Kierunek rozwoju
KOMENTARZ „SPORTU" - Kacper Janoszka
Obie rundy Grand Prix, które w piątek i sobotę odbyły się w Manchesterze, powinny dać do myślenia władzom Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM). W końcu zobaczyliśmy naprawdę ciekawe zawody, podczas których zawodnicy wyprzedzali się na całej szerokości toru, a zwycięzcę trudno było wytypować zaraz po starcie. Żużlowy statystyk Rafał Gurgurewicz wyliczył, że widzowie w Anglii doświadczyli 65 mijanek. To najlepszy wynik od… 2019 roku, gdy we Wrocławiu byliśmy świadkami 79 takich manewrów. Co więcej, to drugi najlepszy wynik w historii Grand Prix. Zawody oglądało się więc z szeroko otwartymi oczami i z zapartym tchem, bo naprawdę działo się wiele. Jedni wyprzedzali po wewnętrznej, drudzy po zewnętrznej. Każdy miał swój sposób na to, jak radzić sobie na torze. I to jest właśnie piękno speedwaya, którego zdają się nie zauważać ci, którzy odpowiadają za politykę w cyklu indywidualnych mistrzostw świata.
Trzeba podkreślić, że Manchester po raz pierwszy w historii pojawił się w kalendarzu Grand Prix. Szkoda, że tak późno – można by pomyśleć. Nawierzchnia została przygotowana idealnie do tego, żeby widzowie na trybunach i przed telewizorami się nie nudzili. W piątek możliwości toru zaprezentował Daniel Bewley, który szalał przy dmuchanych bandach, wyprzedzając w ostatniej fazie zmagań wszystkich swoich konkurentów. W sobotę charakterystykę owalu wykorzystał z kolei Bartosz Zmarzlik, który w finale był w stanie na dystansie wyprzedzić dwóch przeciwników. To nie zdarza się w GP często. A może powinno, bo to jest właśnie klucz do tego, aby dyscyplina się rozwijała. To właśnie takie turnieje sprawiają, że zainteresowanie żużlem rośnie, bo nikt nie chce oglądać zmagań, w których wygrywa ten, który najlepiej ruszy ze startu.
Phil Morris, który jest dyrektorem cyklu Grand Prix od 2014 roku, dba przede wszystkim o bezpieczeństwo zawodników. I chwała mu za to, choć oczywiście żużel (najprawdopodobniej) nigdy nie będzie w pełni bezpieczny. Brytyjczyk jest odpowiedzialny za to, jak przygotowywane są tory. To on kontroluje stan nawierzchni i to on podejmuje kluczowe decyzje dotyczące tego, jak tor powinien wyglądać. Z czasem cykl indywidualnych mistrzostw świata stał się stosunkowo bezpieczny, ale, niestety, bardzo mało widowiskowy. Tworzono twarde tory, „betony”, który nie sprzyjały mijankom, ani ciekawym akcjom kreatywnych zawodników. Wydawało się, że tak musi być, żeby było bezpiecznie. Przyzwyczajaliśmy się do tego, że speedway musi być nudny, że liczy się przede wszystkim moment startowy. Żyliśmy w zakłamaniu i zawody w Manchesterze to potwierdziły. Tam nie było niebezpiecznie, ale też nie było nudno.
I to jest właśnie kierunek, w którym powinien zmierzać żużel na najwyższym poziomie. FIM powinien szukać ciekawych owalów na całym świecie, które będą przynosić zawodnikom radość z jazdy, a kibicom ogrom emocji. Jeśli federacja naprawdę chce promować tę wymierającą dyscyplinę, niech zmagania w Manchesterze będą wyznacznikiem tego, jak speedway powinien wyglądać, żeby wzbudzać zainteresowanie. Wcale nie chodzi o to, żeby w cyklu Grand Prix było jak najwięcej zawodników z innych nacji. Niech w indywidualnych mistrzostwach świata jeżdżą najlepsi. „Dzikie karty” na cały sezon nie powinny być przyznawane za nic zawodnikom, którzy pochodzą z krajów, gdzie zainteresowanie żużlem jest małe. Niech dostają je ci, którzy mają największe umiejętności, którzy potrafią być showmanami na motocyklach. Niech Grand Prix odbywa się na torach w różnych zakątkach świata, byleby zmagania były ciekawe. Niech tory, które do tej pory były stałymi elementami kalendarza indywidualnych mistrzostw świata, będą inaczej przygotowywane, żeby można było się w żużlu zakochać na nowo. Niech będzie bezpiecznie, ale też fascynująco.
Stadion w Manchesterze nie należy do najbardziej spektakularnych. To mała arena, na której nie zmieści się nawet 10 tysięcy widzów. Ma to jednak małe znaczenie, gdy popatrzymy na to, jak słabo wyglądały tegoroczne zmagania w Warszawie na ogromnym Stadionie Narodowym. 100 razy bardziej wolałbym oglądać interesujące zawody na kameralnym stadionie w Manchesterze niż ziewać na molochu w stolicy Polski. Oczywiście, takie zawody w Warszawie też są potrzebne, bo pokazują możliwości organizatorów Grand Prix (a może pokazują tylko zainteresowanie żużlem w Polsce, niewspółmierne do globalnych trendów?). Szanuję to, ale nikt nie jest w stanie przekonać mnie do tego, że lepiej ogląda się zmagania na jednodniowym torze na Narodowym niż na świetnie przygotowanym owalu, na którym od lat ścigają się najlepsi zawodnicy ligi angielskiej. Jeśli więc w przyszłym sezonie okaże się, że Manchester z jakiegoś powodu zostanie wykreślony z kalendarza,… wówczas nie uwierzę w to, że komukolwiek w FIM zależy na tym, żeby promować żużel. Uznam to za sabotaż.
