Klimat mało olimpijski
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Czytam informację o tym, że Polski Komitet Olimpijski planuje wielką galę dla medalistów igrzysk Mediolan-Cortina tuż po Świętach Wielkanocnych. Ten późny termin – wedle oficjalnej wersji – związany jest z tym że nasi medaliści (skoczkowie i panczenista) mają przed sobą jeszcze dużą i intensywną część sezonu, a trudno wyobrazić sobie taką imprezę bez nich.
Ta informacja pochodzi z wczoraj. Przedwczoraj natomiast doniesiono o wypowiedzeniu PKOl-owi umowy sponsorskiej przez Polkomtel (znany szerzej jako operator jednej z telefonii komórkowych). Wypowiedzenie miało nastąpić już 5 lutego, ale PKOl, czy też jego szef, Radosław Piesiewicz, najwyraźniej nie chciał ujawniać tego przed igrzyskami. Dlaczego? Co najwyżej możemy się domyślać destrukcyjnego wpływu takiej informacji na atmosferę w ekipie, a tym bardziej że kwota wynikająca ze sponsorskiej umowy została ulokowana w budżecie na poczet nagród dla naszych reprezentantów, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem medalistów. Trzeba to podkreślić, albowiem PKOl w swej hojności zapowiedział również nagrody dla zawodników, którzy uplasowali się na miejscach 4-8.
Informując o tym, Polska Agencja Prasowa podkreśliła, że „to kolejna odsłona problemów PKOl-u ze sponsorami”. Jak pamiętamy, zaczęły się one po letnich igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Wtedy to umowy wypowiedziały spółki skarbu państwa, m.in. Polskie Porty Lotnicze, Tauron Polska Energia S.A., Krajowa Grupa Spożywcza S.A., Enea S.A. i PKP Intercity. Powód? Oficjalnie wybrzmiało to w ten sposób: „Utrata zaufania do Komitetu, wynikająca z kontrowersji medialnych wokół jego działaczy”.
Kolejna odsłona nieporozumień, konfliktów i sporów nastąpiła kilka miesięcy później, a wiązała się z zawarciem umowy sponsorskiej z firmą Zondakrypto i przypisaniem jej nazwy do siedziby PKOl-u w Warszawie. Warto przypomnieć, że siedziba ta nosi już imię Jana Pawła II. Takie zestawienie – jakkolwiek spojrzeć – brzmi dość dziwnie, by nie powiedzieć, że po prostu się nie godzi. No ale widocznie w dzisiejszych czasach inny zmysł estetyczny rządzi. Przypomnę tylko, że u źródeł kolejnej fali nieporozumień legło to, że znacząca część członków zarządu PKOl dowiedziała się o tym wszystkim z... konferencji prasowej, która odbyła się w Monako.
Niepoinformowani – albo niewtajemniczeni – członkowie zarządu wściekli się i skierowali do szefa PKOl-u ostry w swojej wymowie list protestacyjny – zarówno przeciwko takiemu stylowi działania, jak i jego istocie. Inicjatorem i autorem listu miał być Marian Kmita, szef sportu w Polsacie, a wcześniej podobno bliski współpracownik Piesiewicza. Drogi się rozeszły? Dobrze poinformowani twierdzą, że Kmita szykuje się do walki o schedę po Piesiewiczu, coś więc mogłoby być na rzeczy. W tym miejscu warto przypomnieć, że Piesiewicz usiłował kilkanaście miesięcy temu dokonać takich zmian w statucie, by jego rządy trwały w sumie około dziewięciu lat, a zatem więcej niż dwie kadencje. W uzasadnieniu chodziło o to, by wyrównać czasowo kadencje polskiego komitetu z kadencjami kierowniczych gremiów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Skwitujmy to w ten sposób: każdy pretekst jest dobry, by kurczowo trzymać się władzy.
Tak więc to w tym naszym olimpijskim światku wygląda. Trochę śmiesznie, trochę smutno, trochę żenująco. Z tarciami dyplomatycznymi niewiele to ma wspólnego, prędzej z mordobiciem, nieustanną kopaniną, złośliwościami, manewrami poniżej pasa.
Ale trudno nie przyjąć, że osoba Radosława Piesiewicza jest w tym wszystkim swoistym fenomenem. Jego działalność czasem budzi zdumienie, czasem wściekłość, a już na pewno często skłania do robienia wielkich oczu. Mało tego. Chodzą za nim wszelkiego rodzaju służby, grzebią w papierach, podobno nie mogą się doliczyć kasy, tudzież... sposobów dysponowania nią. Diabli wiedzą – może trzeba się spodziewać w najbliższych latach (miesiącach?) procesów.
Choć może nie? Może ma on wszystkie kwity, które zaświadczają o jego uczciwości i nieskazitelności? I tylko źli – w jego opinii – ludzie z drugiej strony sceny politycznej rzucają mu kłody pod nogi i próbują zniszczyć jego wizerunek?
Cóż... Absolutnie nie jest to – jakby powiedzieli starożytni Grecy – ekecheiria, czyli czas świętego spokoju; i na pewno nie jest to klimat olimpijski, tak bardzo kojarzący się z fair play.
Fot. Tomasz Jastrzębowski
