Angeles 17 lipca, chociaż akurat na spanie za dużo czasu nie było. Miałem co opisywać w codziennych relacjach – prasowych i radiowych - także w wersji amerykańskiej, bo „Nowy Dziennik” nie miał wysłannika akredytowanego przy mistrzostwach i zaproponował mi pisanie korespondencji z imprezy także i dla nich. Co było w tych relacjach, przypomnę sobie i Czytelnikom „Sportu” w następnych odcinkach mundialowych wspomnień '94.
Wojciech Filipiak
Rozpoczynamy dziś cykl bardzo ciekawych wspomnień Red. Wojciecha Filipiaka z amerykańskiego mundialu w 1994 roku.
