Klęska

Z DRUGIEJ STRONY - Michał Zichlarz

Już widzieliśmy złote góry, już zachwycaliśmy się, widząc nasz klub - bez potrzeby eliminacji – występujący w niedostępnej dla nas z reguły Champions League. W klasyfikacji UEFA jesteśmy przecież na wysokim 13. miejscu, a do 10. pozycji, gdzie są Czesi i gdzie jest gwarancja gry przynajmniej jednego zespołu w fazie grupowej LM, nie brakuje aż tak wiele.

Niestety, obecny tydzień kojarzyć się będzie polskiej piłce klubowej z bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Najpierw mistrz Polski Lech nie miał żadnych argumentów w rywalizacji z Crveną zvezdą. W zapowiedzi meczu w Poznaniu pisaliśmy, że do trzech razy sztuka, że może teraz w końcu uda się z jedenastką z Belgradu chociaż nie przegrać. Nic z tych rzeczy… Przewaga rywala była większa niż wtedy, kiedy z belgradczykami przegrywała Stal Mielec jesienią 1973 roku - w meczu rozegranym w Krakowie było 0:1 - czy kiedy Dyskobolia na swoim kameralnym obiekcie uległa w takim samym stosunku w 2007 roku.

W czwartek klęski na Cyprze doznała Legia. Zespół, który wiosną doszedł do ćwierćfinału Ligi Konferencji i który w kwietniu wygrał na Stamford Bridge 2:1 z późniejszym triumfatorem rozgrywek i klubowym mistrzem świata - Chelsea, nie był w stanie właściwie nic zdziałać w rywalizacji z AEK Larnaka. Żal było patrzeć na Wojskowych w drugiej połowie, którzy przy upalnej pogodzie słabli z minutę na minutę. Tak po prawdzie, to mogłoby być nawet gorzej niż 1:4… Wiele sił legionistów musiała kosztować rywalizacja w dwumeczu z Banikiem Ostrawa w 2. rundzie eliminacji Ligi Europy. Symptomy zmęczenia było widać już w meczu ligowym z Arką przy Łazienkowskiej w minioną niedzielę, gdzie skończyło się na bezbramkowym remisie. W Larnace drużyna Edwarda Iordanescu przegrała właściwie sama ze sobą, ze zmęczeniem. Naszych drużyn nie stać na grę na wysokim poziomie, na utrzymaniu wysokiej intensywności przez wiele tygodni. Są okresy dobrej czy bardzo dobrej dyspozycji, ale gdy przytrafia się kryzys, to wszystko leci na łeb na szyję.

Osobny przykład to Raków. Wicemistrz Polski jest w dużej niedyspozycji. Pokazują to mecze w lidze i kolejne porażki, pokazał to również mecz z Maccabi Hajfa. Brakuje kontuzjowanych Ivi Lopeza, Władysława Koczergina, nie ma Gustava Berggrena, który wybrał amerykańską MLS, no i w efekcie... nie ma jakości, która powinna być. Przy okazji przypomnijmy: jedyne dojście do fazy grupowej w europejskich pucharach Rakowa to czas wcale nie trenera Marka Papszuna na ławce, a Dawida Szwargi. Było to jesienią 2023 roku, kiedy po wyeliminowaniu Flory Talin, Karabachu Agdam i Arisu Limassol była gra w czwartej, decydującej fazie play offu Ligi Mistrzów, nieznaczna porażka w dwumeczu z FC Kopenhaga, a potem faza grupowa Ligi Europy. Teraz trzeba myśleć o odrobieniu strat z Maccabi w Debreczynie, choć z dyspozycją, jaką częstochowianie prezentują obecnie, trudno być optymistą.

Na razie nie zawiódł jedynie inny nasz ćwierćfinalista Ligi Konferencji z poprzednich rozgrywek - Jagiellonia. Wygrała w Danii i jest na dobre drodze do 4. rundy eliminacji Conference League, gdzie czeka wygrany z pary Hajduk Split – Dynamo City (2:1). Trzymajmy się myśli, że w rewanżach wszystko można jeszcze odwrócić. Złote góry przecież czekają…